Home / Opinie | Felietony / „Duch Krzyżowej” i niemieckie „prawo” do ojczyzny

„Duch Krzyżowej” i niemieckie „prawo” do ojczyzny

Tak naprawdę, to nigdy nie mieliśmy dobrych stosunków z Niemcami. Nawet w pierwszych latach po odzyskaniu suwerenności, kiedy to panował „duch Krzyżowej”, będący konsekwencją symbolicznego pojednania, jakiego premier Tadeusz Mazowiecki i kanclerz Helmut Köhl dokonali w 1989 r. podczas pamiętnej Mszy św. w miejscowości, będącej podczas II wojny światowej świadkiem nieco bardziej ludzkiego oblicza Niemców.

 

Fot. Artur Stelmasiak

Niestety niedługo po tym podpisany przez rząd Bieleckiego traktat polsko- niemiecki o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy nie wspomniał nic o tak ważnej dla Polaków kwestii statusu własnościowego majątku nieruchomego na Ziemiach Odzyskanych, czyniąc tym samym problem ewentualnych roszczeń byłych właścicieli sprawą otwartą.

W tamtym czasie krytyka ministra Krzysztofa Skubiszewskiego, głównego negocjatora traktatu, dopuszczalna była niemal wyłącznie w drugim obiegu. Niemcy były głównym promotorem naszego wstąpienia do struktur europejskich i NATO.

Dziś widać jednak, że to nie brak przezorności ministra Skubiszewskiego, który rzekomo przeoczył problem, ale konsekwentna polityka Niemiec sprawiła, że wciąż możliwe jest zakwestionowanie w świetle prawa wyników II wojny światowej. Wygląda bowiem na to, że Niemcy traktatu rozstrzygającego raz na zawsze problem własności na Ziemiach Zachodnich po prostu by nie podpisały.

Jeśli z powyższego punktu widzenia spojrzymy na niedawne dwa „incydenty” w stosunkach polsko-niemieckich – artykuł w „Der Spigel”, rozciągający odpowiedzialność za Holokaust na inne oprócz Niemców narody Europy, oraz odezwę niemieckich partii chadeckich CDU i CSU, wzywającą do międzynarodowego potępienia wypędzeń z okresu II wojny światowej – to trudno się oprzeć wrażeniu, że nasza obecność w Unii Europejskiej była Niemcom potrzebna przede wszystkim do zrealizowania swoich własnych roszczeń terytorialnych. Nie chodzi oczywiście o rewizję granic, bo one i tak zanikają, ale o własność, którą próbuje się odzyskać na mocy swoiście interpretowanego prawa do ojczyzny.

Zdaję sobie sprawę, że twierdzenie to brzmi bardzo radykalnie i łatwo może być uznane za niesprawiedliwe, zwłaszcza w świetle bardzo wielu przyjaznych gestów i działań ze strony naszego zachodniego sąsiada. Jednak nawet komuś, kto nie doświadczył bezpośrednio okropności II wojny światowej, nie może zmieścić się w głowie, że mając świadomość wszystkiego tego, co działo się w Europie w latach 1939-45, można otwarcie kwestionować postanowienia umowy poczdamskiej, na mocy której w ramach wojennych reparacji przyznano Polsce ziemie należące przed wojną do Rzeszy i wysiedlono z nich ludność niemiecką.

Tym, co musi budzić największe zdumienie, nie jest nawet samo kwestionowanie powojennych uregulowań prawnych. Wszyscy pamiętają, jak trudno było się Niemcom pogodzić z postanowieniami traktatu wersalskiego. Tak naprawdę zdumiewające jest to, że próbują teraz to czynić w imię praw człowieka. Naród, który poprzez własne zorganizowane i posiadające demokratyczną legitymację struktury państwowe produkował z ludzi mydło i całe narody skazał na niewolniczą pracę służącą budowie własnego imperium, powołuje się teraz na prawa człowieka, które mają zapewnić jego przesiedlonym członkom (a właściwie ich spadkobiercom) prawo do ojczyzny.

To, że z przesiedleniem ludności niemieckiej wiązała się cała masa cierpień, jest sprawą bezsporną. Pytanie tylko, czy te cierpienia dadzą się porównać z jedną wielką katastrofą humanitarną wywołaną przez państwo niemieckie rozpoczynające w 1939 r. wojnę.

Nie ulega wątpliwości, że ten zdumiewający przejaw amnezji nie dotyczy wszystkich Niemców. Zwolennicy tych roszczeń to w zasadzie margines, o czym zapewniają nas stale niemieckie i polsko-niemieckie media. Pozostaje jednak pytanie o rozmiar tego marginesu, skoro dwie rządzące partie uznały za celowe wydanie w przeddzień wyborów takiej odez wy.

Odrębną kwestią pozostaje reakcja polskich czynników oficjalnych na te „incydenty”. Ze smutkiem należy stwierdzić, że egzaminu nie zdała tu ani władza, ani opozycja. Oczywiście wszyscy byli święcie oburzeni, ale rządząca PO uznała całą sprawę za element gry w niemieckiej kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i odmówiła przyjęcia wspólnej deklaracji sejmu w tej sprawie. Z kolei PiS, czując miękkość PO w tej materii, nazywaną przez publicystów „kompleksem dziadka w Wermachcie”, zażądało od Platformy wystąpienia z Europejskiej Partii Ludowej, do której należą CDU/CSU, co oczywiście było żądaniem z góry skazanym na odrzucenie.

Nie pierwszy to raz przekonujemy się, że jedność polskiej polityki zagranicznej jest mitem, za którym kryją się egoizmy partyjne. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby trzeba reagować w znacznie poważniejszej sprawie niż słowna deklaracja.

Zbigniew Borowik

Artykuł ukazał się w numerze 06-07/2009.

Dodaj komentarz