Home / Felietony / Czy Euro jest nam do szczęścia konieczne ?

Czy Euro jest nam do szczęścia konieczne ?

Możemy euro przyjąć za trzy lata (wcześniej się nie da, nawet gdybyśmy się dzisiaj zdecydowali), ale możemy też za lat dziesięć.

To już drugi falstart Tuska w kwestii przyjęcia przez nas unijnej waluty. Pierwszy miał miejsce w 2008 r., gdy rządzący zaledwie kilka miesięcy premier – ku zaskoczeniu swojego ministra finansów – zapowiedział na Forum Ekonomicznym w Krynicy przyjecie przez Polskę euro w 2011 r. Mimo niezłej jeszcze wówczas koniunktury spełnienie warunków z Maastricht wydawało się tak nierealne, że zapowiedź Tuska potraktowano, jako nic nie znaczący polityczny fajerwerk czy też chęć zwrócenia na siebie uwagi w środowiskach ekonomicznych Europy Środkowej i Wschodniej.

Na szczęście dla szefa rządu w kilka dniu później amerykański bank Lehman Brothers ogłosił swoją upadłość i zaczął się ogólnoświatowy kryzys. Dziś wkraczamy w drugą fazę kryzysu. Nie ustają niepokoje na południu Europy. Przed nami widmo recesji, a w każdym razie radykalnego spowolnienia. Zmniejsza się popyt wewnętrzny. Spadają wpływy z podatków. Rośnie bezrobocie. Wszyscy ekonomiści podkreślają, że tylko dlatego udało nam się przejść suchą nogą przez pierwszą fazę kryzysu, że zachowaliśmy własną walutę, której osłabienie pozwoliło ocalić eksport.

Tymczasem premier Tusk w sylwestrowy wieczór na Twitterze zapowiada rychłe rozpoczęcie dyskusji parlamentarnej o przyjęciu euro. Czy to kolejny polityczny fajerwerk, czy też sprawa ma jakieś drugie dno? Wiadomo, że euro przyjąć musimy. Chociaż dla niektórych środowisk politycznych ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego oznaczała katastrofę, to jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie proponowałby dziś wystąpienia z Unii. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że żadne unijne prawo nie nakazuje nam w tej materii pospiechu.

Możemy euro przyjąć za trzy lata (wcześniej się nie da, nawet gdybyśmy się dzisiaj zdecydowali), ale możemy też za lat dziesięć. To prawda, że po przyjęciu euro nasi przedsiębiorcy, sprzedający i kupujący na europejskim rynku towary, odetchnęliby z ulgą. Nie ponosiliby kosztów wymiany walut, cieszyliby się tanim kredytem, a i rynki finansowe spojrzałby zapewne na nasz kraj łaskawszym wzrokiem. Ale prawdą jest też, że rezygnacja ze złotówki pozbawia nas ważnego instrumentu ekonomicznego, jakim jest polityka monetarna.

Uruchamiając procedurę przyjęcia euro narażamy się na wielkie koszty związane z utrzymaniem kursu złotówki w tzw. korytarzu walutowym. Szacuje się, że obrona naszej waluty przed atakami spekulacyjnymi mogłaby nas kosztować kilkadziesiąt miliardów euro z rezerwy walutowej. Czy naprawdę nie mamy pilniejszych wydatków?

Na przykład polityka demograficzna. Można sobie kpić z propozycji renty rodzinnej prof. Rybińskiego, ale prędzej czy później trzeba będzie coś z tym problemem zrobić. Nazywanie szumnie polityką demograficzną kilku mało istotnych ułatwień dla młodych matek, zapowiedzianych w tzw. drugim expose, może tylko budzić uśmiech. Wbrew temu, co twierdzą eurosceptycy, ustanowienie wspólnej europejskiej waluty nie musi oznaczać nic złego, to znaczy być wstępem do utworzenia super-państwa.

Euro może być wspólnym pieniądzem suwerennych państw. Warunkiem jest jednak, aby kraje nim się posługujące reprezentowały względnie równy poziom rozwoju gospodarczego i stosowały się do tych samych reguł dyscypliny budżetowej. Mało kto dziś pamięta dyskusje z końca lat dziewięćdziesiątych na temat utworzenia strefy euro. Tych, którzy wyrażali wówczas swój sceptycyzm, co do udziału w niej takich państw jak Grecja, uznano za wrogów integracji europejskiej i pozbawiono wpływu na rzeczywistość.

Ludzie rządzący dzisiaj Polską lubią powtarzać, że koronnym argumentem za przyjęciem przez nas euro i udziałem w pakcie fiskalnym jest możliwość zasiadania przy stole obrad i decydowania o dalszych losach wspólnoty. I chyba tu tkwi zasadnicze nieporozumienie, bo w ostatnich latach naocznie mogliśmy się przekonać, że o pozycji danego kraju nie decydują unijne procedury i instytucje, ale siła jego gospodarki.

Wróćmy jednak do postawionego na wstępie pytania. Przesuwając bowiem centrum uwagi opinii publicznej na mglistą bądź, co bądź perspektywę przyjęcia euro, Tusk unika debaty na temat bieżących problemów, które na progu nowego roku dają o sobie znać z całą wyrazistością – od wzrastających kosztów utrzymania po bałagan na kolei, od rosnącego bezrobocia po zapaść w służbie zdrowia, od coraz to nowych podatków po mnożące się jak króliki fotoradary, które stawia facet posiadający prawo jazdy. Przeniesienie debaty na teren euro daje też możliwość odwrócenia uwagi od kwestii budżetu UE na lata 2014- 2020, która rozstrzygnie się na lutowym szczycie. Nie wydaje się bowiem, aby to poszło po linii oczekiwań rządzącej partii głoszonych podczas kampanii wyborczej.

Zbigniew Borowik

Dodaj komentarz