Duszochwat

Męczeństwo patrona Polski św. Andrzeja Boboli było jednym z najstraszliwszych w historii Kościoła. Co ciekawe, po śmierci ten święty sam „dopominał się” o rozwój swojego kultu.

Fot. Tomasz Gołąb

Pojmany przez Kozaków Andrzej Bobola cierpiał straszliwie. Nie chciał przejść na prawosławie, więc oprawcy urządzili systematyczne tortury. Skrępowano mu ręce powrozem i przytroczono do pary koni, które ruszyły przed siebie. W Janowie Poleskim zawleczono go do szopy służącej za rzeźnię. Z dębowych gałązek upleciono mu wieniec, wciśnięto na głowę, następnie rzucono go na stół. Ogniem przypalano jego ciało, wbijano drzazgi za paznokcie, zdzierano skórę z rąk, piersi, pleców i głowy, odcięto palec wskazujący od lewej dłoni i końce dwóch innych palców, wydłubano prawe oko, a świeże rany posypano plewami, odcięto nos i wargi, wyrwano język, wreszcie powieszono u powały za nogi. Po dwóch godzinach dwukrotne cięcie szablą w szyję spowodowało zgon. Co spowodowało aż taką nienawiść Kozaków do Andrzeja Boboli? Cofnijmy się trochę w przeszłość. Gdy w 1611 r. dwudziestoletni Andrzej Bobola zgłosił się do litewskiej prowincji Towarzystwa Jezusowego, z pewnością nie brał pod uwagę, że zginie taką śmiercią. Chciał być po prostu dobrym jezuitą. W 1622 r., po studiach teologicznych i święceniach kapłańskich, został rektorem kościoła w Nieświeżu. Okazał się doskonałym administratorem, świetnym kaznodzieją i spowiednikiem. Podejmował w okolicy pracę misjonarza ludowego: w pobliskich wioskach udzielał chrztu św., błogosławił młodym parom, pełnił obowiązki prefekta bursy dla ubogiej młodzieży. Z czasem przełożony posłał Bobolę do Wilna, a potem do Bobrujska, niewielkiego miasteczka zabudowanego drewnianymi domkami. Mieszkali tam prawosławni, a nikły odsetek katolików pozbawiony był całkowicie opieki duszpasterskiej. Jezuici otworzyli tutaj placówkę, której pierwszym przełożonym mianowano właśnie Bobolę. Kolejne lata to praca w następnych placówkach jezuickich. W 1642 r. Bobola trafił do Pińska. Miejscowi jezuici byli bardzo zaangażowani w pracę wśród prawosławnych. Wielu z nich przychodziło do kościoła jezuickiego, aby posłuchać kazań. To prowadziło do licznych nawróceń, które w sposób oczywisty nie mogły podobać się prawosławnym. Bobola, pomimo osłabionego zdrowia, chodził od wioski do wioski i ewangelizował. Został nazwany duszochwatem – łowcą dusz. Nienawiść ortodoksów do niego narastała. I zakończyła się opisanym już męczeństwem w 1657 r. W następnych latach o jezuickim męczenniku, co ciekawe, zupełnie zapomniano. I żeby było jeszcze ciekawiej, Bobola w końcu sam przypomniał o sobie. W 1702 r. ukazał się rektorowi jezuickiego kolegium w Pińsku i zapewnił go o swojej pomocy w wyjściu z ogromnych kłopotów, jakie wówczas spadły na kolegium. Męczennik postawił jednak warunek – należy wydobyć i udostępnić jego relikwie wiernym. – Ktoś mógłby zarzucić, że przyszły święty był interesowny, skoro zależało mu na rozwoju własnego kultu. Owszem, zależało mu, ale po to, aby dzięki modlącym się do niego mógł pomagać i uzdalniać do dzieł po ludzku niemożliwych – mówi o. Jacek Bolewski, jezuita. Takim dziełem można np. nazwać zmianę warszawskiej ul. Chodkiewicza na Boboli. Już przed II wojną światową odcinek między ulicami Madalińskiego i Rostafińskiego nosił nazwę jezuickiego męczennika. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku decyzją władz komunistycznych zmieniono nazwę na Chodkiewicza. W końcu, po wielu staraniach, kiedy wydawało się, że opór decydentów będzie nie do przezwyciężenia, przywrócono starą nazwę. Jezuici widzą w tym wyraźną pomoc Świętego Męczennika. Relikwie św. Andrzeja Boboli zostały przywiezione z Watykanu do Warszawy w czerwcu 1938 r., zgodnie z życzeniem papieża Piusa XI, który wyniósł go do chwały ołtarzy. Do dzisiaj te integralnie zachowane relikwie znajdują się w Sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Przybywają tu liczne pielgrzymki, w końcu święty jest patronem nie tylko metropolii warszawskiej, ale i całej Polski. Kult tego męczennika żywy jest oczywiście wśród mieszkańców stolicy i to nie tylko podczas majowych uroczystości ku czci św. Andrzeja.

Wincenty Pol Piński apostoł

To piński apostoł ów Andrzej Bobola, Co poszedł na męki z miłości gorącej I ziarno zbawienia z krwią posiał w te pola Zbawienia dusz ludzkich żarliwie pragnący W znak wiary, czystości, dom stary Boboli Szat innych nad białe u siebie nie chował Dostatków używał tak miernie jak soli A służąc orężno, kościoły fundował

Więc Pan też tem jego zasługi nagrodził Że w domu Bobolów mąż Boży się zrodził Ostatni męczennik w tej Polskiej Koronie Gdy Waza Kazimierz zasiadał na tronie I w Pańskiej winnicy jest Andrzej Bobola Tym mężem, co wyszedł ostatni na pola A Chrystus mu przecie użyczył tej płacy Choć wyszedł ze wszystkich ostatni do pracy

Stąd, jako Stanisław, jest w sztuki pocięty I ciało się jego znów zrosło miłośnie… Tak, kiedy Rzym powie, że Andrzej jest święty To Polska napowrót jak cudem się zrośnie A naród szczęśliwy i wierny Ojczyźnie Andrzeja Bobolę podejmie kochaniem I w miejscu męczeństwa pod jego wezwaniem I miasto i kościół podniesie w Pińszczyźnie

Artykuł ukazał się w numerze 12/2006.

Dodaj komentarz