piątek , 24 Listopad 2017
Prof. dr hab. Stanisław Trzeszczkowski na tle swojej pracy Całun podczas jubileuszowej wystawy w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi Fot. Lech Andrzejewski

Prof. Stanisław Trzeszczkowski: Czekam na sojusz sztuki z ołtarzem

Z profesorem Stanisławem Trzeszczkowskim rozmawia Andrzej Datko

Pańska droga artystyczna wiązała się od początku ze sztuką sakralną?
Gdy zdawałem do liceum plastycznego w Supraślu, potem na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, byłem pewien – choć przeświadczenie to nie było zdefiniowane – że w pewnym momencie swojej drogi artystycznej zajmę się sztuką sakralną.
Ta pewność opierała się na solidnej podstawie – tradycji katolickiej, w której wyrosłem. Rozumiem przez to najprostsze odniesienia – rodzinę, dom, najbliższe środowisko, parafię. Moja rodzina to byli ludzie przedstawiający pozytywny typ Polaka-katolika. Mężczyźni religijni, ale bez ostentacji, wierni zasadom, w czasie wojny wszyscy należeli do AK. Kobiety, pełne poświęcenia, oddane powołaniu żony i matki. Ze sztuką sakralną spotykałem się w kościele parafialnym i był on dla mnie czymś bardzo ważnym, był miejscem świętym. Teraz myślę, że przyczyniła się do tego liturgia trydencka, rozbudowana, bogata, teatralna w geście. Z tej fascynacji wynikały, może podświadome, odniesienia symboli chrześcijańskich: Ukrzyżowania, macierzyństwa Maryi, Wieczernika – do codziennego życia.
Krzyż, symbol ofiary, łączył się w czasach mojego dzieciństwa z ideą poświęcenia dla Ojczyzny (członkowie mojej rodziny należący do AK byli więzieni przez komunistów). Wieczernik znajdował replikę w zebraniu przy stole wigilijnym; macierzyństwo Maryi upostaciowało się w doświadczeniu obecności mojej matki, wspaniałej kobiety, kochającej i opiekuńczej. Czułem się wyjątkowym szczęściarzem, że urodziłem się w takim domu, że nauczono mnie rozumieć i wyznawać symbol Ukrzyżowania.
Potem, jak to często bywa w czasie studiów, zagubiłem się trochę w sprawach religii. Wróciłem jednak w pewnym momencie i posiadałem tego pełną świadomość. Bezpośrednim bodźcem stała się procesja Bożego Ciała, którą oglądałem z okien domu akademickiego „Dziekanka” na Krakowskim Przedmieściu. Zrobiłem wtedy grafikę wyrażającą gest ukrzyżowania z literą V – zwycięstwo.
Drugi, świadomy powrót do sztuki religijnej miał kontekst polityczny – stan wojenny. Doświadczenie stanu wojennego wywołało dość typową reakcję: jak trwoga, to do Boga. Wszyscy przybiegli do Kościoła, ja też. To była taka demonstracja świadomości religijnej i polskiej. Wystawiałem swoje prace w Warszawie, w kościele na Żytniej, u dominikanów, w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Gdy skończyła się trwoga, wielu odpadło, zostali tylko niektórzy. Zabrzmi to pewnie gorzko, ale trzeba powiedzieć, że Kościół nie umiał tego czasu wykorzystać, nie potrafił przygarnąć do siebie artystów na stałe i mądrze ich wykorzystać. Taka okazja prędko się nie powtórzy i mam o to żal, choć dostałem nagrodę Brata Alberta za twórczość o tematyce religijnej. Po latach, w 1995 r.

Uprawianie sztuki sakralnej łączy się zapewne z doświadczeniem religijnym artysty, może u początku stoi spontaniczne zafascynowanie sacrum…
Poszukując dla siebie istoty chrześcijaństwa, spotykamy się z wielością symboli i w pewnym momencie niektóre zaczynają nas fascynować. Mnie, jako chrześcijanina i jako artystę, zafascynowała modlitwa Pana Jezusa. Zrobiłem gobelin Pater noster, który znajduje się w zbiorach Muzeum Archidiecezjalnego w Warszawie. Potem Dekalog – wykonałem kilka wersji tego tematu na jedwabiu. I wtedy uświadomiłem sobie bardzo mocno uniwersalizm tego religijnego przekazu, jego przynależność do tradycji hebrajskiej, łacińskiej i polskiej. Wtedy namalowałem znowu Dekalog, ale jako tryptyk w trzech wersjach językowych. Trzeci wielki symbol, który mnie pociągnął, to Veraicon. Malowałem go na jedwabiu, robiłem gobeliny. Potem zrozumiałem, że ta twórczość była moją głęboką potrzebą, że to była deklaracja. Wątek religijny istnieje nadal w mojej twórczości – wymienię tu cykl obrazów na jedwabiu „Wulkany”, które są moim osobistym wyznaniem, może nawet modlitwą.
Gdy mówimy o sztuce religijnej, lub szerzej – sakralnej, trzeba zacząć od miejsca, w którym znajduje się sacrum – od kościoła. Od jego bryły, stylu, struktury, wnętrza. Moim zdaniem większość świątyń zbudowanych w ostatniej dekadzie jest okropna. Są naturalnie wspaniałe wyjątki, do których zaliczam Arkę w Nowej Hucie. Tylko te kościoły, których architektura nawiązuje do tradycji, są do przyjęcia. Ja sam długo oswajałem się z moim parafialnym kościołem na Ursynowie, zanim przyznałem, że jednak i on jest świątynią. Przyczynę takiego stanu rzeczy można streścić w jednym zdaniu: nowe kościoły nie są „święte”.
Naturalnie, dawniej też różnie bywało. Wiele barokowych kościołów to istne sale balowe. Dla mnie idealne są kościoły romańskie – wertykalne, ascetyczne, ukazujące Boską harmonię i dające pewność istnienia Tajemnicy. Wiąże się to na pewno z ewolucją świadomości sacrum, która w najwyższym stopniu była obecna w okresie romańskim i gotyckim, oraz częściowo w renesansie, który wydaje mi się zarówno racjonalny, jak i sakralny.

Całun  prof.  Stanisława Trzeszczkowskiego / Fot. Lech Andrzejewski

Dlaczego jest tak źle?
Sądzę, że z wielu przyczyn. Współczesne sztuki piękne nie odpowiedziały na potrzeby religijne końca XX i obecnego wieku. I za ten stan bardziej odpowiedzialny jest Kościół niż artyści. Poza Janem Pawłem II mało kto był i jest przekonany – i przekonanie to realizuje – że artyści i intelektualiści powinni być związani z Kościołem. Nie dostrzegam w Polsce woli współdziałania między twórcami i Kościołem. A przecież jakże potrzebna jest nowa teologia sztuki na miarę naszych czasów i wyzwań. Sztuka religijna nie może być już wyłącznie ilustracyjna, musi natomiast tworzyć symbole, nastroje, sytuacje – czyli sytuować w sacrum. Tymczasem nie przezwyciężono jeszcze schematów malarstwa dewocyjnego i związanego z nim gustu wiernych. Jedynie Jerzy Nowosielski cieszył się pewnymi względami i był zapraszany do ozdabiania świątyń, zarówno prawosławnych, jak i katolickich.

Brak porozumienia i współdziałania wpływa na jakość dzieł sztuki religijnej.
Tak, rezultat jest taki, że nie powstają dzieła, które stanowiłyby jakąś miarę współczesnej sztuki religijnej. O tym powinni rozmawiać artyści i teolodzy, a takiego dialogu nie ma. Inicjatywy środowisk twórczych rzadko są dostrzegane przez ludzi Kościoła, a przecież byłaby to dobra platforma do dyskusji. Skutek jest taki, że artyści wchodzą w świat sztuki religijnej trochę „po omacku”, kierują się własnym rozeznaniem i wizjami albo poprzestają na zaspokajaniu „potocznych” gustów wspólnot parafialnych. Uwidacznia się to w twórczości „kościelnej”, którą moim zdaniem cechuje: nieudolne nawiązywanie do tradycji, preferowanie dekoracyjności, poddawanie się upodobaniom proboszczów i parafian, brak ustosunkowania się do teologii.
Trzeba wreszcie przyjąć, jako coś oczywistego, że sztuka nieprzedstawieniowa może się zaadoptować w kościołach, a nawet że powinna się w nich znaleźć. Przyszedł czas na symbole, znaki, nastroje; ilustracje już nie wystarczają. Sztuka współczesna wypracowała swoje środki wyrazu i należy wreszcie podjąć wspólny wysiłek, aby zaadoptować ją do potrzeb współczesnego Kościoła.
Tymczasem sytuacja jest taka, że większość księży jest nieprzygotowana do obcowania ze sztuką, do jej rozumienia, akceptacji lub mądrej krytyki. Z moich i kolegów doświadczeń wiem, że o sztuce współczesnej nie ma nawet z kim rozmawiać. Niestety, „kultura tekturowa” PRL-u weszła i zadomowiła się w świątyniach. Te wszystkie styropianowe wycinanki, plansze, malowanki na tekturze mogą oszpecić najpiękniejsze wnętrze.

Czy są szanse na przezwyciężenie tej obustronnej niemożności?
Sądzi się, że jakimś rozwiązaniem są konkursy na dzieło sztuki lub architektury kościelnej. Poza tym, że i tak są one rzadkością, nie rozwiązują sprawy. Przykładem jest świątynia Opatrzności Bożej – powstała znowu pseudonowoczesna „kostka”.
W tym pesymistycznym obrazie znajduję jeden pozytywny przykład – to szopki Bożonarodzeniowe i groby wielkopiątkowe, które świadczą o istniejącej jeszcze więzi artystów z Kościołem. Twórcy robią je bezinteresownie, nie na zamówienie, wykorzystują swoje odczucia, pomysły i wiedzę religijną.
Co zrobić, aby było lepiej? Mam dwie propozycje, dosyć ogólne, ale od czegoś trzeba zacząć. Po pierwsze: jest już najwyższy czas, aby nastąpił sojusz „sztuki z ołtarzem”. Po drugie: konieczne jest otwarcie się Kościoła na sztukę współczesną i jego mecenat nad współczesną sztuką religijną.

 

Stanisław Trzeszczkowski – ur. w 1945 r. w Godziebach na Białostocczyźnie. Kształcił się w Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu i w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, na Wydziale Grafiki. W latach 1973–1997 pracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie, gdzie kierował Pracownią Projektowania Tkanin. Od  1997 r. pracował jako profesor w Instytucie Wychowania Plastycznego Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie, a po powołaniu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego został dyrektorem Instytutu Sztuk Pięknych tej uczelni. Był inicjatorem powstania grupy artystów (W. Sadley, J. Dyrzyński i in.) zajmujących się malowaniem obrazów na jedwabiu. Otrzymał II nagrodę w międzynarodowym konkursie UNESCO na plakat pt. Świat godny nas. W 1995  r. otrzymał nagrodę im. Brata Alberta za prace o tematyce sakralnej. Miał 60 wystaw indywidualnych (w  tym 47 malarstwa na jedwabiu) oraz wziął udział w ponad 100 wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Prace S. Trzeszczkowskiego znajdują się w Muzeum Narodowym w Warszawie i Gdańsku, w Bibliotece Uniwersytetu w Padwie i Muzeum w Pueblo (Meksyk), oraz w zbiorach i kolekcjach prywatnych w Niemczech, Francji, Anglii, USA, Belgii i Szwecji. Prof. Stanisław Trzeszczkowski zmarł 25 maja 2016 r.

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Abp Józef Górzyński: Musimy dostrzec i podjąć przesłanie Gietrzwałdu

Z arcybiskupem Józefem Górzyńskim, metropolitą warmińskim, w 140-lecie objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, rozmawia Marcin …