Jednym z miejsc spotkań Rebeki Kiesling była siedziba wrocławskiego Oddziału „Civitas Christiana” / Fot. Mateusz Zbróg

Dlaczego lewica boi się zaangażowanych społecznie katolików?

Jeżeli aktywni społecznie katolicy chcą uniknąć scenariusza, w którym przestrzeń ich wolności będzie zamknięta w murach kościołów, to muszą zawalczyć również o odzyskanie uniwersytetów i przywrócenie im misji, dla której powstały.

Generalnie myślenie lewicowe i katolicyzm w wymiarze społecznym nie mają ze sobą wiele wspólnego – przynajmniej od czasów encykliki Rerum novarum jest to już kwestia jasna i wyjaśniona. Życie przynosi coraz to nowe dowody na kompletną niespójność obydwu sposobów patrzenia na rozwiązywanie poszczególnych zagadnień społecznych, związane z bieżącym funkcjonowaniem w świecie, gdzie katolicy bywają zwalczani przez lewicowe elity na bardzo różnych polach.

Exemplum
W marcu br. do Polski przyjechała pani Rebecca Kieslling, amerykańska działaczka pro life, samym swoim istnieniem dająca wystarczające świadectwo cywilizacji życia, kłująca w oczy zwolenników cywilizacji śmierci. Poczęta została bowiem w wyniku gwałtu, a w czasach, kiedy rzecz się wydarzyła, amerykańskie prawo nie pozwalało na aborcję z powodu takiej przesłanki. Pani Kieslling miała wygłosić na polskich uczelniach kilka wykładów i tak się złożyło, że w ostatniej chwili pod różnymi pretekstami cofnięto uprzednie zgody na te wystąpienia. Wszyscy chyba mamy świadomość, że główną przyczyną odmów był nacisk środowisk lewicowych, których głos na polskich uczelniach, jak się okazuje, jest w najwyższym stopniu opiniotwórczy i przekłada się w sposób oczywisty na decyzje ich władz. Oczywiście dyskusja, jaką takie stawianie sprawy wywołało, połączona z rozgłosem medialnym spowodowała, że wykłady zorganizowane w ostatniej chwili w punktach zastępczych cieszyły się ogromną popularnością, której pewnie by nie miały, gdyby lewica w tej konkretnej sprawie milczała. Jest to kolejny dowód, że Pan Bóg potrafi zło przekuć w dobro, jeśli taka Jego wola.
Wracając do postawionego problemu – oczywiście, że ogólnie rozumiana lewica nie chce nas, katolików, w ogóle, dlatego że znaczna większość wyznawców ideologii lewicowych to nie tylko ateiści, ale też ludzie, którzy Pana Boga uważają za głównego wroga i walka z Nim zaprząta dużą część ich aktywności. Jest to swoisty paradoks, bowiem większość ludzi o zdrowych zmysłach pozostaje w świecie realnym, nie zajmując się zmaganiami z istotami, w których istnienie nie wierzy. Tymczasem ateizm lewicowy, jeśli spojrzeć na niego z tej właśnie perspektywy, jest bardzo specyficznym systemem, ale to już problem środowisk pozostających pod jego urokiem.

„Nie” dla „katolickiego” getta
Z drugiej strony, sądzę, że środowiska lewicowe znosiłyby nas, katolików, jako dziwaków spokojnie gromadzących się w kościołach i nigdzie poza nimi, oraz ewentualnie takich, którzy raz do roku z koszykami z jajkami i kiełbasą zmierzają do swoich świątyń celem dopełnienia jakichś „zabobonnych” obrzędów. Ostatecznie można by to nawet sprzedawać na tzw. „zachód” w charakterze „cepelii”. Na czymś takim dałoby się ewentualnie coś zarobić, jednocześnie pokazując, że tu ciągle jakaś część społeczeństwa pozostaje na poziomie „idiotów” z epoki feudalnej albo diabli wiedzą jakiej. Dla każdej lewicy największym złem są jednak tacy katolicy, którzy oprócz tego, że się modlą do swego Boga, pozostają wierzący nie tylko w Kościele, ale i w życiu publicznym. Wiedzą oni, że religia ma konsekwencje społeczne i próbują poszukiwać rozwiązań problemów, wobec których stają, kierując się zarówno Ewangelią, jak i dorobkiem wypracowywanej przez wieki myśli, która na jej bazie narosła. Poza tym to najczęściej katolicy, jako obrońcy tradycyjnych wartości i kultury narodowej, przeciwstawiają się dekonstrukcjom proponowanym przez ideologie wyrosłe na lewicowym fundamencie.
Jednym w przykładów takiej postawy jest np. obrona życia ludzkiego, która najbardziej wyraża się obecnie na polu zmagań przeciwko aborcji. Obrona człowieka w łonie matki nie jest czymś, co w jakiś szczególny sposób winno być domeną katolików, lecz wszystkich ludzi dobrej woli, którzy zwyczajnie nie godzą się na to, by mordować niewinnych przedstawicieli swego gatunku w majestacie prawa stanowionego. Być może ludziom wierzącym łatwiej przychodzi zrozumienie problemu, bowiem w ich świadomości każdy człowiek jest dzieckiem Bożym posiadającym z tego tytułu człowieczą godność i nie godzi się uśmiercanie go w imię świeckich ideologii. Oczywiście, obrona życia ludzkiego może wynikać z innych przesłanek, które nazwiemy ogólnie humanistycznymi, niemniej statystyczny prolifer, przynajmniej w  naszym kręgu cywilizacyjnym, to mimo wszystko chrześcijanin.

Znak sprzeciwu
Chrześcijanie – w naszym kraju większość to katolicy – są dla lewicy niewygodni przez to, że mówią o rzeczach i na tematy, które lewica chciałaby już zamknąć, by móc spokojnie iść dalej. Za aborcją jest eutanazja, propagowanie postaw LGBT, przebudowa pojęcia i sposobu funkcjonowania rodziny, nowe spojrzenie na płeć – i tak do przodu, czyli wytworzenia „nowego człowieka”, o którego cały czas idzie bój. Katolicy nie tylko zadają w tych kwestiach pytania, oni się na to, generalnie rzecz biorąc, nie godzą. Jako obywatele natomiast domagają się, by ich głos traktować na równi z głosem przeciwników. Tu mamy kolejną „lewicową zagwozdkę”, której lewica rozwiązać nie jest w stanie, a tym samym kolejne źródło niechęci do aktywnych społecznie katolików. Po pierwsze, zadekretowana wszędzie, gdzie się da, demokracja nie pozwala na zupełne wyeliminowanie głosów płynących przecież z  szeregów społeczeństwa. Po drugie, nie da się zamknąć problemu innym wszechogarniającym terminem kluczem – „kompromis”. Oczywiście czasem coś tu się ugra, ale chciałoby się szybciej i więcej, a tymczasem katolicy wciąż chcieliby realizować swoją wizję życia społecznego, którą jakoś tam mają ugruntowaną i im dalej od niej jest system polityczny, tym bardziej bywają zaniepokojeni, a tym samym głośniej deklarują swe postulaty.
W życiu społecznym na wszystko są sposoby. Aktywnych katolików można sprowadzić za pomocą mediów do pozycji „ciemnogrodu”, gorzej jeśli powiedzą: „Tak, jesteśmy nim i co nam zrobicie?” Walkę o postulaty społeczne można nazywać „mową nienawiści”, tylko że jeśli jakiegoś terminu się nadużyje, to ludzie się przyzwyczajają i maszyna nie działa. Wreszcie, gdzie się da, działa się administracyjnie. I tu dochodzimy do swoistej wpadki metodologicznej, jaka zdarzyła się przy okazji wizyty pani Rebeki Kiessling. Po pierwsze, za pomocą starej broni, tj. przekonania o niezaangażowaniu światopoglądowym instytucji państwa, za którą uznano uniwersytety, uruchomiono różnie w różnych miastach wyglądającą kampanię medialną, mającą na celu wyeliminowanie głosu obrończyni życia w świeckich murach. Tyle że sprawa mająca wszelkie predyspozycje do tego, by być zdarzeniem niszowym, wywołała burzę. Pomijając wyrażone na wstępie uwagi o przyczynieniu się w ten sposób do popularyzacji tak problemu, jak i osoby, środowiska lewicowe oraz sprzyjające im władze polskich uczelni stworzyły nam okazję do otwarcia pola dla ciekawej dyskusji. Czym ma być uniwersytet, jeżeli nie instytucją, która dozwalając czy wręcz animując dyskusję na ważne kwestie, służy społeczeństwu w wypracowywaniu najwłaściwszych rozwiązań w dowolnej dziedzinie życia, w tym także w rzeczonej, dotyczącej prawa do życia? Mimo marnie brzmiących tłumaczeń wyszło na to, że instytucje te są miejscem dostępnym jedynie dla jednej strony sporu, nie nadają się więc na miejsce debaty.

Uniwersytety
Być może odkrycia, a właściwie nagłośnienia tej prawdy lewica również się przestraszyła. Wszyscy jesteśmy świadomi, że ze współczesnymi uniwersytetami jest coś nie tak. Niemniej dla drugiej strony nie będzie dobrze, jeśli zaczniemy o tym głośno mówić. Taki masowy dyskurs może zakończyć się tym, że niezadowoleni katolicy zaczną tworzyć własne uniwersytety, co do idei bardziej zbliżone do swych średniowiecznych pierwowzorów. Jednak może być i tak, że obywatele zaczną działać bardziej natarczywie i domagać się zmian w istniejących placówkach. Na obecnym etapie chyba to drugie rozwiązanie byłoby bardziej pożądane. Już Jan Zamoyski (XVII w.) zauważył bowiem, że „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Jeżeli aktywni społecznie katolicy chcą uniknąć nakreślonego wyżej scenariusza, w którym przestrzeń ich wolności będzie zamknięta w  murach kościołów, to muszą zawalczyć również o odzyskanie uniwersytetów i przywrócenie im misji, dla której powstały. A że lewica będzie się bać jeszcze bardziej, no cóż, to wyłącznie jej problem.

Piotr Sutowicz

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Zysk nie celem, lecz środkiem

Logika daru jako dopełnienie zasady zysku