Strona główna / Historia / Co nas odróżnia od Wschodu i Zachodu?

Co nas odróżnia od Wschodu i Zachodu?

Ten katolicyzm zrobił nas uczestnikami wszechświatowej kultury, połączył nas z Zachodem, wycisnął europejskie piętno na naszej polskiej duszy, etc. etc.
Henryk Sienkiewicz

Z charakteru i z zawodu był publicystą, czyli człowiekiem, którego wewnętrznym motorem postępowania była troska o dobro wspólne. Dlatego też przez pierwsze kilkanaście lat działalności Henryka Sienkiewicza postrzegano jako tzw. pozytywistę, gdyż w Polsce słowo to uważao za synonim „pracy organicznej”. A przecież wśród ludu (czyli „u podstaw”) pracowały wtedy setki księży i sióstr zakonnych. Nie byli oni żadnymi pozytywistami, a warszawskie i lwowskie elity pogardliwie zaliczały ich do „idealistów”. Z podobną wyższością Eliza Orzeszkowa zarzucała Sienkiewiczowi zdradę „pozytywnych” ideałów, a Adam Asnyk nawet bezideowość. Od chwili tamtych oskarżeń, pochodzących z czasów, gdy Trylogia objawiła konserwatywne ideały Sienkiewicza i jego przywiązanie do katolicyzmu, osądzać „za cokolwiek” mógł go „każdy, kto miał ochotę”. Od 140 lat każdy krytyk może powiedzieć, że jego dzieła „ku pokrzepieniu serc” usypiają naród, czyli są arcyszkodliwe, i nikt Noblisty bronił nie będzie, bo pewnie „coś jest na rzeczy”, skoro takie autorytety o tym mówią… Naiwnie zapominamy, że „autorytety” mają przekonania partyjne i uczestniczą w realnej walce politycznej. Nie tylko chodzi im o to, żeby „była Polska”, ale nie mniej ważne jest dla nich „jaka ona będzie”. W XIX w. ideologiczna walka naprawdę była gorąca i to nie tylko w Polsce, ale także w Europie, i wszędzie tam, gdzie rządził wtedy „biały człowiek”.

Henryk_SienkiewiczLewica zarzucała więc Sienkiewiczowi, że opowiada bajki o tym, jak pięknie było w Polsce XVII w., że podsyca tęsknoty i nostalgię, zamiast pobudzać ludzi do realnej, pozytywistycznej pracy. Uważny i nieuprzedzony czytelnik Trylogii łatwo zauważy, iż oskarżenia te są głęboko niesprawiedliwe, bo znajdzie tam zachętę do nadziei i do wspólnej pracy dla dobra wspólnego. Klasyczny przykład owej pobudki to finalny toast ulubionego Pana Zagłoby z Potopu: „Nie skończony trud wasz […] Na cześć onych przyszłych pokoleń! Niechże im Bóg błogosławi i pozwoli ustrzec tej spuścizny, którą im odrestaurowaną naszym trudem, naszym potem i naszą krwią zostawujem. Niech, gdy ciężkie czasy nadejdą, wspomną na nas i nie desperują nigdy, bacząc na to, że nie masz takowych terminów, z których by się viribus unitis przy boskich auxiliach podnieść nie można”.

„Trud i pot” to synonimy pracy! Ale postępowym działaczom zawsze będzie przeszkadzało, iż Sienkiewicz widzi i głosi, że dla budowania i obrony Rzeczypospolitej „jedność mężów” to stanowczo za mało, że „Boska pomoc” jest po prostu niezbędna! Fundamentalna myśl Pana Zagłoby jest echem… Psalmu 127: Jeżeli domu Pan nie zbuduje… Oto synowie są darem Pana…!

Problemem polskiej lektury Sienkiewicza było i jest ograniczenie przesłania do wąskiego kontekstu narodowego, pogardliwie nazywanego „bogoojczyźnianym”. Gdyby jednak tak było w rzeczywistości, nigdy nie otrzymałby Nagrody Nobla, gdyż tak sam fundator, jak i Komitet Noblowski wiedzieli, że nowoczesne nacjonalizmy zawsze prowadzą do wojny. Szwedzcy akademicy widzieli, że Sienkiewicz, to „coś więcej” niż tylko „narodowy kościółek” Polaków. Oni widzieli uniwersalne (w tym i teologiczne) treści Quo vadis; rozumieli patriotyzm Trylogii i Krzyżaków, nie znajdując tam szowinizmu ani pogardy dla przeciwników; cenili także prawdziwość opisów współczesnej Europy gubiącej się w sceptycznych meandrach postępu.

Ktoś z naszych historyków literatury zauważył, iż Sienkiewicza łatwo się czyta, ale trudno go odczytywać i rozumieć. Dzieje się tak dlatego, że pod warstwą lekkiej, dobrze napisanej literatury popularnej ukrył on (przed okiem czujnej carskiej cenzury!) ogromny ładunek treści trudnych, często niepopularnych, a nawet rozdrapujących rany. Nieprzypadkowo Żeromski – nasz polski arcyspecjalista od rozdrapywania ran – tak wysoko cenił Sienkiewicza i uważał się za jego następcę. Gdyby Sienkiewicz rzeczywiście usypiał Polaków czy odciągał ich od pracy – Żeromski by tego nie przeoczył.

Kolejny, jeszcze głębszy problem to fakt, że Sienkiewicz wiedział, iż liberalna demokracja jest wewnętrzną sprzecznością. Był wielkim miłośnikiem i zwolennikiem wolności, która jest… głównym bohaterem Trylogii! Sienkiewicz podziwia (ale nie idealizuje) dawną Rzeczpospolitą, bo widzi w niej tę logikę wolności, która człowieka nobilituje, ale i zobowiązuje. Bohaterowie Trylogii to szlachta – ludzie wolni, którzy wiedzą, że ich status związany jest z obowiązkami wobec króla i Rzeczypospolitej. Nasz pisarz jest wielkim zwolennikiem wolności, a jako myślący człowiek – nie on jeden, tylko wraz z całą plejadą dziewiętnastowiecznych myślicieli – próbuje nam logicznie wytłumaczyć: „Szanowni Państwo! Poczekajcie minutkę i pomyślcie: albo wolność, albo demokracja!”. Doświadczenie historii – i to nie tylko tej dalekiej, lecz także bliskiej – pokazywało, że demokracja jest z zasady przeciwniczką wolności. Oni na własnej skórze przeżyli kolejne rewolucje: (anty)francuską w roku 1789, rewolucję 1830, Komunę Paryską, której skutki sam Sienkiewicz w Paryżu oglądał naocznie chwilę po tym, jak ona tam grasowała. Demokratyczna większość z zasady pozbawia wolności wszystkich pozostałych, a potem i samych siebie. Antywolnościowa logika każdej demokracji była dla dziewiętnastowiecznych elit absolutnie oczywista, a ludzie myślący, wykształceni klasycznie i logocentrycznie takiej bredni popierać nie mogli.

Z drugiej strony Sienkiewicz – jak wielu innych konserwatystów – widział, co dzieje się w całej Europie, gdzie w różnych wersjach objawiały się socjalizmy, liberalizmy, demokratyzmy i… nacjonalizmy. Litwos widział owoce tych ideologii i nie dał się zwieść ich ładnym nazwom. Był człowiekiem uwrażliwionym na ludzką biedę, bo pierwsze 30 lat żył w biedzie i mieszkał wśród podlaskiej i warszawskiej biedoty. Młody, dobrze wykształcony i inteligentny dziennikarz umiał powiązać fakty i rozumiał, z czego ta bieda naprawdę wynika. Ostro dostrzegał dysonanse między pięknymi słowami socjalistycznych przywódców a owocami ich działalności, co pod koniec życia jednoznacznie wyraził w totalnie antysocjalistycznej powieści Wiry (1909), z którą ani ówcześni, ani późniejsi marksiści nie byli w stanie podjąć dyskusji. Pokolenie PPS książkę przemilczało, twierdząc, iż jest owocem wypalenia talentu i utraty poczucia rzeczywistości. Natomiast dzieci Stalina po 1945 r. po prostu umieściły ją na liście cenzury, co w praktyce trwa do dziś, bo w nowych wydaniach Dzieł ciągle jest pomijana!

Warta uwagi jest fascynacja, z jaką Sienkiewicz opisywał Stany Zjednoczone. Przebywał tam przez 3 lata jako młody, ale już ceniony pisarz. Ameryka była w jego oczach krajem… prawdziwych Europejczyków – ludzi wierzących, religijnych, a jednocześnie posiadających wolność, tę amerykańską wolność, która wtedy, w latach 70., była już coraz bardziej ograniczana przez aparat państwa amerykańskiego po wojnie domowej. Opisywał to w świetnych Listach z podróży do Ameryki. Pisząc o Ameryce dla polskiego czytelnika, często porównywał Amerykę nie tylko z Polską, chcąc Polakom uświadomić konieczność zmian w naszym systemie czy naszej mentalności, lecz także z całą Europą, pokazując absurdy socjalistycznych, demokratycznych i liberalnych rządów, które prowadzą donikąd, czyli do ludzkiej bierności i biedy. Jak wiemy, rządy owych postępowych miłośników ludu doprowadziły do wojen światowych, których największą ofiarą, w stopniu nieporównywalnie większym niż kiedykolwiek wcześniej, był właśnie lud.

Płaszczyzna polityczno-ekonomiczna była dla Sienkiewicza ważna. Jednak w analizie sytuacji sięgał on znacznie głębiej i dlatego nie waham się nazywać go „obrońcą cywilizacji łacińskiej”. W tym kontekście należy patrzeć na jego troskę o chrześcijaństwo. Trudno definitywnie orzec, czy Sienkiewicz bardziej bronił chrześcijaństwa, rozumiejąc, że bez niego nie będzie cywilizacji łacińskiej, czy też na odwrót, bronił cywilizacji łacińskiej, gdyż wiedział, że na tym gruncie chrześcijaństwo wzrasta. W każdym razie było to dla niego nierozdzielnie złączone. Wśród swoich znajomych i w elitach europejskich miał on ludzi niewierzących, agnostyków. W ich oczach był człowiekiem szerokiego spojrzenia i starał się wytłumaczyć swoim kolegom, że bez chrześcijaństwa nie będzie Europy. Wszystkie marzenia o lepszym jutrze ludzkości są pozbawione jakiegokolwiek sensu, jeśli pozbędziemy się chrześcijaństwa, bo to ono stworzyło kulturę nazywaną przez nas cywilizacją łacińską – która jest piękna, którą podziwiamy, która ma w sobie możliwości nie tylko panowania nad światem (bo nie o władzę samą chodzi), lecz także czynienia ludzi naprawdę szczęśliwymi. Sienkiewicz świetnie wyraził to w finale wspomnianych Wirów, gdzie polski inteligent-bezbożnik dialoguje z rosyjskim czynownikiem:
– Trzebaż, że właśnie na mnie trafił! – odpowiedział doktor. – Ja, moi panowie, jestem deista, filozof, ale jaki tam ze mnie katolik! Często też zdarza mi się napadać na Kościół, tak samo, jak i napadam na Polskę, gdy mi się coś w niej nie podoba. Tylko, jeżeli ktoś obcy robi to samo wobec mnie, to – dziwna rzecz! – mam mu ochotę zęby wybić. Zacząłem tedy bronić Kościoła tak, jak gdybym nigdy w życiu nie wyłaził z zakrystii, ba i lepiej! Bo tak, jakbym był katolickim apologetą. – Jeśli, mówię, religia jest tylko formą zewnętrzną, to powiedz mi pan, dlaczego to my właśnie mamy porzucać tę naszą formę najbardziej uduchowioną, najbardziej kulturalną i najpiękniejszą! Ten katolicyzm, z którym radzisz nam się pan z dziś na jutro pożegnać, ogarnął przecie cały Zachód, zorganizował społeczeństwa, stworzył europejską cywilizację, przechował naukę, stworzył uniwersytety, wzniósł kościoły, które są arcydziełami, wydał św. Augustyna, Danta, Petrarkę, św. Franciszka i św. Tomasza, stworzył renesans, stworzył Wieczerzę Pańską Leonarda da Vinci, grobowce Medyceuszów Michała Anioła, szkołę ateńską i Dysputę Rafaela, stworzył takie kościoły jak św. Piotra, nie licząc innych rozsianych we Włoszech i po całej Europie. Ten katolicyzm zrobił nas uczestnikami wszechświatowej kultury, połączył nas z Zachodem, wycisnął europejskie piętno na naszej polskiej duszy, etc. etc. I gadałem w ten sposób, póki mi nie przerwał i nie powiedział: – W tem i bieda, że on was połączył z Zachodem!” (Wiry II, XXII)
Ale czym jest cywilizacja łacińska? Jakie jej wyróżniki mają zapewniać ludziom szczęście i wolność? Jest przecież wiele innych cywilizacji na świecie, a chrześcijaństwo pierwotnie urodziło się w cywilizacji semickiej, potem zaś przeszło do świata greckiego.

Jako Polak żyjący w zdemontowanym, rozebranym kraju Sienkiewicz miał doświadczenie z jednej strony ciągle zacofanej Rosji, a z drugiej nowoczesnych Prus Bismarcka. Widział w nich nie tylko zaborców i krzywdzicieli, lecz także wrogie cywilizacje. Kilkadziesiąt lat później prof. Koneczny wszystko to uporządkował i pokazał, że Rosja to cywilizacja, którą on nazwał turańską, Niemcy Bismarcka to cywilizacja bizantyjska, a my jako Polacy źle się czujemy i tu, i tu. Albo oni, albo my, ponieważ te państwa i cywilizacje dążą do zniszczenia naszej oryginalności, z której jesteśmy tak dumni, za którą tęsknimy, którą podziwiamy – właśnie choćby na przykładzie Trylogii. Czytelnik zaczyna rozumieć, że to, co nas odróżnia, to, co jest nasze, specyficznie inne i jednocześnie piękne, to pewien kodeks honorowy, kwestia honoru prawdziwego szlachcica, stosunek do wiary, także podejście do kobiet. Jako sztandarowy przykład troski Henryka Sienkiewicza o cywilizację łacińską podaję W pustyni i w puszczy. Jednym z głównych wątków tej powieści i dla dorosłych, i dla dzieci jest stosunek do kobiety. Sienkiewicz nieustannie porównuje w tej książce relacje Stasia i Nel z ich europejskimi obyczajami (Nel jest Angielką, Staś synem Polaka i Francuzki) z tym, jak swoje kobiety traktują Arabowie oraz Kali. To są trzy cywilizacje: murzyńska, czyli afrykańska, muzułmańska i chrześcijańska. Jest tam taka bardzo piękna scena, kiedy Staś i Nel są w niewoli i on już zdobył strzelbę. Za chwilę będą wolni. Ale jest jeden problem: musi zastrzelić swojego strażnika, Idrysa. Staś ma 14 lat i jeszcze nigdy nikogo nie zastrzelił. Trzyma strzelbę w ręce, a Idrys stoi odwrócony do niego plecami. Staś czuje, że dużo łatwiej byłoby strzelić Idrysowi w plecy, niż patrzeć w twarz człowieka, którego zabija. I Sienkiewicz komentuje: „Ale w żyłach Stasia płynęła polska i francuska krew, a my w plecy nie strzelamy”. To jest lekcja cywilizacji łacińskiej dla dzieci i młodzieży: „My w plecy nie strzelamy”. Owszem, na Wschodzie i Zachodzie mamy sąsiadów, którzy uwielbiają ten sposób walki, ale my mamy inne zwyczaje, trochę dla nas niewygodne, trochę nam przeszkadzające, bo nie jest przyjemnie patrzeć w oczy kogoś, kogo się rozstrzeliwuje. Ale trudno, taki jest nasz zwyczaj i dzięki niemu byliśmy, jesteśmy i będziemy sobą. To dzięki tym zwyczajom zwyciężaliśmy, bo godne postępowanie z wrogami jednało nam ich szacunek i często przeciągało ich na naszą stronę. Ja osobiście z tego niestrzelania w plecy jestem dumny i uważam, że być Europejczykiem, który nie strzela innym w plecy, choć czasem może się to zemścić, to rzecz wielka.

O. Andrzej Bielat OP

pgw

Check Also

Czuwanie przy grobie. Homilia Jana Pawła II

Wigilia Paschalna to liturgia sprawowana w noc Zmartwychwstania Pańskiego. Stanowi integralną i najważniejszą część Triduum …