„Czas to miłość” – fragment biografii Prymasa Tysiąclecia

Prymas był na pewno postacią wielowymiarową. Twardy wobec komunistów, był przystępny i ojcowski wobec zwykłych ludzi. „Czas to miłość”, powtarzał często – pisze Ewa Czaczkowska w swojej książce Kardynał Wyszyński. Biografia. Publikujemy jej fragment specjalnie dla serwisu e-civitas.pl!

 

Prymas był na pewno postacią wielowymiarową. Twardy wobec komunistów, był przystępny i ojcowski wobec zwykłych ludzi. „Czas to miłość”, powtarzał często. Był na pewno postacią charyzmatyczną, co przyznawali też jego wrogowie. Gdziekolwiek się pojawił, przyciągał ludzi. Na przykład w 1975 roku na koronację obrazu Matki Bożej w Głogowcu koło Kutna – zapamiętał to dobrze bp Orszulik – przyjechało 60 tys. osób. To była ważna, niemniej jedna z wielu lokalnych uroczystości religijnych. Gdy czyta się wspomnienia z tamtego okresu, ogląda zdjęcia, filmy archiwalne, trudno się oprzeć wrażeniu, że prymas witany był przez wiernych tak, jak dzisiaj są fetowane największe gwiazdy popkultury. Ludzie rzucali mu pod nogi kwiaty, cisnęli się, by pocałować pierścień albo choć dotknąć prymasowskiej sutanny. „Wśród okrzyków trzeba być bardzo pokornym i nie myśleć o sobie”, notował prymas. Czasem rozentuzjazmowani młodzieńcy podnosili samochód z prymasem, czego on nie lubił i przed czym się wzbraniał. Obecność Wyszyńskiego wśród wiernych wywoływała ogromne emocje. W okresie ostrej peerelowskiej cenzury, która bardzo boleśnie dotykała prasę katolicką i kontrolowała jej nakład, jedynym miejscem, z jakiego prymas mógł swobodnie przemawiać do wiernych, była ambona. I z niej korzystał.

– Prymas był świadomy, że kazania zastępują prasę kościelną, dlatego zawierały one masę informacji i były długie. Z reguły trwały godzinę i pięć minut – wspomina kard. Józef Glemp. – Prymas mówił bardzo dobrze. Ludzie słuchali dla samego jego głosu i jasności wywodu. Rzeczy dość znane w jego ujęciu brzmiały interesująco.

Homilie prymasa z ciężkimi czasem porównaniami i przenośniami czytane po kilkudziesięciu latach, nie porywają.

– Prymasa się słuchało, a nie czytało. I to jak go się słuchało! – mówi z entuzjazmem ks. Jan Sikorski, który przyznaje, że chyba żadnego kazania prymasa nie przeczytał do końca.

Kazania prymasa były wydarzeniami – mówią ci, którzy pamiętają je do dzisiaj. W Warszawie w kręgach inteligencji katolickiej było w zwyczaju „chodzić na prymasa”, czyli iść na mszę, podczas której głosił kazania. Prymas mówił językiem jakby z innej epoki – podniosłym, kwiecistym, ale co istotne, jego słowa niosły prawdziwą treść, a taki styl w obowiązującym wówczas powszechnie języku partyjnej nowomowy był wyjątkowy. W dodatku mówił o tym, czego ludzie nie słyszeli w przestrzeni publicznej.

Wyszyński był oratorem. Nie przygotowywał kazań na piśmie, nie szkicował ich. Notował tylko punkty wystąpienia i cytaty z literatury na fiszkach wielkości kartki pocztowej. Brał je na ambonę, ale zdaniem Barbary Dembińskiej, jednej z „ósemek”, i tak „najczęściej mówił co innego”. Zawsze przed rozpoczęciem kazania modlił się do Matki Bożej. Może w tym tkwi tajemnica jego homilii?

Prymas głosił rocznie kilkaset kazań i przemówień. Szczególnie w latach Wielkiej Nowenny i w roku milenijnym, kiedy nieustannie jeździł po kraju. Podsumowując rok 1980, ostatni przed śmiercią, notował: „Kazań, homilii, przemówień wygłosiłem 334”. Wszystkie nagrywały panie z grupy „ósemek”, a następnie cierpliwie przepisywały na maszynie i rozdawały zaufanym osobom. Kazania prymasa dotyczące najważniejszych spraw społecznych i narodowych krążyły po Polsce odbijane w setkach egzemplarzy.

– To były samizdaty – podkreślał w rozmowie prof. Wiesław Chrzanowski. On również otrzymywał je na spotkaniach zespołu informacyjnego. – Kardynał wręczał nam pliki kazań, czasem ważniejsze listy episkopatu do rozprowadzenia wśród inteligencji.

O zdolnościach krasomówczych, a jednocześnie dużym poczuciu humoru prymasa świadczy to, że w gronie zaufanych osób, podczas wakacji, potrafił czytać głośno książkę, nie przewracając kartki, bo opowiadanie dawno się skończyło. I „czytał” tak, że słuchaczom trudno się było zorientować w żarcie. Kard. Wyszyński dla wielu katolików był kimś znacznie więcej niż biskupem, kardynałem, prymasem. Był ojcem w sensie duchowym, a z czasem stał się Pater Patriae – Ojcem Ojczyzny, interreksem, który jako jedyny prawowity władca rządzi krajem. W czasach I Rzeczypospolitej, gdy umierał król, a sejm elekcyjny nie wybrał jeszcze nowego, krajem rządził prymas. Wielu Polaków za okres bezkrólewia uważało PRL, w którym władzę komuniści przejęli siłą, a nie z nadania narodu. Dla nich jedynym legalnym „władcą” polskich dusz był właśnie prymas Wyszyński. Ten szczególny rodzaj relacji prymasa z wiernymi wyrażał się również w słowach. Jak w czasach lubelskich, również później do Wyszyńskiego mówiono: „Ojcze”.

A on każde swoje kazanie rozpoczynał od słów: „Dzieci Boże, dzieci moje”. Nie przejmował się pojawiającymi się zarzutami o paternalizm. „Biskup Warszawy – ku wielkiemu zgorszeniu różnych wrogów tak zwanego paternalizmu i uwstecznienia – nazywa was po dawnemu: dzieci Boże, dzieci moje! – mówił prymas do lekarzy w marcu 1969 roku.

– Nie przywiozłem tego z Soboru. To są moje doświadczenia, jako biskupa lubelskiego. Bo ludzie na głębokich wsiach za Hrubieszowem, Kryłowem czy Dubienką mówili do mnie: ojcze biskupie. Nauczyli mnie być ojcem biskupem. To przywiozłem do Warszawy i jest mi z tym dobrze. Nie wiem, czy i wam moje dzieci! Ale już nikt mnie nie przekona, chociażby dużo mówiło się przeciwko tak zwanemu paternalizmowi. Jeżeli w Kościele nie będzie ojcostwa – to gdzie ono będzie! Dlatego też ani z serca, ani z obyczaju i stylu duszpasterskiego nie pozwolimy wydrzeć sobie naszej postawy ojcowskiej. Inaczej zostaniemy urzędnikami i biurokratami, a tych już w Polsce wystarczy”. Prymas był ojcem przede wszystkim dla księży i dla najbliższego otoczenia. Wszyscy zwracali się do niego w ten właśnie sposób: „Ojcze”. Wielu warszawskich duchownych wspomina go jako Ojca wymagającego, przed którym czuje się respekt, a jednocześnie troszczącego się o swoich „duchowych” synów. Bo taka jest rola nie tylko biskupa wobec księży i świeckich, ale i duchownych w relacjach ze świeckimi.

– Bardzo dużo mu zawdzięczam. Dla mnie to był człowiek opoka – przyznaje ks. Andrzej Gałka, rektor kościoła św. Marcina w Warszawie i duszpasterz niewidomych. – Prymas wywarł ogromny wpływ na moje kapłaństwo.

Ks. Gałka opowiada, jak rok po święceniach, w 1974 roku, wymyślił, że na spotkanie kolegów z roku zaprosi prymasa. – To wydawało się absolutnie niemożliwe. Prymas przyjeżdżał na złoty, czasem srebrny jubileusz kapłaństwa. Nie powinienem w ogóle o tym myśleć.

A ja poszedłem do prymasa i powiedziałem: „Ojcze, jest taka i taka sprawa”. Odpowiedział: „Syneczku, ja na to czekałem. Nikt o tym mi nie powiedział”. I prymas przyjechał na nasze spotkanie. Spędził z nami kilka godzin, odprawił mszę św. Widziałem go jak mojego biskupa, ojca, a nie tylko księcia Kościoła. Moje spotkania z prymasem były jak z kochającym ojcem.

O wielkiej życzliwości i ojcostwie kard. Wyszyńskiego mówi ks. Czesław Sadłowski, proboszcz Zbroszy Dużej, niedaleko Grójca. Wspierany przez prymasa, przez pięć lat walczył wspólnie z mieszkańcami wsi o zbudowanie kościoła i utworzenie parafii.

– Kardynał zawsze pytał mnie, czy mam co jeść, w czym chodzić, czy mam pieniądze. Raz nawet dał mi pieniądze. „Ty na pewno nie masz”. Powiedziałem: „Mam, odprawiam msze po domach”. „Weź, masz potrzeby” – i wcisnął mi w rękę.

Swojemu kapelanowi ks. Bronisławowi Piaseckiemu, jak wspomina, podczas wizyty delegacji episkopatu w Niemczech w 1978 roku wręczył 50 marek, zalecając, by zwiedził miasto.

Bp Dembowski wspomina, że kiedy w 1977 roku leżał w szpitalu, prymas przysłał do niego ks. Józefa Glempa, by porozmawiał z nim i dowiedział się, jak się czuje.

Prymas miał różne metody zachęcania księży do działania. W 1974 roku w archidiecezji warszawskiej zlikwidował wikariuszom dni wolne (księża pracują w niedzielę, dlatego mają wolne w inny dzień tygodnia), gdyż – jak twierdził – warunki działania wymagają, aby wykorzystać każdą sposobność do katechizacji dzieci i młodzieży.

– Nigdy nie widziałem, żeby na któregoś z księży krzyczał. Raczej dodawał otuchy, zachęcał do pracy – mówi kard. Józef Glemp.

Ks. Piasecki, kapelan prymasa w ostatnich latach jego życia, pamięta, jak powiedział jednemu z księży: „Słuchaj, jak nie zaczniesz budowy kościoła, to cię z Warszawy wyrzucę tak daleko, że do najbliższej stacji będziesz dojeżdżał końmi”. Budowa niebawem ruszyła i kościół stoi do dzisiaj. „Prymas czasem nie szczędził ostrych słów, ale nigdy nie niszczył ludzi. Najgorsze określenie, jakie słyszałem z jego ust na temat »trudnego« księdza, brzmiało: »A to gałgan jeden« – wspomina Piasecki. – Pamiętam sytuację, gdy księża na kongregacji dziekanów domagali się od prymasa, by suspendował duchownego, który siał zgorszenie wśród parafian i kompromitował cały stan kapłański. A prymas po długim namyśle odpowiedział: »Macie rację, tak powinienem zrobić, ale czy mam być tym, który go pchnie w dół? Ja wiem, że on się z tego dołu nie wygrzebie. Nie mogę tego zrobić«”.

Prymas trzymał w brewiarzu obrazek Matki Bożej z wypisanymi na odwrocie imionami i nazwiskami księży, którzy odeszli z kapłaństwa.

– Ja się codziennie za każdego z nich modlę – mówił ks. Gałce.

– Prymas – mówi ks. Gałka – nie tolerował księży, którzy byli wobec niego nieszczerzy. Tych, którzy oszukiwali go, udawali, na przykład opowiadali, że w parafii wszystko idzie świetnie, a potem w czasie wizytacji okazywało się, że jest inaczej. Jeżeli natomiast ktoś przyszedł i powiedział: „Ojcze, stało się to i to”, to potrafił takiego księdza przytulić do serca.

Prymas powtarzał, że duchowni nie są prokuratorami i sędziami, ale spowiednikami. Ich zadaniem jest rozgrzeszać ludzi. Tym, co kapłanom „najbardziej przystoi – to ojcowska miłość. W głoszeniu prawdy Bożej zachowajcie miłość”, przypominał kapłanom. Swój stosunek do ludzi prymas budował na wzorze Boga Ojca, który jest Miłością.

I właśnie w ten „ojcowski” sposób, można by powiedzieć, postąpił ze wspomnianym już wielokrotnie ks. Hieronimem Goździewiczem.

– Najprawdopodobniej na przełomie 1959 i 1960 roku wyznał on prymasowi, że donosił na niego przed wrześniem 1953 roku – mówi historyk Mirosław Biełaszko, który badał materiały źródłowe.

Prymas nie odsunął ks. Goździewicza, a w 1961 roku uczynił nawet kierownikiem sekretariatu, czyli osobą, która miała dostęp do najbardziej poufnych informacji – 2 października 1961 roku podczas kolacji z okazji imienin kilku współpracowników, w tym Goździewicza, prymas powiedział, że prze- lał na niego zaufanie, jakie miał do niego kard. Hlond. „Długoletnia nasza współpraca potwierdziła, że to zaufanie jest w pełni usprawiedliwione”, podkreślił. To zachowanie może wydać się niezrozumiałe, jeśli zapomni się, że prymas był też politykiem i nieraz przechytrzył SB. Zapewne uznał, że lepiej trzymać u boku kogoś, o kim już wie, że donosił, niżby SB miała werbować kolejną osobę. To byłby jednak argument zbyt małej wagi, by czynić ks. Goździewicza kierownikiem sekretariatu i wysyłać sygnał na zewnątrz, do SB, że ma do niego pełne zaufanie. Wiele osób jest przekonanych, na co nie ma jednak dowodów, że ks. Goździewicz, jak typowy „przewerbowany” agent, działał odtąd na rzecz prymasa. Materiały IPN potwierdzają bowiem – twierdzi Biełaszko – że mimo iż po 1956 roku próbował się wywinąć z kontaktów z SB, to w pełni mu się to nie udało.

Do swoich kontaktów z MSW przyznał się także Wyszyńskiemu jego biograf Andrzej Micewski. Było to w 1979 roku, czyli dwa lata po rozpoczęciu pracy nad biografią prymasa, na potrzeby której kard. Wyszyński udostępnił mu swój dziennik Pro memoria.

Kapłaństwo i duchowe ojcostwo prymasa wyznaczało jego stosunek do ludzi – wymagający, ale jak widać, jednocześnie pełen miłości i miłosierdzia. Prymas był też po ludzku zwyczajnie dobry i miał umiejętność tworzenia klimatu życzliwości i zaufania.

Na 30-lecie święceń biskupich kard. Wyszyński wyznał, że nie ma w sobie instynktu władania. „Władzy nie szukałem i do niej nie dążyłem. Zostałem po prostu zmuszony do spełniania w Kościele obowiązków, które chciałem zamienić na służbę i na służenie. Chociaż łatwe to nie jest, w jakimś wymiarze było realizowane. (…) usiłowałem mniej rozkazywać, a więcej prosić. Ratowało mnie to od wyniosłości, która z konieczności wiąże się z pełnieniem władzy i z poczuciem, że się władzę posiada. Nadto, doświadczenie pouczyło mnie również, że rozkazując, zyskuję ludzi posłusznych, prosząc zaś, zyskuję przyjaciół, a posiadać władzę i mieć przyjaciół to jest rzecz bardzo trudna. Coś człowiek zawsze traci – albo traci władzę, albo traci przyjaciół”.

 

Ewa Czaczkowska

Był to fragment książki Ewy Czaczkowskiej pt. Kardynał Wyszyński. Biografia – wydanej przez wydawnictwo Znak.

Wydawnictwo Znak

mak

Zobacz także w e-civitas:

Duchowość biblijna – nowa książka Instytutu Wydawniczego PAX!

Czy twoja duchowość ma charakter religijny, czy jesteś po prostu optymistą? Czy odważysz się być …