Home / Historia / Historia a patriotyzm
Wielotysięczny tłum Polaków czuł się w obowiązku, by oddać hołd Danucie Siedzikównie ps. „Inka” i Feliksowi Selmanowiczowi ps. „Zagończyk”, którzy dopiero po 70 latach doczekali się pogrzebu o charakterze państwowym. Ceremonia z udziałem polskich władz odbyła się 28 sierpnia 2016 r. w Gdańsku / Fot. P. Tracz, Kancelaria Prezydenta

Historia a patriotyzm

W życiu społecznym utożsamienie patriotyzmu z pietyzmem dla historii wydaje się niezwykle silne. Identyfikacja ta jest tak mocna, że często oba pojęcia bywają stosowane niemal zamiennie.

Siekiera nauczycielką życia?

Każda postawa wobec świata jest budowana zgodnie z jakimś doświadczeniem. Tym bardziej tak być musi ze świadomym uczestnictwem w życiu społecznym. Świadomość każdej zbiorowości ludzkiej powstaje z kolei z faktów i procesów, które są przez nią zbierane w pamięci historycznej. W różnych cywilizacjach, na poszczególnych etapach rozwoju ludzkości rozmaicie to wyglądało. Możemy mówić o pierwotnym gromadzeniu takiej wiedzy w postaci bajań, legend czy zbiorów tradycji, przy czym niespecjalnie troskano się tu o dokładność przekazu historycznego. Po prostu, jedna opowieść musiała pasować do drugiej, tak by obie stanowiły jakiś, choćby na pozór wyglądający na logiczny, zlepek informacji. Nie chodzi przy tym o to, że świadomie kłamano – wiedza o przeszłości była, jaka była, a ludziom trzeba było składnie opowiedzieć o tym, dlaczego są tym, kim są. Często bywało tak, że ludy sobie wrogie dysponowały podobnym zasobem opowieści o swych początkach, przelicytowując się w pewien sposób o to, kto jest bardziej uprawniony do pochodzenia od konkretnego przodka czy do posiadania takiego, a nie innego dziedzictwa terytorialnego. Mieszały się tu często wiara, magia i polityka. Z czasem przekaz jakoś porządkowano, aż przyjął postać nam znaną i bliską, która legła u podstaw tożsamości społecznej, najlepiej narodowej, opartej o zinterpretowaną wiedzę historyczną.

Dobrze by było, by ta ostatnia była zbliżona do prawdy. Niestety, niekiedy poszczególni suwerenowie ex post tworzyli historię (czyli ogląd przeszłości) w taki sposób, by prowadziła ona do uzasadnienia sprawowania władzy przez tego, kto aktualnie ją sprawuje. Działania te przypominały owe dawne praktyki historii mitycznych. Nam, Polakom, najbardziej znany jest taki przypadek choćby z rzeczywistości PRL i czasu przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, kiedy to system komunistyczny miał być ukoronowaniem historii i koniecznością dziejową. Przy okazji warto zauważyć, że ustrój ten przy całym deklarowanym przez siebie ateizmie podsuwał niektórym pomysł, że ów proces dziejowy musi być jakoś kreowany z pozycji wyższych. Ale to problem na inną analizę. Tego typu narracje historyczne były dość liczne, często bowiem pojawiały się doktryny i ideologie, które miały dowodzić, że z nich wypływa większe prawo do bycia (życia) niż w wypadku konkurencji. Historia bywała instrumentalizowana i doprowadzana do funkcji narzędzia polityki.

Być może dlatego niekiedy to historię obwinia się o zło świata. Na nic zda się tu tłumaczenie, że narzędzie, jak to narzędzie, może służyć do celów dobrych, jak i złych. Tak naprawdę kluczowa jest ręka i kierujący nią mózg, który użyje jej do swoich celów. Jako przykładu użyjmy zwykłej siekiery, która może posłużyć jej właścicielowi do ścięcia drzewa, narąbania drew na opał, a przy określonych umiejętnościach nawet do budowy domu lub też do zabicia sąsiada i przejęcia sakiewki, której był posiadaczem. Czy w związku z tym w ramach sumy złych czynów powziętych i zrealizowanych z jej pomocą powinniśmy zabronić ludziom stosowania siekiery? Absurd, a jednak coś takiego zadziało się z historią. Ponieważ różni pseudobadacze zauważyli jej instrumentalizację, zapragnęli wyrzucić ją z ludzkich głów, wskazując na niebezpieczeństwo samego posługiwania się wiedzą historyczną. Siłą rzeczy wyeliminowanie przeszłości przy wskazaniu na bezsens wiedzy o tym, co było, miało posłużyć za budulec „nowego człowieka”, trochę takiego pozbawionego właściwości i spacyfikowanego względem świata, który nie przestał być sceną konfliktów i walk interesów, lecz dla „nowego człowieka” miało być oczywiste, że skoro źródła czegoś nie widać, to albo tego nie ma, albo mimo pozorów jest to coś bezsensownego, a w związku z tym chwilowego. Tymczasem poza zbiorem ludzi będących produktem owego ponowoczesnego eksperymentu historia toczyła się dalej, nie zamierzając przejmować się tym, że nie umieją oni ani nie chcą wyciągać z niej żadnych wniosków.

Historia jako zamiennik patriotyzmu

Ostatnie lata dobitnie pokazały niechęć części społeczeństwa polskiego do zupełnego pozbawiania tożsamości historycznej, a wręcz karmienia go swoistą pedagogiką wstydu. Wraz z natarczywością działań inżynierów społecznych mających wyrwać Polaków z tożsamości rósł opór społeczny, który objawił się m.in. w postaci swoistej bitwy o historię. Samorzutne akcje społeczne poświęcone tzw. Żołnierzom Wyklętym, Powstaniu Warszawskiemu czy upamiętnieniu Witolda Pileckiego są tu pewnym przykładem. Inicjatywy te, po pierwsze, wniosły spory powiew świeżości w polską pamięć historyczną, po drugie jednak, ze względu na swoistą wybiórczość treści, wymagają pogłębienia, a z tym jest problem. Po trzecie wreszcie, to na tym polu nastąpiło najwyraźniej owo głębokie zintegrowanie doświadczenia patriotyzmu z historią. Polacy wtłaczani w mentalność kolonialną chcieli być dumni przynajmniej ze swojej przeszłości. Można powiedzieć, że wajcha, którą jedna strona próbowała wygiąć, siłą naprężenia przekręciła się na drugą stronę.

Z całą pewnością ruch ten odegrał niezwykle pozytywną rolę w obronie polskiej tożsamości, z czasem jednak ów tablicowo-koszulkowo-historyczny patriotyzm musi zostać przestawiony na nowe tory, choćby po to, by nasze doświadczenia historyczne utrwalone i uczciwie przedyskutowane mogły posłużyć za budulec świadomości na przyszłość. Do tego dzieła trzeba przede wszystkim sporej dozy odwagi i kreatywności, ale zamknięcie się na wygodnych skądinąd pozycjach obrońców historii nikomu na dłuższą metę nie posłuży.

A może… interes narodowy?

Pojęcie interesu narodowego, które winno absorbować w sobie zarówno przeżycie historii, jak i uczucia patriotyczne, bywało już od ubiegłego wieku dość skutecznie deprecjonowane. Zastosowano przy tym dość prosty mechanizm socjotechniczny, ładując ten termin do jednego wora z wszystkim tym, co „postępowe elity” chciały zdyskredytować, i wraz z nim wrzucono do jeziora, obciążając odpowiednio ciężkim kamieniem. Przez jakiś czas na każde pytanie, co z naszym narodowym interesem w tej czy innej dziedzinie, odpowiadano: nie ma i nie będzie. Czas pokazał, że sytuacja światowa nie jest adekwatna do naszej. Kapitał, wbrew temu, co się mówi, ma narodowość, a rządy, przynajmniej te najbardziej suwerenne, chcą realizować interesy narodowe swych nacji. Jednym słowem narody nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, a obwieszczany koniec historii nie przyszedł i na razie żadne symptomy go nie zapowiadają.

Wyrastający z dziejów i patriotyzmu interes narodowy, który można chyba utożsamić z dobrem wspólnym narodu – wbrew temu, co próbowano systemowo objaśnić w ramach wmawiania nam, że trzeba się wstydzić tożsamości narodowej jako takiej – nie jest skierowany przeciwko komukolwiek. W jakiś sposób wydaje się on podobny do sytuacji dobrze sytuowanej rodziny budującej dom, w którym zamierza zamieszkać, zagospodarowującej przynależną sobie przestrzeń tak, by żyło jej się dobrze. Nie jest normalna sytuacja, w której ktoś obcy narzuca jej styl życia i nikt tego robić nie powinien, pod warunkiem, że nic złego się w niej nie dzieje. Natomiast nie może być tak, że sąsiad, który nie radzi sobie z bałaganem na swoim podwórku, zgłosi się do niej z żądaniem, by zabrała z jego posesji koniecznie określoną ilość śmieci, bo jeśli nie, to przybiegnie z siekierą i wtedy inaczej porozmawiają. Nie może ona też nie zauważać określonego zła dziejącego się obok niej. W życiu społeczności bywa, a w każdym razie bywało tak, że jeśli ktoś traktował swą rodzinę niegodnie, to sąsiedzi interweniowali w jej obronie.

Opisywana rzeczywistość wydaje się niesłychanie prosta, jeśli zestawimy ją z życiem społecznym we wszystkich jego aspektach. Z pewnością tak jest. Tym bardziej wszystkim nam potrzeba dostarczania mądrego namysłu nad tym, co i jak należy poprawiać w naszym gospodarstwie. Co mu służy, a co nie. Są tu do przemyślenia rzeczy mniej i bardziej przyszłościowe, do tego wszystkiego potrzebna jest nam znajomość naszej historii, wiedzy o tych, którzy na tej ziemi czynili rzeczy dobre – tych trzeba pokazywać, upamiętniać, od nich się uczyć, z ich działań i myśli czerpać to, co daje się użyć do budowy przyszłości. Z drugiej strony – społeczeństwo musi poznawać również błędy minionych pokoleń. Trzeba wiedzieć o tym, co było podłe i małe. Nie zaszkodzi wstydzić się za to, lecz przede wszystkim wiedza ta ma służyć temu, by takiego zła i owych błędów unikać. Na tym polega służebna, nauczycielska funkcja historii, która nie po to trwa, by o niej zapominać.

Warto w tym miejscu przytoczyć ciekawy, a przy tym dość niespodziewany, jeśli chodzi o kontekst niniejszego tekstu, głos papieża Franciszka zawarty w ostatniej adhortacji: „brak pamięci historycznej jest poważną wadą naszego społeczeństwa. To mentalność niedojrzała: ‘było, minęło!’. Znajomość i zdolność do zajmowania stanowiska wobec wydarzeń minionych to jedyny sposób, aby zbudować sensowną przyszłość” (Amoris laetitia 193).

Piotr Sutowicz

mk