czwartek , 14 Grudzień 2017
Fot. Julaquinte / flickr.com

Duch, który umacnia miłość

O doświadczaniu szczęścia – z małżeństwem o wieloletnim stażu, Ireną i Zbigniewem Łach, rozmawia doradca rodzinny Beata Sęczyk

Ireno i Zbigniewie, czy mimo upływu lat nadal odczuwacie szczęście w swoim życiu małżeńskim?

Pobierając się, mieliśmy wspólny cel, do którego teraz dążymy. Celem było stworzenie domu, do którego zawsze będzie chciało się wracać nam i naszym dzieciom. Urodziło się nam dwoje pięknych dzieci, które bardzo kochamy. Weronika jest starsza, Bartuś młodszy, oboje chodzą już do szkoły, czas tak szybko płynie. Staramy się w naszym życiu realizować pewne wartości, które wcześniej uznaliśmy za dobre. Rozumiemy, że powinniśmy akceptować siebie takimi jacy jesteśmy, mimo różnych wad, które odsłaniają się z każdym dniem naszego wspólnie przeżywanego życia. Uważamy, że szczęście, które na początku odczuwaliśmy dość silnie, nadal nam towarzyszy i jest z nami nawet mimo gorszych dni.

Czy uważacie, że obranie wspólnego celu życiowego wpływa na przeżywanie jedynie pozytywnych emocji?

Niekiedy to, co przynosi poczucie sensu życia, nie jest do końca przyjemne, czasami jest męczące, niepokojące, w konsekwencji jednak przyczynia się do odczuwanego dobrostanu. Staramy się brać przykład z innych, którzy realizują jakąś misję, opiekują się kimś ponad swoje siły lub tworzą coś naprawdę niezwykłego. Myślimy, że życie przyjemne i życie pełne głębi nie wykluczają się wzajemnie. Jednak chyba pełne szczęście wymaga obecności obu tych składników.

Jak powiedzieliście, macie dwoje dzieci w wieku szkolnym. Jak udaje się Wam godzić czas zaangażowania w swoje pasje z czasem, który poświęcacie swoim dzieciom ?

Jest to czasami bardzo trudne i wymaga wielu wyrzeczeń. Staramy się jednak siebie wspierać i wymieniamy się wzajemnie obowiązkami przy dzieciach. Pozornie od siebie odchodzimy do innych zajęć, a tak naprawdę jesteśmy blisko siebie. Łączy nas modlitwa indywidualna i wspólna. Bez tego wymiaru w naszym życiu nie byłoby podstaw odczuwania szczęścia. Dzięki temu wspieramy się, podtrzymujemy na duchu. Inaczej nie umielibyśmy się cieszyć z różnych drobnych rzeczy, które czasami trudno nazwać szczęściem.
W czasie modlitwy znikają wszelkie nasze spory, jesteśmy zdolni więcej sobie przebaczać i zapomnieć wzajemne urazy. Tutaj w milczeniu podejmujemy odważne decyzje, Bóg zajmuje bardzo ważne miejsce w naszym życiu.

Na poczucie szczęścia wpływa nie tylko wspólne działanie czy współodczuwanie pozytywnych emocji, ale również zrozumienie i tworzenie więzi?

Ma Pani rację, aby się rozumieć, trzeba nieustannie pracować nad sobą, kształtować swój charakter. Bez pracy nad sobą nie moglibyśmy przeżywać tylu pozytywnych uczuć, które są odpowiedzialne za odczuwanie szczęścia. Praca nad sobą jest potrzebna, by odczuwać szczęście mimo pozornie smutnych dni. Według nas człowiek szczęśliwy to ten, który nie traci nadziei, idzie pod prąd i nie zniechęca się pozorną porażką. Myślimy, że doświadczanie szczęścia jest zależne od nas. Musimy przede wszystkim chcieć być szczęśliwi, zamykanie się na drugą osobę nie jest dobre. Gdy otwieramy się na siebie wzajemnie, próbujemy się zrozumieć, nasze odczucie szczęścia jest znacznie wyższe.

Czy rozmawiacie ze sobą na różne trudne tematy i czy umiecie mówić sobie o tym, co Was w Was samych denerwuje ?

Staramy się, by rozmowy nie były połowiczne, tzn. byle jakie. Poświęcamy szczególny czas na taką rozmowę. Jeżeli potrzebujemy takiego typu rozmowy częściej, to niekiedy umawiamy się na nią jak na randkę. Zapalamy wtedy świece, robimy coś dobrego do jedzenia. Rozmawiamy wtedy ze sobą, komunikując się w języku „Ja”. Mówimy o swoich emocjach, nie przerywając drugiej osobie. Nie przerywamy sobie, nie mówimy do siebie: „bo Ty zawsze…”. Staramy się siebie uszanować, rozumiemy, że ten czas jest niepowtarzalny, może więcej się nie zdarzyć. To sprawia, że zbliżamy się do siebie, przebaczamy sobie, pamiętamy o złotej zasadzie, by pogodzić się do wieczora. Jesteśmy wierni św. Pawłowi i chcemy, by nad naszym gniewem nie zachodziło słońce.

Rozumiem więc, że konflikty i spory w Waszym związku małżeńskim to rzadkość?

Nie inaczej. Dzięki rozmowom i częstemu byciu ze sobą jesteśmy w stanie zapanować nad sytuacjami konfliktowymi i gasimy je w zarodku. Myślimy, że brak sytuacji konfliktowych to także sprawa naszego wzajemnego doboru. Mamy takie temperamenty, które nas raczej godzą ze sobą, a nie konfliktują. Dużo pracujemy nad sobą, chcemy, by było dobrze. Zawsze pamiętamy też, że na to wszystko patrzą przecież nasze dzieci. Chcielibyśmy, by zbudowały dobre domy i by również doświadczyły podobnego szczęścia jak my doświadczamy.

Czy udaje się Wam zaspokoić wszystkie Wasze potrzeby? Czy to sprawia, że pogłębia się w Was odczuwanie szczęścia?

Od początku naszego wspólnego bycia ze sobą staramy się być otwarci na siebie wzajemnie. Jesteśmy wyczuleni na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, wzajemnej miłości, czułości i opiekuńczości. Staramy się okazać sobie wzajemny szacunek, pozwalamy sobie na samorealizację, twórczość. Dążymy do tego, byśmy się wzajemnie pełniej rozwijali, rozmawiamy o tym ze sobą i dbamy o to, byśmy nie stali w miejscu. To nam pomaga w dalszej pracy, nie zniechęcamy się, gdy coś czasami nam nie wyjdzie.

Zastanawiam się, czy duży wpływ na kształtowanie się w Was takich postaw miały Wasze domy rodzinne?

Myślimy, że tak. Zarówno mój dom, jak i mego męża Zbyszka były domami pełnymi ciepła i miłości. Uczyliśmy się tam konsekwencji, ale również, jak kochać drugą osobę. Ja i mój mąż mieliśmy rodzeństwo, dzięki temu uczyliśmy się życia w małej społeczności. To przydaje nam się w naszym obecnym życiu, umiemy łatwiej rozwiązywać trudne sytuacje. Pomaga nam to również w wychowaniu naszych dzieci, które mają bardzo żywe temperamenty.

Co skłoniło Was akurat do takiego wyboru? Skąd wiedzieliście, że jesteście dla siebie przeznaczeni?

Najważniejszym motywem naszego wyboru była miłość, chociaż też spodobaliśmy się sobie. Zaczęliśmy się wspierać, pomagać sobie. Stopniowo uczyliśmy się sobie ufać, rozumieć się. Poświęcaliśmy sobie dużą ilość czasu. Każdego dnia uczyliśmy się siebie akceptować, szanować mimo wad, jakich nam nie brakuje.

Chciałam Was spytać jeszcze, czy czasami wplatacie w Wasze życie małżeńskie i rodzinne trochę humoru?

Staramy się, by zabawa i humor były częścią składową naszego życia. Wiemy, że życie nas zaskakuje. Niekiedy najlepszym sposobem poradzenia sobie ze zranieniami i rozczarowaniami jest śmiech. Śmiech jest zdrowy, ponieważ rozładowuje napięcie i pomaga pogodzić się z rzeczywistością. Oczywiście musi to być pozbawione sarkazmu w stosunku do drugiej osoby. Jako małżonkowie wciąż się tego uczymy, tego uczymy również swoje dzieci.

W jaki sposób udaje Wam się wytrwać przy obranych celach, które wytyczyliście sobie na początku wspólnego życia?

Naszym głównym celem jest wzrastanie we wzajemnej miłości, wzajemne wspieranie swoich przedsięwzięć i służenie Bogu poprzez używanie naszych darów i zdolności. Nasz małżeński cel ma charakter długofalowy, a działania związane z jego realizacją zmieniają się wraz z upływem czasu. Obecnie nie ukrywamy, że poświęcamy dużo uwagi swoim małym dzieciom. Wykonujemy często przeciętne zadania, nie chcemy zaniedbać tego ważnego czasu wzrostu naszych pociech. Z tego czerpiemy szczęście i przygotowujemy się do innych zadań, które pewnie podejmiemy w niedalekiej przyszłości.

Jak byście określili, jakim jesteście małżeństwem?

Myślimy, że możemy siebie zaliczyć do grupy bardzo aktywnych małżeństw. Nasz związek oparty jest na trwałym, wzajemnym oddaniu. Oboje długo się przygotowywaliśmy do podjęcia tej decyzji. Motywujemy się wzajemnie, by zrobić wszystko, by nasze małżeństwo jak najlepiej funkcjonowało i byśmy mogli odczuwać jak najwięcej szczęścia, o którym Pani wspomniała na początku.

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Reżyser Michał Kondrat: Święci sami się upominają o filmy

Z reżyserem filmu „Dwie korony” Michałem Kondratem rozmawia Anna Staniaszek