Home / Opinie | Felietony / Czas apokalipsy

Czas apokalipsy

Już parę lat temu, kiedy nikt jeszcze nie przewidywał, że fala emigrantów z krajów muzułmańskich objętych dziś wewnętrznymi konfliktami zalewać będzie nasz kontynent, Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana” nieśmiało próbowało zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo jawiące  się dla Europy. 

Jednym z ważniejszych problemów, jakie podejmowano wtedy w ramach zajęć edukacyjno-formacyjnych Studium Formacji Katolicko-Społecznej Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia, była polityka społeczna i rodzinna w krajach ówczesnej Unii Europejskiej, przyszłość demograficzna Europy i związany z tym napływ imigrantów. Ta przyszłość, mówiąc najoględniej, już wtedy jawiła się dość pesymistycznie. „Europę czeka zapaść demograficzna, czas apokalipsy” – pisał jeden z dziennikarzy francuskich w „Le Figaro”. Społeczeństwa zachodnie zaczęły bowiem zdawać sobie sprawę, że „czas pustych kołysek” może być dla nich tragiczny wobec faktu starzenia się tego społeczeństwa i prognoz, że w 2050 r. jedna trzecia mieszkańców Europy będzie miała więcej niż 60 lat, a co dziesiąty „rdzenny” Europejczyk będzie osiemdziesięciolatkiem. Do tego czasu liczba mieszkańców Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej potroi się, zaś Europy ukształtuje się na poziomie roku 1950. Takie narody, jak np. Estończycy, Bułgarzy, ale także niestety Polacy, których przyrost naturalny jest dziś jednym z najmniejszych w Europie, będą zaliczane do narodów wymierających. Już wówczas prognozowano, że liczba Niemców zmniejszy się o 23 mln, Włochów o 16. Rządy tych przynajmniej dwóch krajów zaczęły zdawać sobie sprawę, że środkiem zaradczym na taki stan rzeczy może być tylko otwarcie się na imigrantów. Na ich dopływ już wtedy najbardziej liczyły Niemcy, które były świadome, że aby w najbliższej przyszłości zachować na niezmienionym poziomie liczbę osób zdolnych do pracy, muszą oni w dalszej perspektywie lat sprowadzić do siebie około 25 mln ludzi. Czyżby więc ten czas już nadchodził, skoro Niemcy są dziś, jak widzimy i słyszymy, najbardziej otwarci na rzesze nadciągających emigrantów…?

Uchodźcy Budapeszt 2015 youtube.com_ezvagyokenvagyok

Dziś Europa Zachodnia ma jasną świadomość, że trudno się jej będzie oprzeć wyłącznie na własnych siłach; że jej przyszłość, przyszłość emerytów i rencistów, zdaje się zależeć całkowicie od imigrantów z krajów muzułmańskich(na zdjęciu dworzec kolejowy Keleti w centrum Budapesztu). Bycie muzułmaninem splecione jest wszak z tradycją wielodzietności. To oni właśnie – muzułmanie, będą stanowić w niektórych krajach Zachodu większość populacji. Stąd niektórzy tamtejsi demografowie już kilka lat temu alarmowali, że jeśli dalej wszystko będzie się toczyć w tym samym tempie, to za 50 lat w zachodniej Europie będzie więcej muzułmanów, aniżeli rdzennych mieszkańców. Dziś tempo to znacznie przyspieszyło i staje się ogromnym problemem nie tylko dla Zachodu, ale dla całej Unii Europejskiej, w tym także, choć jeszcze w mniejszym wymiarze, dla naszego kraju.

Te pesymistyczne prognozy dotyczą głównie nie tyle wydolności ekonomicznej tych krajów, ile bardziej pytania o to, czy ci ludzie z innych kręgów kulturowych potrafią zintegrować się społecznie, politycznie i kulturowo, czy też nie. Czy w ogóle zechcą? A jeżeli nie, to za kilka lat mogą tam powstać tak zwane „izolaty”, czyli pewne enklawy, „getta” nie tyle ich, co raczej rdzennych mieszkańców Europy, dla zachowania wiary i kultury chrześcijańskiej, dla ich obrony, przy znacznej dominacji muzułmańskiej.

Wielu analityków ocenia, że gwałtowny przyrost wyznawców islamu w Europie może w konsekwencji doprowadzić do zalania przez nich starego kontynentu. Już dziś w niektórych krajach europejskich, takich jak Francja, Szwecja czy Holandia, islam jest najszybciej rozwijającą się religią, stanowiąc np. w Szwecji już niemal 10% całej tamtejszej populacji, będąc tym samym drugim po protestantyzmie wyznaniem pod względem liczby wierzących. Warto tu podkreślić, że Szwecja pod tym względem jest dość specyficzna. Imigranci żyją tam głównie z pomocy państwa, a mieszkają przeważnie we własnych środowiskach, tworząc swoistego rodzaju „getta”.

Jeszcze kilka lat temu wyznawcy islamu przybywali na Zachód głównie z przyczyn ekonomicznych, przyciągani istniejącym tam dobrobytem, którego nie mogli zaznać we własnych, najczęściej ubogich krajach. Dziś dołączyli do nich – stanowiąc pewnie znaczną większość – ci, dla których Europa ma być schronieniem przed wojną i autorytarnymi rządami ich własnych państw. Wierzą, że tu, w nowych ojczyznach, będą otoczeni ze strony rządów, nieraz przesadnie dbających o tzw. poprawność polityczną, swoistą kuratelą. Tak przynajmniej było w niedawnej przeszłości, kiedy to korzystając z szerokiego liberalizmu zachodnich rządów oraz z pomocy finansowej z zewnątrz, najczęściej z Arabii Saudyjskiej, Algierii i Tunezji, tworzyli szkoły muzułmańskie, instytuty kultury (nota bene – taki instytut powstał już także w Warszawie) i meczety. Nie asymilowali się, ale jak już wspomniałem, tworzyli enklawy, w których żyli i żyją zgodnie z zasadami obowiązującymi w krajach, z których pochodzą. Widoczne to jest na przykładzie młodego pokolenia, które chce powrotu do tradycyjnego, muzułmańskiego systemu wartości i mocno się radykalizuje. Wyrazem tego zjawiska jest dziś np. „zaciąganie” się młodych, muzułmańskich „Europejczyków” w szeregi bojówek terrorystycznych tzw. Państwa Islamskiego. Nie mniej niebezpieczne są już nawet publiczne zapowiedzi wprowadzenia w Europie prawa szariatu. Immam Anjem Choudary powiedział w jednym z wywiadów, że „prawo to zostanie wprowadzone także w Polsce i ludzie wtedy będą szczęśliwsi”.

Młodzi imigranci z państw islamskich żądali, żądają i pewnie w miarę napływu do Europy będą żądać coraz więcej od państw, do których przybywają, aż do pełni praw politycznych, społecznych i kulturalnych. Jest tajemnicą poliszynela, że do niektórych krajów zachodnich zjeżdżają radykalni immamowie z Afganistanu i Pakistanu, zakładając tam islamskie szkoły i powołując islamistyczne organizacje, które werbują i szkolą młodych radykałów. Niewątpliwie ożywia to rodzime radykalne ugrupowania polityczne, które tu i ówdzie grają na społecznych nastrojach, wskazując na przybyszów jako na przyczynę wszelkich nieszczęść: wzrastającego bezrobocia, recesji, szarej strefy i przestępczości. Dlatego imigranci o ciemniejszej skórze coraz częściej budzą podejrzliwość, a nawet niechęć i agresję, ale mimo tych wyraźnych oznak radykalizacji nastrojów antyimigracyjnych muzułmanów wciąż przybywa. I jak zauważył kiedyś Huori Bumedien – były prezydent Algierii, „żadna liczba bomb atomowych nie powstrzyma milionów istnień ludzkich, które pewnego dnia wyruszą z ubogiego południa, aby w poszukiwaniu lepszego życia zalać stosunkowo mało zaludnione obszary bogatej półkuli zachodniej”. Gdy obserwujemy to, co się dziś dzieje, trudno nie uznać tych słów za prorocze.

No cóż, kultura i cywilizacja, które nie są w stanie zmotywować ludzi do tego, aby mieli dzieci, dokonuje samobójstwa i przechodzi do historii. Jeżeli więc obecne tendencje utrzymają się, cywilizacja europejska zapewne zniknie z powierzchni ziemi.

Rocco Buttiglione, o którym kilka lat temu było głośno, kiedy eurolewica zablokowała jego kandydaturę na członka Komisji Europejskiej, zarzucając mu katolicki integryzm i nietolerancję wobec homoseksualistów, przestrzegał, że „jeżeli Europejczycy popełnią samobójstwo, to nie będzie można winić muzułmanów, że ci zajmą ziemię niczyją…”.
Odnosząc się jeszcze na koniec do sytuacji, jakiej jesteśmy dziś świadkami w związku z falą tzw. uchodźców/emigrantów, warto wspomnieć o głośnym sprzeciwie polityków środkowoeuropejskich z Viktorem Orbanem na czele, dotyczącym swobodnego przepływu przybyszów, oraz narzuconej odgórnie przez UE konieczności ich przyjęcia. Czy jednak zdecydowana inicjatywa sugerująca bardziej radykalne rozwiązania i tłumaczona m.in. chęcią zachowania europejskiej tożsamości ma szansę sukcesu wobec zupełnie innej wizji rzeczywistości panującej wśród przywódców państw Europy Zachodniej? Pokaże najbliższa przyszłość…

Włodzimierz Chrzanowski

pgw