Home / Opinie | Felietony / Gdzie jesteś źródło?

Gdzie jesteś źródło?

W pytaniu o polskość zbiegają się różnorodne zagadnienia dotyczące fundamentalnych dziedzin życia ludzkiego, takich jak naród, rodzina, państwo, kultura, moralność i wiara

W krótkim artykule nie sposób te wszystkie kwestie sekwencyjnie omówić czy choćby z lekka poruszyć. Poprzestaniemy zatem na przekrojowym i z konieczności selektywnym przeglądzie warstw egzystencjalno- ideowych, aby spróbować wykryć w nich źródła polskiej tożsamości. Jedynie z tak ograniczonymi ambicjami możemy mieć pewne widoki powodzenia.

Nieustająca próba autodefinicji

Wypada zacząć od tego rysu polskości, który nigdy nie daje nam spokoju i ciągle dochodzi do głosu w debacie społeczno-politycznej, prywatnych dyskusjach, poezji i literaturze, a także środkach masowego przekazu. Jednych („pozytywistów”) to odstręcza i nuży, innych („realistów”) śmieszy czy nawet prowokuje do otwartej ironii, wielu jednak („romantyków”) wciąż fascynuje i pobudza do refleksji. Chodzi o to, że niezmiennym i charakterystycznym elementem naszej tożsamości bez wątpienia jest stawianie na porządku dziennym samego problemu jej określenia. Obserwujemy swoistą, ciągnącą się przez wieki próbę autodefinicji – samodzielnego wyznaczenia własnej zbiorowej charakterystyki, pozycji i roli w skomplikowanym nurcie historii, natłoku wydarzeń i mozaice kultur. Zamieniło się to nawet w anegdotę: o czym rozmawiają Polacy, kiedy niespodziewanie spotkają się za granicą, czy to wśród „pięknych okoliczności przyrody”, czy to w zatłoczonym city? Oczywiście o Polsce i Polakach (przeważnie zresztą sprowadzając rozmowę na ślepy tor pretensji i narzekań).

Ta niezwykle, może ponad miarę rozbudzona tendencja do zbiorowej autoanalizy stanowi nasz dziejowy konstant i zarazem pewien wyróżnik na tle wielu innych narodów. Jak stwierdza ks. prof. Czesław S. Bartnik, „w Polsce zlewały się w jedno dwie postacie myśli narodowej: żywa i głęboka samoświadomość narodowa ogółu oraz rozwijająca się na różnych szczeblach nauka o narodzie”. Nić tej refleksji snuli u nas liczni i wybitni pisarze, filozofowie, socjolodzy, poeci, dawniejsi i współcześni bardowie. Co ciekawe, wielu było wśród nich ludzi Kościoła, np. Paweł Włodkowic, o. Józef Bocheński OP, o. Jacek Woroniecki OP, kard. Stefan Wyszyński czy wreszcie bł. Jan Paweł II – by wymienić tylko kilku najznamienitszych. Ich tezy i postulaty pomimo upływu czasu nie straciły na znaczeniu ani aktualności i wciąż zasługują na uważne studiowanie.

Jam z tego, co mnie boli

Zajmijmy się jednak nie poglądami, choćby najwartościowszymi, ale samą rzeczywistością. Pobieżne choćby spojrzenie na polską historię, a zwłaszcza na ostatnie 200-300 lat, nasuwa konstatację, że nasze nieprzerwane próby samookreślenia wynikały w dużej mierze ze zwielokrotnionych niebezpieczeństw dziejowych zagrażających podstawom i formom rozwojowym naszego bytu zbiorowego. W końcu nie ma niczego osobliwego w fakcie, że ktoś, czyje istnienie jest stale przez sąsiadów kwestionowane albo wręcz negowane, zaczyna się zastanawiać: „Kim jestem i kim być powinienem? Dlaczego inni tak bardzo mnie nie lubią? Co robię pośród nich na tej ziemi?”.

Również z tego względu tragicznym znamieniem rozlicznych prób autodefinicji było to, że w wielu przypadkach nie zamykały się w sztucznych granicach spekulacji, dyskusji i polemik (bywało, że nader zajadłych). Częstokroć bowiem w naszych dziejach przybierały też gwałtowną formę orężną i wiodły do najprawdziwszej walki na śmierć i życie – do batalii z wrogiem, okupantem, najeźdźcą, zaborcą… Można się wręcz pokusić o twierdzenie, że tak liczne w polskiej historii powstania narodowe czy dzielnicowe, spiski, bunty, konfederacje i konspiracje miały na celu takie właśnie „wyrażenie idei w czynie”: dobitnie pokażmy sobie i innym, co to znaczy być Polakiem.

W tych zrywach, na ogół niestety desperackich, miały się zacierać podziały światopoglądowe, rozbieżności polityczne oraz osobiste czy klasowe uprzedzenia i animozje, tak dokuczliwe w zwyczajnych, pokojowych i względnie stabilnych warunkach. Stąd słynne zawołanie o wyraźnie jednoczącym wydźwięku: „Hej, kto Polak, na bagnety!”. W praktyce chodzić mogło o różne rzeczy: wykazanie swojej siły i sprawności, umocnienie własnych pozycji, zdobycie lepszej karty w przetargach z nieprzyjacielem, potwierdzenie prawa do własnego języka czy wyznania religijnego, wyrugowanie obcych z granic kraju itp. Na ogół jednak za tymi zróżnicowanymi intencjami doraźnymi gdzieś głęboko kryła się przemożna chęć sprawdzenia, cośmy za jedni i ile jesteśmy warci. Dokuczliwe, często wprost dramatyczne okoliczności dziejowe utwierdzały nas w przekonaniu o tym, że nie wystarczy posiąść istnienie czy autonomię, ale należy je w jakiś sposób uzasadnić we własnych i cudzych oczach – co więcej, trzeba to robić ciągle na nowo. Presja geografii i historii wciąż kazała nie tylko podejmować autorefleksję w myśli i w słowie,lecz także kontynuować ją w działaniu, przeważnie zbrojnym.


Życie i papieska posługa Jana Pawla II świadczą, że polskość jest ogromnym potencjałem

Klęska nasza w nas samych

Szeroko zakrojona autoanaliza, o której wyżej powiedzieliśmy, niejednokrotnie prowadziła do diagnoz skrajnie surowych, wręcz rażących swoją stanowczością i jednowymiarowością. Stały się one kliszami naszej samoświadomości, czy to w wersji erudycyjnej, czy to popkulturowej albo nawet ordynarnej. Przypomnijmy niektóre z nich: „Polak jest wielki, ale człowiek w Polaku jest karzeł”, „mocny naród, słabe społeczeństwo”, „żeby nam się chciało chcieć”, „gdzie dwóch Polaków, tam cztery zdania”, „niezrozumiałe skłonności samobójcze narodu”, „Polska alkoholska” etc. Niektóre z tych hasłowych ocen wydają się słuszne, inne – wyolbrzymione, jeszcze inne – nazbyt pochopne i w sumie krzywdzące. Jednak każda z nich może zawierać w sobie co najmniej ziarno prawdy i z tej racji zasługuje na zainteresowanie, w myśl zalecenia św. Pawła Apostoła: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie” (1Tes 5, 21).

Wśród wielu opinii o Polakach i Polsce, których oczywiście nie będziemy tutaj przytaczać ani szczegółowo rozważać, poczesne miejsce zawsze zajmowała diagnoza wad narodowych. Samo to określenie, jak uznała jedna z naszych wybitniejszych powieściopisarek, jest dla nas uwłaczające. Nie o tym jednak zamierzam dalej mówić. Chciałbym zaproponować podejście nieco odmienne, trochę mniej utarte, być może na pierwszy rzut oka trącące paradoksem. Otóż klasyczna etyka naucza, że każda ludzka wada jest wypaczeniem, niejako krzywym odbiciem jakiejś cnoty, a więc pozytywnej cechy moralnej. Jeżeli więc chcemy dyskutować o naszych zbiorowych ułomnościach, które prześladują nas w toku historii, powinniśmy gwoli sprawiedliwości pamiętać i mówić też o tym, z czego one wyrastają. Aby nie zabrzmiało to zbyt abstrakcyjnie, podajmy garść przykładów, ilustrujących tę osobliwą korelację przymiotów i przywar.

Polska odwaga i waleczność, choć przez innych bywa niezrozumiana i oceniana jako straceńcza, zapewniła europejską sławę huzarom i lisowczykom, przyniosła chwalebne zwycięstwa na przełęczy Somosierra i na Monte Cassino, pod Wiedniem ocaliła zachodnią cywilizację przed turecką nawałą… Jednakże w dzisiejszych, relatywnie spokojnych czasach przerodziła się w nierozumną brawurę na drogach i nieustająco zapewnia nam jedno z czołowych miejsc w ogólnoeuropejskich statystykach wypadków samochodowych. Optymizm i wiara w siebie, przeświadczenie, że „Polak potrafi”, wiele razy pozwoliły nam przetrwać mimo zawirowań historii i ominąć pułapki zastawiane przez nieprzyjaciół. Jednocześnie kiedy akurat nic poważniejszego nie zagraża, ta postawa łatwo wyradza się w zdawkowe „jakoś to będzie” i odbiera motywację do pracy tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna. Polscy lotnicy wojskowi wykazali się nadzwyczajnymi kwalifikacjami i męstwem podczas bitwy powietrznej o Anglię. Dlaczego nie w bitwie o Polskę? Bo nie mieliśmy w dostatecznej liczbie ani jakości „aparatów latających”, jak je podówczas nazywano – i to pomimo dużego potencjału militarno-produkcyjnego przed II wojną światową. Niestety, już wtedy rząd wolał rozbudowywać biurokrację i tropić swoich przeciwników politycznych zamiast umacniać wojenny potencjał kraju, co w chwili próby musiało się skończyć spektakularną katastrofą, której skutki prześladują nas do dzisiaj. Kolejna sprawa: podobno charakterystyka gramatyczna i fonetyczna polszczyzny wyjątkowo predysponuje nas do przyswajania sobie języków obcych – a jak z tym jest w rzeczywistości, opisywać nie trzeba. Mój znajomy ksiądz z Włoch, który kilka lat temu gościł w Warszawie, nie umiał pojąć, dlaczego mimo znajomości czterech języków nowożytnych i dodatkowo jeszcze łaciny nie może się u nas prawie z nikim porozumieć… Nie umiałem mu tego wytłumaczyć, chociaż wiem, że powinno nam na tym zależeć, „skoro na rynkach świata nie kupują naszej myśli z powodu drożyzny słów” – jak zauważył Karol Wojtyła, sam poliglota.

Konkluzja

Te wszystkie uwagi prowadzą do ogólniejszego wniosku: polskość jest ogromnym potencjałem, ale wciąż zbyt mało wykorzystanym. Źródła polskości nadal biją, niemniej zostały w dużej mierze przysypane, zapomniane. Programem dla nas może być tylko ponowne ich odkrycie i spożytkowanie. To jednak wymaga niemałego wysiłku indywidualnego i zbiorowego. „Jeśli chcesz znaleźć źródło,/ musisz iść do góry, pod prąd./ Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,/ wiesz, że ono musi tu gdzieś być – / Gdzie jesteś, źródło?… Gdzie jesteś, źródło?!” (Jan Paweł II, Tryptyk rzymski).

Paweł Borkowski

Dodaj komentarz