Home / Opinie | Felietony / DALEJ NIŻ NA PRAWO

DALEJ NIŻ NA PRAWO

Rzecznik Praw Obywatelskich, prof. Andrzej Zoll, ostatnio zaskarżył był do Trybunału Konstytucyjnego tzw. ustawę medialną uchwaloną w grudniu ubiegłego roku, a dotyczącą funkcjonowania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Jak wiadomo Polacy pragną tego urzędu (czyli, KRRiT) tak, jak zeszłorocznego śniegu, przeto zajmowanie się nim przez prof. Zolla jest zwyczajnym mitrężeniem czasu. Tak przynajmniej może to wyglądać z perspektywy zwykłego zjadacza chleba.

Jednak, skoro sam rzecznik wysokiego urzędu sprawą się zainteresował, widząc uchybienia w prawie ustanowionym przez posłów i senatorów, przeto rzecz jest poważna dla funkcjonowania państwa i szalenie pilna. Stąd prof. Zoll podszedł do niej ze szczególną troską, głęboko się pochylając nad jej istotą.

Otóż właśnie! O jaką istotę chodzi? Czyżby obie parlamentarne izby uchwaliły prawo, prawo łamiące? Wersja mało prawdopodobna! A więc, o co idzie w tej grze? Wiadomo: o pieniądze dla Pani Prezes Danuty Waniek, przewodniczącej KRRiT, którą nowa ustawa pozbawia stanowiska.

Ta prominentna działaczka Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej tak się przyzwyczaiła do stołu suto zastawionego, że gdy stół może być odsunięty, popadła w nerwicę i… uruchomiła prof. Zolla. Ten zaś, ujęty nieszczęściem kobiety, rad by całe prawo zmienić, żeby biednej pomóc. Hinc illae lacrymae!

***
Jan Maria Rokita powiedział publicznie, że z powodu nieprzystojnego zachowania się partii, która wygrała wybory, polityka przypomina chocholi taniec. Tak, tak! Panie Rokita. Całe pańskie towarzystwo odprawia chocholi taniec, aby żadnemu ubekowi nie spadł włos z głowy, aby żyli sobie dostatnie, rozpamiętując z nostalgią dziesięciolecia, gdy obowiązywała przyjaźń ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich po wsze czasy. Dzisiaj Związku Radzieckiego nie ma, pozostały wsze czasy. A towarzystwo?

Jest takie stare przysłowie niemieckie, które niech panu posłowi żona przetłumaczy, mówiące: Himmel für Klima, Hölle für Gesellschaft*.

Donald Tusk swoją kartę stara się rozgrywać wykorzystując znane zjawisko psychologiczne, nazywane perseweracją. Polega ono na stałym, niewzruszonym używaniu wciąż tej samej argumentacji; powtarzaniu uprzytomnień, słów, skojarzeń itp., czyli trwaniu wciąż przy tym samym, pozorując, że za każdym razem chodzi o coś innego.

Technikę perseweracji przewodniczący Platformy Obywatelskiej doprowadził do mistrzostwa. Miesza nią w głowach odbiorców, którym niezmiennie się wydaje, że rzeczywistość ulega zmianom. Tymczasem trwa ona w miejscu, udając ruch. Dlatego niektórzy są przekonani o wielkich chęciach Tuska, pełnego determinacji. Ponadto widzą w nim tego (dobry), który wyciąga rękę do przewodniczącego Prawa i Sprawiedliwości (zły), za każdym razem odtrącaną.

Rys. Jacek Frankowski

Oto, pokrótce, sztuczki Tuska. Nasza mądrość w tym, by takim trikom nie ulegać!

Ostatnio jednak Tusk przeszedł sam siebie. Postanowił mianowicie podżegać naród do bojkotu państwa i nawoływać współobywateli do wypowiedzenia lojalności wobec ojczyzny. Rzecz niewyobrażalna! Stawiam więc pytanie wprost: czy może tak postępować prawdziwy Polak zatroskany o los swojego kraju?

Swym czynem Tusk pokazuje jednoznacznie, że w życiorysie ma coś wstydliwego lub jego życiorys jest splątany z życiorysami przestępczymi do tego stopnia, iż wizja praworządności w Polsce budzi w nim strach i przerażenie przed odpowiedzialnością, a te odbierają mu rozum. Być może właśnie Tusk jest zakładnikiem Wolińskich, Morelów, Bermanów, Romkowskich, ale także Michników, Kiszczaków i Jaruzelskich. Oni wszyscy, jak też ich spadkobiercy boją się rozliczeń jak ognia i drżą przed odpowiedzialnością.

Znamienne jest to, że swoje myśli Tusk ogłosił w „Gazecie Wyborczej” od lat broniącej „ludzi honoru”. I takiemu mamy ufać, do czego nas nawołuje?

***
Widzowie programu telewizyjnego, „Co z tą Polską?”, nadanego 26 stycznia na falach Polsatu, byli świadkami totalnej porażki intelektualnej Tomasza Lisa, prowadzącego audycję.

Do tej pory Lis prowadził przeważnie swe programy w taki sposób, aby jego narcyzm był zaspokajany w pełni poprzez brylowanie i popisy elokwencji.

Tym razem jednak, za sprawą swego rozmówcy Jarosława Kaczyńskiego, każde pytanie Lisa stawało się jego porażką.

Gdyby chcieć obrazowo opisać tę sytuację, można tu przywołać miłe człowiekowi zwierzę, zwane po łacinie canis familiaris. Oto widzimy dostojnego bernardyna i skaczącego wokół niego hałaśliwego kundelka. Kundelek ujada, kręci się i zwija w dziwnych pląsach, a bernardyn sympatycznym wzrokiem spogląda na bezcelowe ewolucje…

Intelektualna przepaść między Kaczyńskim a Lisem była porażająca. Lis wił się, podskakiwał, wyraźnie chciał gryźć, ale Kaczyński nie dopuszczał go do siebie nawet na długość wyciągniętej ręki. Każde pytanie stawiane przez prowadzącego było ośmieszaniem się jego autora. Na jedno z kuriozalnych pytań, rozmówca ze stoickim spokojem cum debita reverentia odpowiedział (cytat z pamięci): „Na to pytanie pan redaktor sam może sobie odpowiedzieć, ponieważ zna ją pan przecież”.

O błyskotliwości umysłu Jarosława Kaczyńskiego żurnaliści sejmowi na swych giełdach dziennikarskich opowiadają od dawna. Teraz mogli się o tym przekonać i widzowie będący obserwatorami intelektualnej potyczki, w której List był rozkładany na łopatki kilkanaście razy. C�est la guerre, c�est la vie! – powiadają Francuzi.

(sd)

* Niebo dla klimatu, piekło dla towarzystwa.

Artykuł ukazał się w numerze 02/2006.

Dodaj komentarz