Fot. Patrycja Guevara-Woźniak

Architektura dialogu

Ze Stanisławem Niemczykiem, laureatem 71. Nagrody im. Włodzimierza Pietrzaka, o przestrzeni i sacrum rozmawia Wojciech Jasiński.

Projektując i budując kościół w Czechowicach-Dziedzicach, konsultował Pan projekt i rozmawiał z parafianami, którzy byli zaangażowani w budowę świątyni. Skąd taki model pracy i jak układała się ta współpraca?

Pańskie pytanie dotyczy istoty tworzenia, nie samego projektu, ale budowli jako docelowego elementu. Myślę, że to wiąże się z moim wychowaniem w pełnej rodzinie, porozumiewaniem się ze starszym i młodszym bratem, z rodzicami, kuzynami. Wyrastamy w procesie, który jest w pewnym sensie konfrontacyjnym. W rodzinie możemy się siłować na ręce, na słowa. Również na uczelni, we wspólnocie akademickiej powstają relacje. Wybrałem taką drogę, że najpierw, przyjmując zlecenie, rozmawiam na temat programu, który mam zrealizować, to jest początek. Następnie, tak jak każdy, bez względu na wykonywany zawód, rozmawiam ze sobą, weryfikuję pewien zamysł, później się nim dzielę. Musimy wiedzieć, z kim chcemy się nim podzielić: czy to, co robimy trafi do osoby, która słucha? Do rozmowy muszą usiąść dwie osoby, które chcą rozmawiać i mówią podobnym językiem. Moje doświadczenia, gdzie szukałem porozumienia z wykonawcami, rzemieślnikami (dyrektor firmy nie mógł mi pomóc) sprawiły, że przed przystąpieniem do pracy w Czechowicach wyrobiłem w sobie nawyk rozmowy, konfrontowania, a zarazem szukania kontaktu i porozumienia.

Sposób kontaktowania się ze wspólnotą w Czechowicach był pomysłem księdza, który powiedział: „Niech pan teraz ten projekt pokaże moim parafianom. Będą rekolekcje, najpierw przyjedzie pan, jak będą kobiety, później jak będą mężczyźni i pan im to pokaże”.

Kobiety spokojnie przyjęły projekt, jakiś inżynier do nich gadał, one oczywiście wiedziały swoje, miały swoich mężczyzn mentorów. Później spotkanie z mężczyznami. Istotne było podsumowanie, które skutkowało tym, że nawiązała się fantastyczna współpraca. Ksiądz doskonale wiedział, że jeśli kobiety zaakceptują nieobecność swojego ojca, męża, dziadka w domu, to wówczas mamy szansę na zrealizowanie całego programu. Na budowie nasza relacja się poszerzyła.

Z każdym pracownikiem staję zawsze twarzą w twarz, lubię spojrzeć człowiekowi w oczy, to pomaga we wspólnym działaniu.

Od tego momentu wszystko bardzo dobrze się układało. Ja przyjmuję wiedzę drugiego człowieka, odczucia, sugestie subiektywne i niesubiektywne, następnie w rozmowie z samym sobą muszę je przeanalizować i dać sobie odpowiedź, co otrzymałem w kontakcie z nim. Na każdym etapie budowy to działało. Było wspaniale.

Kościół pw. Jezusa Chrystusa Odkupiciela w Czechowicach-Dziedzicach, fot. Notpyrk / źródło: wikimedia.org

 

Czyli cały czas to była współpraca? Nie było sytuacji, w której jedna ze stron bardzo mocno chciała przeforsować swój pomysł?

Nie. Pracowało nam się dobrze z wielu powodów. Wielokrotnie z księdzem wracaliśmy do tego w rozmowach, że w okresie budowy, wszystko układało się, jakby ktoś to zaplanował. Dotyczyło to rozmów o budowaniu, finansów (wspólnota zaczynała budowę od swojej składki). To jest cudem, że w dwa lata ukończyliśmy budowę, która była kosztowna, wymagająca dużego wkładu pracy. Rekompensatę stanowiła satysfakcja, że to się zdarzyło i to właśnie u nich. Ci ludzie się cieszą, kiedy ktoś to dostrzega i pyta: „jak to zrobiliście”?

Świątynia na pewno umocniła ich jako wspólnotę.

Na pewno. To była moja parafia, ale do kościoła miałem kilka kilometrów i oni tak samo. Wraz ze świątynią dostali serce wspólnoty. To w kościele przyjmujemy sakramenty, tam żegnamy ludzi, witamy, życzymy wszystkiego dobrego tym, którzy rozpoczynają poważne życie.

Wspomniał Pan o tym, że przed przyjęciem projektu odbywa Pan rozmowę z samym sobą. Co decyduje o tym, że podejmuje się Pan zadania?

Nie ma innego sposobu jak weryfikacja na różnych poziomach. Czy to, co mam zrobić, ma sens? Jak to ocenić? Pojawia się etap, kiedy musimy określić osobę, która z tym przychodzi. Określić dla siebie, nie ocenić, ale sprawdzić, czy relacja może zaistnieć. Trzeba pamiętać o tym, że umawiamy się na 5 lat, na 10 lat. To są realizacje, które pamięta się do końca życia i ten wybór jest ważny.

U mnie się nie da zamówić projektu z dnia na dzień, są kioski, tam się kupuje projekty i nie trzeba rozmawiać. Musi pojawić się dialog, muszę się o tej osobie wiele dowiedzieć, rozmawiać do bólu, aż wyciągnę wszystko. Buduję jej dom, a nie mój dom. Każde spostrzeżenie, rozmowa ma charakter edukacyjny dla mnie i dla drugiej strony.

Wnętrze Kościoła Ducha Świętego w Tychach, z ikonami Jerzego Nowosielskiego / źródło: http://www.duch-sw-tychy.katowice.opoka.org.pl

 

Co jest najważniejsze w pracy architekta? Mam wrażenie, że może być to właśnie dialog.

W dzieciństwie, i nie tylko, marzymy, realizujemy pomysły takie, jak wybudowanie domku z pudełek. To już jest realizacją. Zrobienie czegoś, co się udało, od pierwszej jazdy na rowerze, to są nasze sukcesy, dokonania. Belkę podnosimy coraz wyżej. Na początku mówimy: „ja nie jestem w stanie tego zrobić”, ale z drugiej strony chcemy się sprawdzić. Postawić wyzwanie, a później szukać środków na jego realizację.

Czyli wyzwanie?

Owszem, ale trzeba pamiętać, że marzenie zobowiązuje, należy być ostrożnym, gdyż może nas bardzo dużo kosztować, jeżeli go nie zrealizujemy. Oprócz tego ważny jest aspekt przygody wynikający z niepowtarzalności. Nie mam projektów jednakowych, nie potrafiłbym sprzedać komuś drugi raz takiego samego projektu.

Skąd inspiracje podczas projektowania?

My w środku, w sobie, nosimy taki zaczyn, jeden z wielu ważnych pierwiastków, takie niebiologiczne DNA, które będziemy mieć niezależnie od tego, jak się kształtujemy; ten główny trzon tam jest. Możemy się zastanawiać: po kim to mamy? Po babci? Po dziadku? Upraszczamy sobie, ich znaliśmy, odnosimy się do najbliższych. Odwołuję się do tego, czego się nauczyłem, kogo spotkałem, co zobaczyłem. Przechodzi to przez filtr i dosięga do tego głównego elementu, który był pierwotny, który mamy, ale najtrudniej jest go wydobyć i nie jest to nasz wkład.

Zaprojektował Pan wiele świątyń. Jak powinna być zasygnalizowana przestrzeń sacrum w samym wymiarze budynku, szczegółach, detalach?

Całe projektowanie nie zaczyna się od tego, jak to będzie wyglądało, to jest wtórne. Na początku muszę objąć przestrzeń, nie formę. Przestrzeń. Muszę ją nie tylko zaakceptować, ale podać sobie powody, dlaczego to by miało być takie, a nie inne. Jak będę się tam czuł, może mnie to przytłoczy, ściśnie…, to jest początek. Cała forma i detal to tak, jak z zapachem kolacji przygotowanej przez mamę. Czujemy go, ale to dopiero mama sprawi, że zobaczymy tę dobrą zupę, coś, co jest już fizyczne. To jest to oddzielenie pomiędzy fizycznością budowli a jej niefizycznością (słowa trud-no jest znaleźć).

Przestrzeń materialna zawsze zachowuje ducha, ta przestrzeń od początku należy do Boga, cała. To, że cegła wczoraj była wypalona w cegielni, a teraz jest tu, to nie zmienia jej istotowości.

Otrzymaliśmy duchowość na początku i ją mamy, ale ona nie była w nas „wciśnięta”. Ten duch cały czas się unosi, mieli go nasi rodzice, dziadkowie. Tak rozumiem budowę tego wszechświata, w którym żyję, przestrzeni, w tym i sakralnej. Wszystko, co buduję, należy do świata, który był stworzony.

Czyli wyodrębnia Pan ten pierwiastek duchowy z tego, co już istnieje?

Tak, nie wolno go zabić. My tą budowlą możemy go stłamsić, zwrócić uwagę na coś innego, nieistotnego.

Jako ludzie potrafimy sobie coś zawłaszczyć, chcemy coś sobie podporządkować, zabieramy to z przestrzeni wszechświata i mówimy: „to jest moje”. Ale co tu jest Twoje?

Nawet ta cegła nie, bo została ulepiona z materii, której Ty nie stworzyłeś, Ty ją pożyczyłeś od Stwórcy, on Ci jej użyczył. To poczucie własności jest przeciwko budowaniu przestrzeni w każdej relacji.

Proszę powiedzieć, czym zajmuje się Pan obecnie?

Zawsze jestem bardzo zaangażowany w pracę, w różnych wymiarach, na różnych etapach prac. Toczą się budowy, jedna, druga, trzecia. To trwa długo i trzeba w tym, na miarę możliwości, brać udział, nie pozostawiać ich. Dochodzą rzeczy nowe, takie jak program Mieszkanie+, do realizacji którego zostałem zaproszony. Życzę temu dziełu ogromnego powodzenia. Niestety, dawniej nasz krajobraz od Bałtyku do Tatr został upstrzony takimi samymi blokami. Ten program ma na celu zhumanizowanie przestrzeni miejskiej.

To przestrzeń buduje nam poczucie bezpieczeństwa na co dzień, nie zbudują nam tego stójkowi i straż miejska, zbudują je relacje między nami.

Dziękuję za rozmowę.

/wj

Zobacz także w e-civitas:

Rodzina to nie korytarz, przez który się tylko przechodzi

Z ks. dr. Januszem Stańczukiem, redaktorem naczelnym miesięcznika Tak Rodzinie, o problemach współczesnych polskich rodzin …