Home / Opinie | Felietony / Bezwzględna logika rynku czy gospodarczy nacjonalizm?

Bezwzględna logika rynku czy gospodarczy nacjonalizm?

Zdumiewająca decyzja Leszka Balcerowicza jako szefa komisji nadzorującej funkcjonowanie banków, dotycząca usunięcia z obrad tej komisji przedstawiciela ministerstwa finansów podejrzewanego o stronniczość w sporze, jaki zaistniał między naszym rządem a włoskim bankiem Uni-Credito, stała się nie tylko przyczyną kolejnego politycznego zamieszania, ale dała asumpt do szerszej dyskusji na temat stosunków między polityką i gospodarką, a w konsekwencji modelem, do którego zmierza Unia Europejska.

 

Decyzja zdumiewająca, bo stawiająca urzędnika kontrolującego prawidłowość działania systemu bankowego w roli politycznego mentora rządu. Rządu, który na podstawie ważnych przesłanek prawnych nie chciał dopuścić do fuzji zagrażającej konkurencji na rynku bankowym i skutkującej likwidacją wielu miejsc pracy.

Nie miejsce tu oczywiście na omawianie szczegółów tego sporu. O tym, że sprawa jest nader skomplikowana i budzi liczne kontrowersje, świadczą sprzeczne opinie prawników. Prawdopodobnie dojdzie do jakiejś formy ugody, która pozwoli obu stronom wyjść z tego konfliktu z twarzą. Ale czy pozwoli wyjść z twarzą Leszkowi Balcerowiczowi?

W oczach wielu komentatorów, którzy już dawno ogłosili wyższość eksperckiej władzy ekonomicznej nad przedstawicielską władzą polityczną, zapewne tak. Dla nich Balcerowicz to symbol ekonomicznej racjonalności, która się zmaga z ciemnym politycznym motłochem nie będącym w stanie pojąć bezwzględnej logiki rynku, obowiązującej w zglobalizowanej gospodarce, i domagającym się już nie tylko sprawiedliwości społecznej, ale i respektowania narodowego interesu.

Od „Tygodnika Powszechnego’ po „Gazetę Wyborczą” i „Rzeczpospolitą” przetoczyły się ostrzeżenia przed uprawianym przez rząd Marcinkiewicza „gospodarczym nacjonalizmem”, który blokując swobodny przepływ kapitałów zagraża naszej pozycji wiarygodnego członka Unii Europejskiej i podkopuje zaufanie zagranicznych inwestorów. Zupełnie tak jakby w Europie zapomniano o pojęciu interesu narodowego, a rządy dajmy na to Francji i Niemiec bardziej interesowały się rozwojem naszego Podlasia niż przedmieść Paryża i landów po byłej NRD.

Tymczasem to właśnie ta bezwzględna logika rynku domaga się, abyśmy powściągnęli nasze narodowe ambicje i nie sprzeciwiali się powstaniu finansowego molocha, który wprawdzie osłabi konkurencję na naszym i tak bardzo wątłym rynku bankowym, ale za to stanie się ważnym potentatem w skali europejskiej, a może nawet i światowej. Trudno o bardziej wyrazisty przykład konfliktu interesów w ramach UE. Rząd, który w tej sytuacji nie wykorzystałby możliwości prawnych, stworzonych przez kształt wcześniejszej umowy prywatyzacyjnej jednego z mających się połączyć banków, i nie próbował zablokować tej operacji, z całą pewnością podważyłby swą demokratyczna legitymację.

Dla środowisk liberalnych zafascynowanych bezwzględną logiką rynku pojęcie interesu narodowego jest czymś niezrozumiałym i to bynajmniej nie ze względu na słowo „interes”. Tak naprawdę interesy mogą mieć tylko jednostki i przedsiębiorstwa, zwłaszcza jeśli są duże i najlepiej międzynarodowe. Z punktu widzenia tej logiki jest całkowicie obojętne, czy znajdują się one nad Sekwaną, Tybrem czy Wisłą, zwłaszcza że współczesny rozwój technologii komunikacyjnych i brak granic celnych czyni lokalizację przestrzenną czymś zgoła nieistotnym dla procesu ekonomicznego.

Powstaje jednak pytanie, czy taką logiką mogą się kierować demokratycznie wybrane rządy państw (póki co narodowych, bo mimo usilnych starań zapędy federalistyczne w Unii znacznie osłabły). Najnowsza historia integracji europejskiej pokazuje, że nie, a w każdym razie nie do końca. Kłopoty Niemiec z utrzymaniem odpowiedniego poziomu deficytu budżetowego, stanowczość Francji w podtrzymywaniu wspólnej polityki rolnej, nieustępliwość Wielkiej Brytanii z przywileju korzystania z ulgi składkowej – to tylko jedne z najbardziej spektakularnych przykładów, w których dochodzą do głosu interesy narodowe.

Wiele wskazuje na to, że Unia Europejska jako twór sui generis, nie będący ani super-państwem (bo zachowuje znaczny zakres suwerenności państw narodowych), ani luźnym związkiem państw (bo prowadzi wspólną politykę w wielu obszarach) staje się poniekąd skazana na politykę stałego poszukiwania równowagi między tym, co leży w interesie poszczególnych krajów, a tym, co stanowi interes wspólnotowy, zwłaszcza gdy się uwzględni globalną rywalizację, której UE jest uczestnikiem.

Projekt integracji europejskiej nie jest po prostu zwykłym przejawem globalizacji gospodarki, ale raczej odpowiedzią na jej wyzwanie. Praktyka globalnego kapitalizmu, która chciałaby zlikwidować albo przynajmniej znacznie ograniczyć wpływ czynników natury politycznej i kulturowej na proces podejmowania decyzji ekonomicznych, napotyka na Starym Kontynencie – przynajmniej na razie – na silny opór. Nikt przy tym nie myśli o zatrzymywaniu procesu globalizacji – co oczywiście byłoby i tak nierealne – ale raczej o nadaniu jej bardziej ludzkiego kształtu. Nie przypadkiem zatem w nauczaniu społecznym Kościoła od wielu lat pojawiają się wezwania do stworzenia instytucjonalnej przeciwwagi dla globalnej gospodarki, z którą nie radzą sobie już rządy poszczególnych państw.

Pojęcie gospodarczego nacjonalizmu ma oczywiście wydźwięk pejoratywny, sugerujący jakieś zasklepienie się w horyzoncie wyłącznie narodowych interesów. Trudno jednak uniknąć konkluzji, że taki sam wydźwięk ma bezwzględna logika rynku, która bynajmniej nie służy jakkolwiek pojętemu globalnemu interesowi.

Zbigniew Borowik

Artykuł ukazał się w numerze 04/2006.

Dodaj komentarz