Home / Opinie | Felietony / Coś za coś

Coś za coś

Lubimy, gdy wędliny są atrakcyjnie różowe a lukier na ciastkach biały jak śnieg. Producenci sięgają więc po chemię, by w wyścigu o klienta w „doskonałości” produktów prześcignąć konkurencję, Ta doskonałość ma jednak swoją cenę. Naczelna Izba Kontroli podała, że statyczny Polak zjada rocznie aż 2 kg polepszaczy smaku, zapachu, wyglądu oraz innych dodatków oznaczonych symbolem „E”.

Zdrowie dla elit?

Te wszystkie zbadane przez NIK zjadane przez nas dodatki są dopuszczone w Polsce do stosowania w przemyśle spożywczym i nie są szkodliwe dla zdrowia. Teoretycznie. Nikt przecież nie podał, w jakim stopniu ich nagromadzenie w pożywieniu i w różnych wyrobach konsumowanych w ciągu całego dnia: od wędlin, napojów po słodycze, czy farmaceutyki wpływa niekorzystnie na nasze zdrowie i jakie to może mieć następstwa. Nikt nie określił ich dziennej dopuszczalnej normy. Dlatego najwyższy czas, aby w trosce o własne zdrowie i zdrowie całej rodziny, wziąć sprawy w swoje ręce, czytać uważnie składniki wymienione na etykietach i kiedy tylko się da, zrezygnować z żywności przetworzonej”.

To powoli się dzieje. Nie tylko w środowisku emerytów, którzy mają czas na gotowanie i coraz bardziej popularne robienie domowych przetworów. Moda na zdrowe żywienie rozpowszechnia się w szybkim tempie także wśród młodych ludzi, którzy coraz częściej sięgają po (niestety droższe) produkty bio, sami pieką chleb i ciasta, czy zamiast kupować gotowe, własnoręcznie przyrządzają sałatki. W dobrym tonie staje się nawet domowy wyrób wędlin.

Dyscyplinę żywieniową w ciągu dnia ciężko jednak utrzymać, żyjąc pod presją czasu. Dlatego wśród młodych rozpowszechniła się moda pudełkowa i zabierają do pracy żywność wcześniej przygotowaną w domu. Ale są to „żywieniowe elity”. Reszta sięga po gotowe produkty dostępne w sklepach, nie patrząc, jaką chemią zostały nafaszerowane, by dłużej mogły zachować przydatność do spożycia. Czę-sto łapiemy ze sklepowej półki co jest pod ręką, często też wymienionych na etykiecie składników nie da się odczytać gołym okiem, bo są tam mikroskopijne napisy.

W ramach kontroli NIK sprawdzono oznakowanie 501 powszechnie dostępnych produktów spożywczych i jedynie w 54 z nich (11 proc.), w składzie opisanym na etykietach, nie było substancji dodatkowych. W pozostałych 447 wyrobach producenci zadeklarowali użycie 132 substancji dodatkowych ponad 2 tys. razy. Przykładowo: sałatka warzywna ze śledziem i groszkiem zawierała ich 12. Rekordową zaś liczbę 19 substancji dodatkowych zastosowano w kiełbasie śląskiej.

Dokument przedstawia wyniki kontroli, jakie NIK przeprowadziła w latach 2016–2018 (I kwartał). Wykazano szereg wad funkcjonującego systemu nadzoru nad stosowaniem dodatków do żywności, rozproszenie i nakładanie się kompetencji poszczególnych inspekcji, nieefektywną współpracę, przywiązywanie szczególnej wagi do kontroli jakości handlowej, przy relatywnie mniejszym znaczeniu badań jakości zdrowotnej żywności, brak w obowiązującym stanie prawnym ustawowej definicji jakości zdrowotnej.

Brak dopuszczalnych limitów

Eksperci przekonują, że substancje te same w sobie nie są szkodliwe, wątpliwości budzi jednak brak określenia dopuszczalnych limitów tych wszystkich „E” gromadzących się w naszych organizmach. Najwyższy czas je zdefiniować, a ponieważ polski rynek jest otwarty ze względu na funkcjonowania na obszarze UE dyrektywy o przepływie towarów i usług, istnieje pilna konieczność opracowania norm na poziomie Komisji Europejskiej. Jeśli do tej pory tego nie zrobiono, warto zapytać; dlaczego?

Od pewnego czasu problem ten dodatkowo się komplikuje z powodu uruchomienia bezcłowej wymiany handlowej z Kanadą po podpisaniu przez Unię z Kanadą umowy CETA.

W Kanadzie liberalizm w stosowaniu dodatków do żywności jest większy niż dopuszcza to reżim unijny. Czy ktoś sprawdza kanadyjskich producentów? Jak dotąd, nikt się tym nie przejmuje.

Czy w ogóle jesteśmy w stanie zbadać całą żywność, do której mamy dostęp? Niemożliwe. I nie tylko dlatego, że mszczą się cięcia wydatków w minionej dekadzie na funkcjonowanie Państwowej Inspekcji Handlowej i Sanepid-u, które to instytucje traktowano po macoszemu. Zdarza się przecież, że kanadyjskie produkty są np. przepakowywane w Niemczech i sprzedawane w polskich supermarketach jako niemieckie. A niemieckie jako polskie. Niedawna afera wykryta przez rolników z „Agro-Unii”, z rzekomo „naszymi” polskimi jabłkami , które w jednej z zagranicznych sieci handlowych okazały się sprowadzone z Grecji, a w innej na pólkach leżały „polskie” ziemniaki przywiezione z Niemiec i Wielkiej Brytanii, cebula z Holandii, pokazuje jak się sprawy mają.

Demaskuje też, że prawa polskich konsumentów do rzetelnej informacji o pochodzeniu produktu są lekceważone w sposób ewidentny. Organizatorzy rolniczej kontroli powiedzieli dziennikarzom, że niektóre warzywa musiały pokonać nawet 1,5 tys. km żeby dotrzeć do polskich sklepów jako produkty „polskie”.

Dlatego, choć generalnie – a nie tylko okazjonalnie – preferować powinniśmy polską żywność nie tylko ze względu na patriotyzm gospodarczy, i wcale nie dlatego, że jest zdrowa, bo przecież również jak gdzie indziej skażona jest np. wszechobecnym na świecie glifosatem, rozeznanie owej „polskości” jest coraz trudniejsze. Zagraniczni handlowcy stosując hasło „dobre bo polskie!” dobrze wiedzą, że nasza żywność jest jednak zdrowsza, bo w polskim rolnictwie nie doszło jeszcze do szaleństwa tworzenia monstrualnych fabryk żywności na masową skalę.

Problemem jest jednak nie tylko cena, ale też słaba świadomość konsumencka Polaków. Nie umiemy się jeszcze zorganizować w niezależne konsumenckie organizacje, tak jak jest to na Zachodzie, by wywierać presję i tworzyć konsumenckie lobby. Czas to zrobić, bo inaczej zalecenia Najwyższej Izby Kontroli, by określić akceptowalne dzienne spożycie substancji dodawanych do żywności, pozostaną na papierze. A stworzenie rzetelnego minitoringu „E” zawartych w produktach, które jemy ( co pomogłoby identyfikowaniu zagrożeń), odłożone zostanie w czasie.

Europejski Urząd Bezpieczeństwa ds. Żywości (EFSA) zapewnia, że żywność dzisiaj jest bezpieczna, niestety jest wysoce przetworzona. Z rozmów z przedstawiciela-mi przemysłu wynika, że istnieje możliwość przemodelowania produkcji poszczególnych towarów i żywności, jednak muszą to zaakceptować konsumenci. Z tym jest problem. Jako przykład podaje się odstąpienie w kiełbasach i parówkach od naturalnych konserwantów, niestety wtedy mięso w tych wyrobach przyjmowało szary, nieatrakcyjny kolor i nikt tego nie kupował. Ładniej i smaczniej, nie zawsze znaczy zdrowiej.

Wykazany w raporcie NIK brak zainteresowania inspekcji sanitarnej interakcjami pomiędzy dodatkami do żywności a składnikami żywności, czy lekami przyjmowanymi przez konsumentów, i końcowym wpływem tej „E-mieszanki” na zdrowie człowieka, jest ważnym sygnałem, ale powinien on być skierowany do instytutów nauko-wo-badawczych, które mogą takie badania przeprowadzić.

Dwutlenek tytanu na Cenzurowanym

NIK poinformował o dodatkach do żywności, ale nie o wszystkich.

Wyniki badań niezależnej francuskiej agencji konsumentów, udowodniły np. obecność potencjalnie rakotwórczego dwutlenku tytanu w żywności, gumach do żucia, lukrze, serkach topionych, pastach do zębów, farbach, kosmetykach, polewie leków i kremach ochronnych z filtrem przeciwsłonecznym. Lista jest długa.

Dwutlenek tytanu E 171, którego prawdopodobne rakotwórcze działanie wykryto w 2015 r. w laboratorium w Turynie, nie został dotąd w UE oficjalnie zabroniony, choć rząd francuski pod wpływem nacisków konsumentów, mediów i opinii autorytetów naukowych, wprowadził już zakaz stosowania E 171 w żywności. Zakaz ma wejść w życie 1 stycznia 2020 roku i obowiązywać rok. W tym czasie Komisja Europejska ma dokonać analizy i ewentualnie przygotować rozporządzenia dla pozostałych państw członkowskich.

Nie poszło łatwo. Toczyły się o to boje konsumentów i mediów z rządem Emmanuela Macrona. W artykule opublikowanym pod koniec grudnia 2018 roku przez Le Monde , dwadzieścia stowarzyszeń – w tym Liga do Walki z Rakiem, Greenpeace, Foodwatch, 60 milionów konsumentów zrzeszonych w kilkudziesięciu organizacjach pozarządowych skupionych w Sojuszu na Rzecz Środowiska i Zdrowia, towarzystwa naukowe i europejskie instytuty badawcze – wezwały rząd do podpisania dekretu o zakazie E171. A w Polsce o szkodliwości E171 mało się mówi. Jednak ci bardziej świadomi polscy konsumenci biją na alarm, bo obawiają się, że wycofane z francuskie-go rynku produkty z dwutlenkiem tytanu zaleją teraz polskie sklepy, bo E171 nie jest u nas zabroniony.

W niektórych krajach Zachodniej Europy w Komisji ds. Dialogu Społecznego zasiadają nie tylko przedstawiciele rządu, pracodawców i związków zawodowych. Również reprezentacja konsumentów, wyjęta z politycznego kontekstu wpływów. Szkoda, że u nas to ciągle jesz-cze pieśń przyszłości. Podobnie jak kwestia żywieniowej edukacji, zrozumienia, że to „szare”, choć mniej ładne od różowego, jest zdrowe, bo nie wszystko złoto co się świeci.

Alicja Dołowska

/md