sobota , 21 Październik 2017
Fot.pixabay.com / JACOB_F, CC0

CETA, czyli znaki zapytania

Coraz trudniej tłumaczyć globalne procesy. Coraz więcej jest niewiadomych i porozumienia o skali międzynarodowej wydają się skokiem na główkę. Takim wielkim znakiem zapytania jest CETA, czyli umowa handlowa Unii Europejskiej z Kanadą.

Wynegocjowane w 2014 r. Kompleksowe Gospodarczo-Handlowe Porozumienie UE–Kanada (CETA) zakłada zniesienie 98% ceł i barier pozataryfowych oraz liberalizację handlu usługami między Unią Europejską a Kanadą. Według unijnych ekspertów po wdrożeniu umowy handel między UE i Kanadą wzrośnie o 22,9%, co odpowiada 25 mld euro. Korzyści dla Europy mają wynieść 12 mld euro, dla Kanady 8 mld euro.

Jak będzie, pokaże życie
Czy to rzetelne szacunki, czy propaganda? Tego nie wiemy. Umowa była negocjowana od 2009 r. za zamkniętymi drzwiami, przez wyznaczonych przez Komisję Europejską przedstawicieli, a kulisy rozmów utrzymywano w ścisłej tajemnicy. Warto przypomnieć, że wchodząc do UE, zobowiązaliśmy się kwestie handlowe o unijnej skali oddać w gestię Brukseli.
Umowa składa się z części handlowej i części dotyczącej inwestycji, która budzi najwięcej kontrowersji. Zwłaszcza formuła sądów arbitrażowych, które miałyby być prywatne i w których właściciele międzynawowych koncernów, o dochodach niekiedy większych niż budżety niejednego państwa, mogliby je skarżyć, jeśli doznają strat lub nie osiągną – nie ze swojej winy – prognozowanych korzyści.
Przeciwnicy CETA pytają, co w sytuacji podwyższania płacy minimalnej, do czego państwa mają prawo. Choćby z tego tytułu dochody koncernów mogą być uszczuplone, bo pracownik dla firmy jest kosztem.
Wstępna ratyfikacja CETA w Brukseli odbyła się w lutym tego roku, a burzliwej wymianie zdań „za” i „przeciw” towarzyszyły protesty związków zawodowych, zrzeszeń ekologicznych i konsumenckich przed budynkiem Parlamentu Europejskiego. Organizacje prowadzące kampanię przeciwko CETA do samego końca usiłowały przekonywać poszczególnych polityków do odrzucenia umowy. Zebrano 3,5 mln podpisów przeciwko temu porozumieniu.
Jednak do debaty nie doszło. Najdziwniejsze, że przeciw debacie, która roztrząsałaby wątpliwości, głosowali europosłowie zarówno PiS, jak i PO. Czyżby rządząca partia nie chciała odkryć kart przed rolnikami, których skutecznie wyjmuje z objęć PSL? I generalnie – przed społeczeństwem? Wiadomo tylko, że premier Mateusz Morawiecki, który sprzyja CETA, jest bardzo oszczędny w wyrażaniu opinii, co jeszcze bardziej zaciemnia obraz sytuacji.


Korporacyjny kolonializm?
Emocjonalne wypowiedzi na temat CETA w Brukseli były w istocie zero-jedynkowe. Oponenci zwracali uwagę na niedemokratyczne aspekty umowy, zwłaszcza reguły arbitrażu, które ich zdaniem mogą naruszać suwerenność państw członkowskich. – Oddajemy się w ręce koncernów. Grozi nam korporacyjny kolonializm – alarmowano.
Wielu przeciwników uznało, że uprzywilejowane traktowanie handlu w zapisach kładzie na szali standardy socjalne, żywnościowe i środowiskowe. Wyliczyli, że w związku z CETA w krajach UE może zniknąć 200 000 miejsc pracy i że ta umowa zniszczy unijne rolnictwo.

CETA może być również szansą

Zasadnicza różnica między kanadyjskimi a unijnymi gospodarstwami dotyczy skali. Średnie kanadyjskie gospodarstwo rolne ma przecież obszar 315 ha i z roku na rok powierzchnia ta rośnie. Najostrzej protestujący przeciw CETA rolnicy z Walonii uprawiają pola średnio po 50 ha, a polski rolnik gospodaruje tylko na 10,5 ha. Nasze, w dużej mierze rodzinne gospodarstwa będą konkurować z przedsiębiorstwami, które podchodzą do rolnictwa przemysłowo. Jeżeli uwzględnimy znaczące dotacje po stronie kanadyjskiej, a także niższe niż w Europie standardy i normy jakościowe oraz cenę energii, to nie należy oczekiwać, że będzie łatwo wygrać z konkurencją. Kanada ma ogromną nadwyżkę produkcji rolnej, więc oczywiste, że szuka nowych rynków zbytu.
Obawy, że CETA zmiecie mniejszych graczy na rynku zbóż i hodowli zwierząt nie są bezzasadne.
Podczas gdy jedni ciskali w Brukseli gromy na CETA, zwolennicy umowy podkreślali, że może stać się ona „złotym wzorcem” dla innych porozumień handlowych na świecie, bo globalny handel wyciągnął miliony ludzi z ubóstwa. Przy okazji starli się unijni przeciwnicy i zwolennicy deregulacji oraz państwowego protekcjonizmu, skoczyli sobie do oczu też przeciwnicy i zwolennicy globalizacji.

 

Fot.pixabay.com / CC0

Rozedrgana Unia, rozedrgana Polska
Wokół CETA narosło wiele mitów, a polscy ekonomiści w opiniach też są podzieleni. Ich racje również w tym przypadku zależą od poglądów politycznych. Jednak widoczna polaryzacja ocen nie przekłada się na podobieństwo bojów „totalnej opozycji” z obozem rządzącym. O dziwo PiS i PO (a w polskim parlamencie również obecna tam od dwóch lat Nowoczesna) mówią o CETA pozytywnie. Eurodeputowani tych pierwszych partii głosowali zgodnie za CETA w europarlamencie podczas lutowej ratyfikacji.
Nieszczęście wietrzy tylko PSL i SLD, których przedstawiciele w Brukseli byli przeciwni umowie.
W Sejmie przeciw CETA jest także ugrupowanie Kukiz’15. A z silnych organizacji społecznych – NSZZ Solidarność, który zajął wobec tej umowy krytyczne stanowisko.
Dziwi jednak fakt, że choć handlowa część CETA weszła wstępnie w życie 1 kwietnia, spory ucichły i nikt już w proteście nie wychodzi na ulice. A demonstracje były głośne, dramatyczne i liczne. W Paryżu, Berlinie, Warszawie i Walonii, która tak ostro przeciwstawiła się CETA, że groziło to patem w Brukseli.
Lęk towarzyszy też kanadyjskim rolnikom użytkującym mniejsze połacie ziemi. Boją się, że ich stosunkowo nieduże farmy stracą, tak jak dostały mocno po kieszeni po wejściu w życie porozumienia NAFTA. I w krajach Unii, i Kanadzie mniejsi producenci nie kryją niepokoju, argumentując, że CETA została skrojona pod interesy produkujących żywność wielkich, ponadnarodowych korporacji, które dzięki niej urosną w jeszcze większą siłę i zniszczą do cna ich rodzinne gospodarstwa.
Nikt jednak nie próbuje tych lęków rozbrajać, przekonywać, że CETA może być również szansą.
A umowa jest ważna, dotyczy wszystkich nas, konsumentów, których straszy się zalewem taniej żywności kanadyjskiej, fatalnej jakości.
Straszy się, że zwiększenie presji konkurencyjności, uderzenie w mniejszych producentów, będzie oznaczało presję na obniżanie kosztów produkcji, czyli płac pracowników, stanów zatrudnienia, a także standardów pracy.

Najbardziej nagłośnione w mediach negatywne skutki CETA w postaci odstąpienia UE od norm bezpieczeństwa żywności czy też możliwego zalewu unijnego rynku produktami GMO

Brak debaty publicznej na ten temat wzmaga tylko poziom lęku. Milczenie gremiów, które powinny rzetelnie informować skołowane skrajnymi opiniami społeczeństwo, jest fatalną postawą, bo przecież przed wyborami nie umawialiśmy się z PiS na CETA. Stosunek do CETA nie był w ogóle prezentowany w wyborczych zalotach przez żadną z partii.
Mimo że CETA cały czas była w grze w latach długich rządów PO. We wrześniu 2014 r. ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy i premier Kanady Stephen Harper ogłosili na konferencji w Ottawie zakończenie negocjacji.

 

Ratyfikacja pod znakiem zapytania
Kolejnym krokiem będzie ratyfikacja CETA przez parlamenty państw członkowskich. Można przewidzieć, że w krajach takich, jak Francja czy Grecja, gdzie związki zawodowe nadal mają ogromną siłę, protesty przybiorą bardziej dynamiczny obrót. Jak będzie u nas, to wielki znak zapytania. Jakiś czas temu Sejm uchwalił wyśrubowane kryteria przyjęcia CETA przez Polskę. Kontrowersyjna umowa może być zaakceptowana tylko większością 2/3 głosów. Jakoś jednak cicho o tym, że narodowe parlamenty mają na ratyfikację 3 lata. Gdy w Sejmie odbędzie się głosowanie, wcale już nie musi rządzić PiS ze swoimi przybudówkami. Czyżby rządzący obóz nie chciał wziąć odpowiedzialności za podejmowanie decyzji, w sytuacji gdy opinie na temat wpływu umowy na polską i unijną gospodarkę są tak bardzo podzielone?
Mówi się przecież zarówno o trudnościach w ocenie skutków umowy dla poszczególnych krajów UE, które różnią się mocno między sobą pod względem siły ekonomicznej, jak i o braku szacunków zysków i strat oraz informacji dotyczących samej umowy. Brakuje kompleksowych i jednoznacznych analiz makroekonomicznych dotyczących faktycznych korzyści i zagrożeń CETA, które uwzględniałyby uwarunkowania wszystkich krajów UE.
Najbardziej nagłośnione w mediach negatywne skutki CETA w postaci odstąpienia UE od norm bezpieczeństwa żywności czy też możliwego zalewu unijnego rynku produktami GMO, okazały się nie mieć odzwierciedlenia w zapisach umowy. Wejście Kanady na 450-milionowy rynek UE z pewnością może być dla krajów Wspólnoty silnym impulsem proeksportowym. Na pewno nie będzie to wymiana jednostronna. Nawet bez CETA bilans handlowy pomiędzy UE i Kanadą jest korzystny dla Unii. W tym także dla Polski. Czy przy zniesieniu barier celnych tendencja ta ulegnie znaczącej zmianie?
Wielu ekonomistów podkreśla, że z punktu widzenia polskich producentów CETA nie musi być aż tak dużym zagrożeniem, bo skoro potrafimy konkurować na rynkach krajów unijnych, które mają bardziej wydajną produkcję rolną, to czemu mielibyśmy przegrać z producentami z Kanady? Aczkolwiek nie można lekceważyć możliwości pogorszenia się warunków konkurowania z powodu pojawienia się dużych partii surowca kanadyjskiego, w tym zbóż.
Której z opinii wierzyć: że CETA, która oznacza wzajemne uznanie standardów, oznacza również akceptację niskiej jakości i ceny produktów kanadyjskich – a przez Kanadę amerykańskich – na naszym rynku? Że polskie rolnictwo będzie wypierane z lokalnego rynku, ale i rynków całej Europy, gdzie ma dzisiaj dobrą pozycję? Że stoimy u progu załamania rolnictwa w skali porównywalnej do upadku przemysłu w latach 90.?
Ktoś zauważył, że dzisiaj prawda przestała się liczyć. Busolą, która prowadzi nas ku „prawdzie”, nie jest rozum, lecz są emocje.

Alicja Dołowska

pgw

 

Zobacz także w e-civitas:

Gietrzwałd – 140. jubileusz objawień Matki Bożej

Polska pobożność Maryjna to nie naiwny, romantyczny, pozbawiony rozumu sentymentalizm. Polska pobożność Maryjna to ogromna …