Home / Historia / Dzień krwi i chwały

Dzień krwi i chwały

Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże Warszawa jedna… Adam Mickiewicz „Reduta Ordona”

W lesie budził się dzień, lutowy, mroźny. Zawarczały bębny, okrzyki starszyzny: „wstawać, pobudka”. Z szałasów, namiotów wysuwali się zaspani, zziębnięci ludzie. Zapłonęły jaśniej przygasłe ogniska, zawisły nad nimi kociołki z kaszą, żołnierze posilali się spiesznie.

Okrzyki starszyzny zaczęły formować kolumny i poprzez szeregi przebiegły pierwsze rozkazy. Formuj się! Od strony grupy dużych namiotów pomknęli kozaccy gońcy, po chwili oficerowie wydali pierwszy rozkaz dla całej armii: „Naciąć gałązek choiny i zatknąć na kaszkietach”. Cóż, w starciu sprzed paru dni nieraz ostrzeliwały się własne oddziały.

Ubiór wojsk był tam podobny, wprawdzie długie płaszcze „buntowszczykow” były w odcieniu szaroniebieskim, a ich szarobrunatnym, ale kaszkiety w identycznych czarnych pokrowcach z cyframi kompanii dokładnie ukrywały orły i czy on buntowniczy jednogłowy srebrny, czy cesarski dwugłowy złoty dostrzec nie było sposobu.

Wśród namiotów pojawili się oficerowie, białe pióropusze na stosowanych kapeluszach, złote epolety, akselbanty adiutantów nawet we mgle poranka widoczne były z daleka. Kilka gromkich „urrrraa” powitało starszyznę. Wielkiego entuzjazmu nie było, armia była zmęczona, długie marsze i kilka pierwszych zaciętych starć z buntownikami zrobiło swoje. Gdy Feldmarszałek z Wielkim Księciem w otoczeniu oficerów i ochrony czerwonych kozaków lejbgwardii jechali w kierunku wydm rozciągających się przed równiną obok bitego brukowanego traktu drogi brzeskiej idącego ku Warszawie, entuzjazmu w wojsku nie było. Ot, szykowała się znowu ciężka żołnierska dola. Na wydmy obok spoglądającego ku Warszawie sztabu zaczęły wjeżdżać kolejno baterie armat, z przodu zajmowały stanowiska dwunastofuntówki, dalej na grzbiecie rozstawiały się potężne dwudziestoczterofuntowe potwory, zdolne jedną kulą całą kompanię liniową obalić.


Bitwa pod Grochowem (wg litografii Loeiliota) ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie

Feldmarszałek z zadumą spoglądał na rozsypujące się na równinie tyraliery jegrów i posuwające się za nimi z wolna kolumny liniowej piechoty. Miał czas, chciał armię rozstawić do natarcia, tym razem nie da się zaskoczyć, jak parę dni temu, gdy w chaotycznej walce w podwarszawskich lasach utracił parę tysięcy żołnierzy. Atak chce rozpocząć jutro, dziś niech wojsko zajmie pozycje i zmiękczy buntowników, sam widok potężnej armii na przedpolach ich stolicy zachwieje wolą walki. Wielki Książę, spoglądając na dumną twarz Feldmarszałka, mruknął: „Nu, zobaczymy, jak się Moi Polacy biją, już nieźle oberwaliście? Strojny sztab i sam Feldmarszałek udali, że nie dosłyszeli buntowniczej uwagi brata Najjaśniejszego Pana.

Po prawej stronie biegnącego ku Warszawie traktu ciągnął się gęsty las olchowy, wyraźnie flankujący pozycje polskiej armii widoczne w bok od niego, bliżej miasta ciągnące się ku brzegowi Wisły. Przed laskiem zatknięte były jakieś kościelne białe chorągwie z wyraźnie widocznymi w oficerskich lunetach czerwonymi krzyżami i czarnymi napisami.

„Ki czort”, mruknął Feldmarszałek i głośno dodał: „Panowie, poczekamy – jutro atak”. Z dala, zza polskich pozycji z północy dobiegł daleki odgłos armatnich strzałów, het na horyzoncie poniosły się słupy dymu widoczne ponad linią lasu na północnym wschodzie.

Feldmarszałek zdziwił się, nie miało być żadnego ataku od strony Białołęki. Czekający tam korpusik potrzebny był dopiero po zwycięskim rozstrzygnięciu tutaj na Brzeskim Trakcie i polach wsi Grochów ciągnących się ku Warszawie.

Krótki rozkaz i adiutant pogalopował na wschód ku lasowi. „Za godzinę będzie wiadomo, co tam się dzieje”, spokój Feldmarszałka był pozorny, już w drodze ku zbuntowanemu miastu trzy razy Polacy poszczerbili jego wojska.

Nie musiał czekać tyle, po półgodzinie oficer wrócił z kozackim gońcem, z daleka krzyknął: „Atakują! Polacy atakują na północy!”

Feldmarszałek i Wielki Książę spojrzeli na siebie, wódz skinął na generałów: „Panowie, ruszymy dziś, zaraz. Ten lasek flankuje ich pozycje, trzeba go szybko zająć, by swobodnie rozwinąć się ku miastu. Panowie, do dzieła. Cesarz liczy na Was, teraz skończymy z tym buntem”.

„No, zobaczymy”, mruknął Wielki Książę, patrząc na ruszające przy dźwięku trąbek tyraliery jegrów. Za nimi w miarowym warkocie tarabanów wolno formowały się uderzeniowe kolumny piechoty.

Łupnęły pierwsze wystrzały dział, kłęby jasnego dymu spowiły stanowiska na wawerskich wydmach, nie było słychać trzasku łamanych pociskami olch, ale widać to było wyraźnie, lasek trafiały pociski ciężkich armat. Po stronie polskiej nic się nie działo, nie drgnęły stojące za lasem polskie oddziały, nie wystrzeliły widniejące daleko armaty, te zresztą jak dwunastofuntówki niewiele mogły zaszkodzić ruszającym powoli rosyjskim kolumnom.

Rzadkie tyraliery jegrów rozsunęły się, omijając lasek, kilku z nich chwyciło białe chorągwie z czerwonymi krzyżami i poniosło ku dowództwu. Zwarte kolumny wśród nieustającego warkotu wyznaczających rytm marszu bębnów szły do przodu, za nimi na białej, śnieżnej połaci pozostawały szerokie ślady wydeptanego błota. Odezwały dalekie polskie baterie, w kolumnach piechoty pojawiło się kilka niewielkich wyrw, żołnierze szybko równali szeregi i posuwali się dalej. Na śniegu za nimi pozostały rudoczerwone plamy.

Gdy dywizja piechoty dochodziła do brzegu olszyny, ta nagle eksplodowała. Linie błysków i buchające kłębki dymu pojawiły się wzdłuż lasku, potem zmieniły się w ciągłe pulsowanie ognia i dymu. Zwarta kolumna piechoty rozpadła się na części, wstrzymała marsz, sołdaty zaczęli strzelać i powoli, powoli odchodzili tam, skąd nadeszli. Pod olszyną widać było tylko czarne leżące szeregami na ziemi kształty, śnieg zmienił barwę, nie był biały, rudy brąz otaczał to, co leżało pod lasem. Żołnierze cofali się coraz szybciej, byle dalej od przeklętych, buchających ogniem drzew.

Jegrzy z chorągwiami dobiegli do sztabu feldmarszałka, z dumą rzucili je pod kopyta konia. Adiutant podniósł jedną, rozwinął. Po bokach wielkiego, czerwonego, prawosławnego krzyża był napis „Za waszu i naszu swobodu”, a obok „.Za naszą i waszą wolność”.

Feldmarszałek skrzywił się i spojrzał na Wielkiego Księcia – ten wzruszył ramionami, splunął, po czym wskazał ręką w kierunku, z którego ściągały ku wydmom rozsypane sylwetki piechurów.

Feldmarszałek skinął na zgromadzonych generałów: „Panowie, dość zabawy! Uderzać, z mocą uderzać. Nie rozwinę z powodzeniem natarcia ku Warszawie, mając to cholerstwo z wrogą piechotą na prawej flance. Uderzać!”

Z pola ściągali lżej ranni, mijając formujące się w krzyku oficerów, warkocie werbli, dźwięku orkiestr, kolejne dywizje piechoty, kierunek ich marszu wyznaczały szerokie ślady przejścia wydeptane w śniegu i pełne czarnego, burego błota. Dzień nie był mroźny.

Piechota była już w połowie drogi, gdy zza olch wypadła bateria, osiem dział stanęło obok lasu, zajmując sprawnie pozycje. Szczeknęły otwierane jaszcze, działonowi podbiegli do armat i osiem białych gejzerów ognia i dymu uderzyło w bok nadchodzącej piechoty. Jedna salwa, druga, trzecia. Wielkie działa na wydmach powoli zmieniały ustawienie, pod lufy wbijano kliny regulujące kąt ich podniesienia. Za chwilę zmiotą bezczelne polskie działka z zaśnieżonego pola. Te zdążyły już zmieszać podchodzące kolumny, zatrzymać ich marsz i stojące wystawić na salwy karabinowe padające z olszyny. Żeliwne kule uderzały w zwarte szeregi, rwąc ciała na strzępy, obalając całe plutony. Zachwiana piechota zaczęła się z wolna cofać.

Wielki Książę podjechał do cofających się wojsk, za nim maszerowała w łoskocie werbli kolejna dywizja, spojrzał w kierunku zwijającej się baterii i podjechawszy bliżej, wesoło krzyknął: „Brawo, ile krzyży na baterię macie?”. Pomachał im ręką i wrócił doglądać ataku na ciągle strzelający las. Nie widać w nim było żołnierzy – szaroniebieskie płaszcze zlewały się z obnażonymi pniami i połamanymi przez kule gałęziami drzew, tylko ciągłe błyski strzałów świadczyły o nieustannym oporze.

Adiutanci feldmarszałka ściągnęli z pola Wielkiego Księcia, feldmarszałek tylko kiwnąwszy głową, powiedział: „Życie Waszej Książęcej Wysokości jest zbyt cenne dla Monarchy i Cesarstwa, by je tak nierozważnie narażać”.

„Akurat”, burknął Wielki Książę i dodał: „Pod Austerlitz cieplej było, a to ja z Ułanami Gwardii ganiałem się z Muratem, gdy mój braciszek z pola uciekał”.

Feldmarszałek jedynie pokiwał głową i odwrócił się do zasnutej dymem wystrzałów równiny, która stawała się coraz bardziej krwawym polem bitwy.

Spod olszyny wracały znowu w nieładzie grupy ludzi, jeszcze przed godziną będące dywizjami znakomitej piechoty, a wokół lasu nie było już śniegu, tylko szeroki okrąg rudoczarnego błota pokrytego mnóstwem ciemnych kształtów. Było już dobrze po południu, a w lutym słońce zachodziło po piątej po południu.

Znów poszczerbione dywizje odstępowały od olszyny, na lewo od niej polskie linie postępowały do przodu, za nimi bliżej rzeki widać było stojące w odwodzie pułki jazdy. Wzmógł się ogień ciężkich rosyjskich dział, oficerowie formowali cofnięte odziały do nowego ataku.

Feldmarszałek wskazał ku bitwie: „Gdyby teraz ruszyli tę kawalerię, mogliby nas rozbić i z powrotem wepchnąć w te cholerne lasy. Czemu tego nie robią, może nie chcą wygrać, może oni tylko nie chcą przegrać? Panowie oficerowie, uderzyć całym frontem, skoro oni stoją – my ruszymy”.

Czasu do nocy było niewiele, wzięcie Warszawy z marszu nie było już możliwe, ale rozbić tę zbuntowaną armię jeszcze był czas, a wtedy na widok pobitych wojsk, rannych i przegranych poddadzą się sami, zdadzą na łaskę Miłościwego Pana, ulegną.


Bitwa na Pradze 25 lutego 1831 r. (wg sztychu Fr. Campego)

Z potrzaskanego kulami lasu wycofywały się zwarte grupy żołnierzy polskich, ściągano wozy z rannymi, z olszyny jeszcze strzelano, ale nadchodzące kolumny witał coraz słabszy ostrzał. Kolumny wojsk zbliżały się do olszyny, zalewały błonia po obu stronach traktu, wreszcie dotarły do zniszczonego lasu, z którego już tylko dym się unosił. Feldmarszałek ze sztabem ruszył traktem naprzód, do oddziałów kawalerii pomknęli gońcy, po chwili masy huzarów, dragonów i kozaków z wolna ruszyły.

Wśród nich wyróżniał się oddział wielkich jeźdźców w rozpiętych szarych płaszczach, kaskach z zakręconymi kitami, czarnych kirysach. Pędzili w środku ruszającej lawy jeźdźców.

Cofające się polskie wojska sprawnie kierowane sygnałami trąbek i warkotem tarabanów sformowały najeżone bagnetami czworoboki, zwarły szyk, zza niego ku huzarom i kozakom pomknęły, furkocząc chorągiewkami u lanc pułki ułanów. Wir ludzi i koni zakręcił się wokół traktu, po którym nabierając pędu, sunęli olbrzymi jeźdźcy na karych koniach, poły ich rozpiętych płaszczy powiewające za plecami upodabniały ich do pędzących aniołów śmierci. Wpadli w czworobok piechoty i rozpędzili go, zostawiając za sobą bezładnie rozbiegające się przerażone sylwetki. Końskie kopyta dudniły po bruku traktu, sygnał grany przez trębacza w kasku z czerwonym grzebieniem zagrzewał do walki, do zwycięstwa. Przed jeźdźcami na tle zachodzącego słońca rysował się stojący przy drodze wysoki czarny obelisk. Wokół gromadzili się piechurzy, a w bok od niego stało kilka dziwnych lawet armatnich, bez luf, otoczonych krzątającymi się postaciami.

Kierowani dźwiękiem trąbek jeźdźcy przyspieszyli, poszli w cwał. Nagle z bezlufych lawet trysnęły strugi ognia, z gwizdem uderzyły w szeregi pędzącej kawalerii i rozprysnęły się wśród nich, strasząc i obalając konie. Spod obelisku trzasnęły salwy karabinowych strzałów, ścinając rozpędzonych kirasjerów, silne dźwięki trąbek dobiegły z boku, za nimi pojawił się równy szereg ułanów z granatowo- białymi proporczykami na lancach. Wpadli w kirasjerów.

Sztab feldmarszałka opuścił pozycję na wydmach, mijał tlące się resztki potrzaskanego lasu. Na polach wzdłuż traktu wycofywały się karne czworoboki Polaków. Atakujący ich huzarzy i dragoni co i raz ścierali się z ułanami, lance przeciw szablom i pałaszom, człowiek przeciw człowiekowi, natarcie ustawało, równe salwy wycofujących się ku miastu Polaków powstrzymywały zmęczone wojska. Traktem od miasta nadjeżdżało kilku jeźdźców, gołogłowego oficera otaczało paru żołnierzy w wysokich grzebieniastych kaskach.

Wielki Książę podjechał do nich: „Jakie wieści, z jakiego pułku?”

Oficer spojrzał nieprzytomnie, po czym rozpoznając Wielkiego Księcia, wyrzucił z siebie: „Cesarski Pułk Kirasjerów Gwardii honorowego szefostwa księcia Albrechta Pruskiego.

Wielki Książę: „A reszta?” „Leżą tam”, oficer wskazał za siebie ręką ku miastu i czworobokom piechoty cofającej się w asyście ułanów.

Do Feldmarszałka podjechał Generał Kwatermistrz: „Panie, ćwierć armii zabite, ranne, rozgonione, ładunki do dział kończą się w parkach amunicyjnych, dowozimy z taboru!”

Generał Toll żachnął się: „Panie, możemy jeszcze raz uderzyć, nalegam…”

Jego Ekscelencja Feldmarszałek Iwan Johannowicz Dubicz, hrabia Zabałkański, spojrzał w twarz Jego Wysokości Cesarewicza Wielkiego Księcia Konstantego Pawłowicza i powiedział zdecydowanym głosem: „Nie, odstępujemy na południe”. I ciszej dodał: „Najjaśniejszy Pan nie podziękuje nam za tę bitwę”.

W tlących się rumowiskach lasu trzasnął nagły wybuch, z błyskiem zapaliła się jasnym płomieniem zagubiona wśród olch sosna, rzucając krwawe błyski na zrujnowaną, zrytą ziemię wokół. Olszynka Grochowska żegnała Księcia i Feldmarszałka.

Maciej Dybowski

Artykuł ukazał się w numerze 03/2008.

Dodaj komentarz