Home / Opinie | Felietony / Czas nudy, czas uwodzenia

Czas nudy, czas uwodzenia

Nasza poczciwa Europa poczuła się staro i zapragnęła kuracji odmładzającej. Wyszukała ofertę z odroczonym terminem płatności.

Ale to już było i nie wróci więcej– słyszymy z estrady diagnozę współczesności z dodatkiem proroctwa – obietnicy. Jest to oczywiście tylko przyśpiewka dla poważnych diagnoz filozofów, etyków, socjologów i ideologów politycznych którzy swoje szkła powiększające skierowali na samo centrum przemian w Europie. A ci niestety nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do przepowiedni, że coś w naszej zglobalizowanej Europie kończy się bezpowrotnie. Wypala ostatecznie i nieodwracalnie przypominając zgliszcza które zamknęły sobie drogę powrotu do pierwotnej świetności. Najgorsze, że zapewnienie o nieodwracalności procesu jest na tyle powszechne, że otwiera przestrzeń na absolutnie nowe, nawet ponowocześnie absurdalne, propozycje. Toksyczne przekonanie o wyczerpaniu i nieudolności powrotu człowieka do swojego domu otwiera drogę do ponowoczesnych przemian. Podstawowym warunkiem tych przemian jest absolutna uległość wobec hasła o zmęczeniu i nudzie czasów w które opresyjni rodzice, bez naszej (albo społecznej) zgody, nas wmontowali.

A co nas tak, według współczesnych diagnostyków, naprawdę nudzi? Pytanie to, o dziwo, nie jest wynikiem nadwrażliwości kontestatorów ideologii ponowoczesności, ile rodzi się i wyrasta w samym centrum jej zwolenników: to prowokacyjne pytanie oczekuje na deklaratywno – definitywną odpowiedź: nudzi nas wszystko! Wszystko to, co dotychczasowe, wszystko to, co przejmują bezkrytycznie starsi jako tradycję. Nudzi nas sposób myślenia i mentalność, moda i religia, moralność i estetyka, książki i edukacja, święta i symbole, powinności i nakazy, zwyczaje i nie zwyczaje. Dosłownie wszystko. Sporą część naszego ponowocześnie oświeconego społeczeństwa mierzi sztywność, duchota i zadęcie dziadków, rodziców, patriotów (szczególnie wyklętych) opresja pamięci historycznej i demagogiczne zobowiązania wobec tego kraju. Kompletnie nas nie interesuje historia w żadnym aspekcie (nawet współczesnych reperkusji). Zdecydowanie nie potrzebujemy nauczycieli, ani tym bardziej autorytetów. Cała ta grecko – chrześcijańska mentalność agory zbudowana na nauczycielsko – doktrynalnych założeniach jest zwyczajnie nudna. A nuda, w dzisiejszych czasach, jest niestety zabójcza. Jest kryterium dyskredytującym, które jest w stanie wyautować nawet najmocarniejszą cywilizację.

Tak można, jak myślę, przedstawić w ekstremalnie skrótowy sposób (który może usprawiedliwić tylko forma publicystyki) bardzo niebezpieczny kierunek w którym zmierza Europa niedalekiej przyszłości. Kierunek ten bardzo dobitnie określa nietzscheańska triada wydarzeń, które ten ateistyczny prorok przepowiedział w swoim destrukcyjnym proroctwie: od czasu niewolniczej akceptacji wszystkiego, poprzez bunt i totalną destrukcję wszystkiego, do zbudowania na nowo wszystkiego wedle własnego projektu. Jakkolwiek to proroctwo w końcówce XIX wieku brzmiało szaleńczo niewiarygodnie, po obróbce współczesnych nam postmodernistów stało się kołem zamachowym dla dzisiejszych, ponowoczesnych przemian, które osłupiają nas swoim najskuteczniejszym sposobem destrukcji: zaskoczeniem. Zaskoczyła nas, panowie, nuda. A właściwie ideologia nudy. Nikt z nas, nawet największych nudziarzy, nie był świadom, że nuda może prowadzić do totalnej destrukcji. Że zwyczajny stan braku energetyzujących i nowatorskich bodźców może doprowadzić nas na skraj równi pochyłej skąd droga tylko w dół.

Brak świadomości i – jak zwykle zresztą – solidnej diagnozy uczynił ze strażników tradycyjnych wartości strażaków niezdolnych ugasić (a przynajmniej próbować) pożar w zarodku. I tak, podsycanie tego pożaru stało się dziecinnie proste: wystarczyło pokazać kilka ciekawych gadżetów aby przełamując monotonię i nudę wzbudzić ciekawość i pożądanie. Przełamanie nudy jest zawsze łatwiejsze niż jej wywołanie Najskuteczniejszy w misji przełamywania nudy stał się dyskretny urok wolności. Podany został w anturażu niezwykle atrakcyjnych gadżetów. Podstawowy z nich otwiera przestrzeń skrajnego indywidualizmu ze sferą rozdętej do absurdalnych rozmiarów prywatności. Nie ma w niej miejsca dla żadnej postaci obiektywizmu (prawdy, normy, prawa). Tu wszystko jest moje i ode mnie zależy. I nikomu nic do tego. Ten stan domaga się oczywiście akceptacji społecznej. I to druga atrakcja wolności: tolerancja. Wszechobecna, wszechogarniająca, usprawiedliwiająca wszystko: od największych dziwactw, przez zachowania niszowe, aż po postawy dewianckie. Tolerancja rozpościera parasol ochronny nad ponowoczesną prywatnością znosząc odpowiedzialność za czyny i postawy w jej wnętrzu zrodzone.

Oczywiście wszystkie uroki ponowoczesnej wolności są ekstremalnie zwodnicze, jakby żywcem wzięte z mitu o Odyseuszu i syrenach. Nie wiem tylko czy wystarczy nam mądrości Odysa, który kazał zatkać woskiem uszy żeglarzom, a samemu przywiązać się do masztu statku którym płynął do domu.

Ks. dr Marek Żejmo

/md