Godność człowieka – pole bitwy Prymasa Wyszyńskiego

Trzeba wysoko dźwigać człowieka na szczyty świątyń, żeby świat pogański, który poniewierał go w krematoriach, dostrzegł wysoką godność dzieci Bożych.

29 stycznia 1949 roku Stefan Wyszyński odnotował w swych zapiskach informację o spotkaniu z przedstawicielami Komitetu Odbudowy Kościołów Diecezji Lubelskiej. Był to czas, w którym żegnał się z diecezją, powoli zamykał, zresztą po raz drugi w życiu, lubelski etap swej ziemskiej wędrówki. Jego rozmówcy też wiedzieli, że są to ostatnie dni, w których mogą porozmawiać ze swym dotychczasowym ordynariuszem, gdyż za trzy dni odbędzie on swój ingres do Katedry w Gnieźnie, nieco później w Warszawie rozpoczynając etap posługi Prymasa Tysiąclecia.

Między katedrą a godnością człowieka

W pożegnalnym spotkaniu z rzeczonym komitetem Stefan Wyszyński poczynił uwagę nt. konieczności umieszczenia posągów ewangelistów w fasadzie świątyni katedralnej, dodając, czemu jest to rzecz tak ważna: „Trzeba wysoko dźwigać człowieka na szczyty świątyń, żeby świat pogański, który poniewierał go w krematoriach, dostrzegł wysoką godność dzieci Bożych”. Jak widzimy, tak naprawdę nie chodziło tu wcale o budowlę dla niej samej. Jej dostojność ma wyrażać godność człowieka. Jest to najcelniej wyrażona myśl przewodnia Stefana Wyszyńskiego – czy to jako młodego księdza, czy społecznika i naukowca, a wreszcie ta najlepiej widoczna – biskupa i prymasa. W tym jednym zdaniu widzimy i odwieczność nauki Kościoła, i okoliczności historyczne, które są jej tłem.

Fundamentalną kwestią jest interakcja czy też najgłębsza sprzeczność, jaka zachodzi między pogaństwem a chrześcijańską wizją człowieka. Oczywiście widzimy tu doskonale, że księdzu Prymasowi, nie chodziło o starodawny zespół wierzeń naszych odległych przodków, którzy z mniejszą lub większą czcią sprawowali swe kulty. Cały świat miał świeże, namacalne wspomnienie pogaństwa stworzonego przez ludzi wieku XX, a więc takiego, które chrześcijaństwo uważało za przestarzałe, samo zaś rościło sobie prawo do bycia propozycją nowoczesną. Hitleryzm nie był jedyną ideologią, która sprowadzała człowieka do roli przedmiotu, odzierając go z godności dziecka Bożego, jak to pięknie ujęła zacytowana wyżej wypowiedź, a ślady po nim, zarówno te materialne, jak i duchowe, generowały największą troskę mówcy. Obraz odbudowywanej katedry jest znakiem wskazującym nam klucz do człowieka.

Krematorium a polska rzeczywistość

Totalitaryzm hitlerowski upodlał człowieka, a krematorium jest swoistym symbolem końca historii. Koniec wielu istnień w komorach gazowych, a potem ich „utylizacja” w krematorium miały zniszczyć ślad i wszelką pamięć po życiu ofiar. Nowy człowiek czy właściwie nadczłowiek, jaki miał się z tego wyłonić, nie potrzebował pamięci ani dziedzictwa, które czasami mogłoby być niebezpieczne. Nie miał on też mieć potrzeby Boga. Nowe pogaństwo samo ubóstwiało i kazało ubóstwiać rzeczy nowe, przez siebie wymyślone.

Oczywiście, świat nazistowski w roku 1949 był już przeszłością. Najważniejsi przywódcy niemieckiego reżimu zawiśli na szubienicach, niektórzy przebywali w więzieniach. Baraki, krematoria, komory gazowe albo były likwidowane, albo powoli przekształcane w muzea. Na razie ludzie z trwogą wspominali te jakże niedawne lata, ale biskup w Lublinie bał się, że może zapomną nie tyle historię, bo tej się zawsze można w szkole nauczyć, co istotę rzeczy, czyli fakt, że tamta rzeczywistość była jednym z wielu pól bitew o człowieka.

Kolejne lata przyniosły zresztą bolesną prawdę, że walka ta wcale się nie skończyła. Prymas Wyszyński przez ponad 20 kolejnych lat mówił o „godności dzieci Bożych w ramach systemu, który co prawda nie palił ludzi w piecach krematoryjnych, nie używał gazu do ich uśmiercania, ale godność człowieka uważał za rzecz co najmniej drugorzędną w rzeczywistości rewolucji, która przecież miała wszystko zmieść, a nowy ład miał być całkiem inny od dotychczasowego. Przestrogi Prymasa mówiącego do Polaków – ale i w ich imieniu, kiedy narodowi głosu zabierać nie było wolno – były ważne dlatego, że ludzie słuchali i nie pozwolili poddać się socjotechnice. Nie mogąc wiele uczynić, trwał on w niekiedy biernym oporze i modlił się. Bo o to Prymas prosił, a władza właściwie nie mogła tego zabronić, ograniczając jedynie możliwości życiowego awansu tym, którzy mieli na względzie bardziej Boga niż ją.

Dziś

Wydaje się, że dzisiejsze czasy są inne, choć, co trzeba stwierdzić, jest to tylko pozór. Tamte pogaństwa odpłynęły, ale w ich miejsce wyrosły kolejne, którym też się wydaje, że są najnowocześniejsze i tym pozorem zdają się mamić kolejne pokolenia. Prymasa Tysiąclecia z nami już nie ma, ale człowieka dalej trzeba dźwigać „na szczyty świątyń”, świat bowiem nadal jest chętny, by go poniewierać.

Piotr Sutowicz

/md

Zobacz także w e-civitas:

Polityczna służba na rzecz pokoju

O pokoju bardzo wiele się mówi. Z tęsknotą szuka się również jego głębszego znaczenia, chociaż …