Home / Opinie | Felietony / FAWELA ŻYWEGO KOŚCIOŁA
Fot. Agnieszka Komorowska

FAWELA ŻYWEGO KOŚCIOŁA

Następna stacja: Senador Camará” – słychać w głośnikach. Pociąg zajeżdża na stację. Już od dłuższego czasu widoki za oknem przestały przypominać turystyczne foldery Rio de Janeiro. Wyziębieni po godzinie jazdy w silnie klimatyzowanych wagonach pasaże-rowie wysypują się na przyzwoicie wyglądającą stację i niemal od razu ich koszulki stają się wilgotne od potu. Położona w kotlince fawela sąsiaduje z najgorętszą dzielnicą metropolii. Z peronu do bramek wyjściowych trze-ba wspiąć się po schodach – więc dla-czego prawie nikogo tam nie widać? Drogi obserwatorze, skieruj wzrok w przeciwną stronę, tam, gdzie grupy ludzi niby przez lej przepływają przez wyrwę w siatce ogrodzenia. Za nią zobaczysz schodki, za schodkami ulicę. Przy ulicy stragany. Wielu wysiadających podejdzie i będzie kupować, lecz nie ryż i fasolę. Towarem są przezroczyste woreczki z białym proszkiem, a obok leży pokaźnych rozmiarów broń. Nie, nie mylisz się. Wszystko odbywa się oficjalnie. Handlarze na-leżą do grupy oficjalnie trzymającej władzę. Tej samej, która wycięła przejście w siatce i zapewniła mieszkańcom darmowy przejazd koleją. Oczywiście, gdzieś w świecie poza granicami faweli jest to nielegalne. Ale nie tu. Tutaj nie sięga prawo brazylijskie.

Ponad dwustutysięczna społeczność żyje pod władzą prawa plemiennego, gdzie pierwszą zasadą jest podział na swoich i obcych. Przepływ ludzi jest na bieżąco monitorowany i raportowany. Wieczorem każdy wjeżdżający samochód musi mieć włączone światło, żeby było widać, kto znajduje się wewnątrz. Niemal na każdym rogu ulic stoją patrole z krótkofalówka-mi i bronią na ramieniu. Zdarzają się wśród nich kilkunastoletni chłopcy, zdarzają się mężczyźni w wieku więcej niż średnim – ci ostatni to już we-terani, najprawdopodobniej mają na koncie odsiadkę. Zrządzeniem Opatrzności jeszcze żyją, choć każdy wjazd opancerzonego wozu policyjnego może być ich ostatnią bitwą. Co robimy, przechodząc obok patrolu? Uśmiechamy się i mówimy „dzień dobry”. Jesteśmy swoi. Nazywamy się Agnieszka i Łukasz, jesteśmy egzotyczni – ale swoi. Jesteśmy z Kościoła.

Fot. Agnieszka Komorowska

Fawela to nasz dom. Wszyscy wiedzą, gdzie mieszkamy, a temu, kto nie wie, chętnie powiemy. Dom misjonarzy Przymierza Miłosierdzia jest otwarty. Jezus w Najświętszym Sakramencie czeka tam na przychodniów często 24 godziny na dobę. Wiele osób o różnych porach dnia i nocy opuszcza swoje domy, rezygnuje z dodatkowej godziny odpoczynku i przychodzi na osobistą modlitwę. Niosą w sercach swoją rodzinę, znajomych, troski związane z brakiem pracy, rozpadem małżeństwa, swoją depresję, samotność, lub po prostu głęboką miłość do Tego, który jest ponad wszystkim i wszystkimi, także lokalnymi przywódcami, o czym i oni doskonale wiedzą. Bo trzeba ci wiedzieć, nasz Gościu, że bandyci okazują głęboki szacunek wszystkiemu, co łączy się z wiarą. Od kilku miesięcy misjonarze Przymierza Miłosierdzia w każdy środowy wieczór po mszy świętej podejmują się misji nazwanej imieniem św. Dyz-my. Wychodzą, by nieść uzbrojonym stróżom faweli przesłanie o Bożym Miłosierdziu. A zaczęło się tak…

Była noc. Na ulicach panował względny spokój, a nawet – względna – cisza. Tu i ówdzie trwały imprezy, przed domami siedziały grupki ludzi i sączyły piwo z butelek, po zalegających na poboczach ulic śmieciach włóczyły się bezdomne psy, koty i konie; na terenie stacji kolejowej wegetowali zapewne, jak co noc, równie bezdomni ludzie, trawiący swoje życie na zażywaniu cracku*, lecz tamtej nocy nie do nich skierowaliśmy nasze kroki. Czuwając na modlitwie w kościele parafialnym, procesyjnie wyszliśmy na ulice tuż za unoszącym monstrancję proboszczem. Skręciliśmy w boczne ulice, Łukasz z innym misjonarzem poszli przodem, objaśniając uzbrojonym chłopakom najprościej, jak się dało, całe to szaleństwo miłości: z Kim idziemy, do czego ich zapraszamy.

Pierwszy „przystanek”. Dwóch gangsterów przyjęło modlitwę i otrzymało indywidualne błogosławieństwo. Zbliżył się jeszcze jeden, sam poprosił o modlitwę, misjonarze nałożyli ręce. Po krótkiej chwili chłopak delikatnie osunął się na ziemię. Wspólnota kontynuowała modlitwę. Za moment chłopak ocknął się i oszołomiony zapytał, co się stało. Duch Święty – odpowiada-my – robi takie niespodzianki, daje od-począć, wyłącza nas czasem z tego życia, żeby zaprosić do innego, z Miłości.

Fot. Agnieszka Komorowska

Idziemy dalej. Dochodzimy do zbiegu ulic, gdzie stróżuje spora grupa młodych. Stolik, woreczki, broń. Na nasz widok zakłopotani chowają to-war. Kapłan w pełnym stroju liturgicznym staje naprzeciwko z Najświętszym Sakramentem w dłoni. Chłopcy wstają, zmieszani. Misjonarze pod-chodzą do nich, proponując modlitwę. Chiara, główna odpowiedzialna za nasz dom, prowadzi jednego z młodych przed Jezusa. Stoję tuż obok i widzę, jak kapłan, w jednej ręce trzymający monstrancję, drugą przygarnia ramieniem chłopca, który teraz dotyka czołem Najświętszego Sakramentu. Rozmawiają szeptem. Robię kilka kroków w tył, ze mną jeszcze ktoś. Jakoś udaje nam się kontynuować modlitwę, choć wzruszenie łamie głos. Już wie-my, że dzieje się cud. Potem podchodzi jeszcze kilku innych.

Tamtej nocy wyspowiadało się pięciu bandytów. Nie ma i nigdy nie będzie zdjęć z takich momentów. Nie wolno. To niebezpieczne… To niepotrzebne. Takie momenty nagrywają się na twardsze dyski, przechodzą do krwioobiegu i wiesz, że dotykają istoty życia, istoty Kościoła. Że dotykasz żywego Kościoła. Tego samego dokładnie, którym jesteśmy w Polsce. Jednego, świętego, misyjnego – żywego Życiem, które przerasta nas i całą rzeczywistość zła.

Agnieszka Komorowska

/md