Gustaw Zemła, fot. Dominik Różański

Ja nie mogę nie rzeźbić

Z rzeźbiarzem, prof. Gustawem Zemłą, rozmawia Alicja Dołowska.

Jak powstaje rzeźba? Istnieje jakaś kolejność projektu, czy zawsze zaczyna się od rysunku?

To jest pytanie dosyć trudne, bo nie ma reguły, nie ma przepisu. Ona powstaje często w nocy, we śnie, z potrzeby ducha, albo na zamówienie. I każda forma jest ważna, obciąża artystę tym, że nie wolno wykonać niczego złego. Szczególnie jeśli rzeźba ma zaistnieć w przestrzeni publicznej, wszyscy ją będą oglądać i spodziewają się po niej określonego przekazu, bo ona coś musi przekazać. I w tym procesie właściwie dokonuje się szukanie kontaktu z drugim człowiekiem, bo nie tworzy się dla samego siebie.

Nawet rzeźby, które powstają w mojej pracowni na moje własne zamówienie, one później staną się własnością czyjąś. Bo ja je robię nie tylko dla siebie. W nich zawarta jest moja chęć opowiedzenia czegoś, przekazania, nawiązania kontaktu. Oczywiście, nie zakładam z góry, że przychodzę kogoś pouczać, czy coś odbiorcy sugerować. Z rzeźbą przychodzę do drugiego człowieka z potrzeby serca. Ja nie mogę nie rzeźbić.

Droga do sztuki zaczęła się w dzieciństwie dzięki rysunkom brata i z inspiracji płaskorzeźb kościoła w Jasienicy Rosielnej, gdzie się pan urodził? To były pierwsze inspiracje?

Chyba tak. Rzeczywiście i brat, i Brzozów, i Stara Wieś, gdzie jest bardzo piękny kościół, i właściwie później szkoła podstawowa – to były początki. Zachęta nauczycielki: o, Gustaw dobrze rysuje. Pani mnie chwaliła, chłopcy patrzyli. Może to śmieszne, ale wówczas to dla mnie stanowiło zachętę. Nie miałem żadnych wątpliwości, do jakiego liceum pójdę, bo musiało to być oczywiście liceum sztuk plastycznych. I tam się znalazłem.

Mówił Pan: „Rzeźby powstają w czasie. Powoli przychodzą myśli, które przekuwane są w czasie, sztuka, a szczególnie rzeźba to podróż w czasie”. Chyba generalnie sztuka, aby była sztuką, musi się sprawdzić w czasie i przestrzeni?

Tak, z tym że jednak rzeźba wymaga dużo czasu.

Dlaczego?

Tego wymaga warsztat. W przypadku malarstwa wykonuje się rysunek, stawia kreskę, potem plamę, a tu trzeba przygotować narzędzia, tworzywo, materiał. Jeśli rzeźbię, to muszę mieć wcześniej zbudowaną konstrukcję. Na to nakładam ciężar gliny. I ona nie może spaść.

Czyli musi być pan także częściowo inżynierem, znać wytrzymałość materiału?

Nie studiowałem tego, ale rozumiem, że rzeźba nie może wisieć na pajęczynie. To są podstawowe rzeczy. Taka wiedza sama przychodzi. Oczywiście, czasem człowiek lekkomyślnie podchodzi do rzeźby i później orientuje się, że tak dalej jej tworzyć się nie da. Trzeba zacząć od nowa. Tak, że przygotowanie do wykonania rzeźby, rzemiosło, znajomość struktury budulca – to są kwestie ważne, i dlatego w szkole się tego uczy. Nie wiem jak teraz, bo często sztuka konceptualna wypiera tę, która wymaga znajomości rzemiosła.

Specjalizuje się w zakresie rzeźby pomnikowej, sakralnej, studyjno- kameralnej” – czytamy o Panu w Wikipedii. Od monumentów po rzeźby kameralne. Monumenty wymagają więcej pracy, czy to właśnie mniejsze formy są bardziej żmudne i pracochłonne?

Jest oczywiste, że jeśli chodzi o wysiłek, przygotowanie – większe rzeźby wymagają największego mozołu. To jest naprawdę ciężka praca, która nie może być przy tym pracą bezmyślną, tylko musi być uduchowiona. Musi zawierać przekaz, być jak melodia: to wszystko razem musi zagrać.

Jeśli chodzi o formę, czy lubi się Pan z nią mierzyć? To trochę jak stanie przed ścianą, z której płaszczyzny trzeba coś wydobyć. Powiedział Pan już, że rzeźba wymaga często ciężkiej pracy, również fizycznej. Wspomniał Pan kiedyś o uszkodzeniu kręgosłupa i długiej terapii, podczas której powstała Pana prywatna Droga krzyżowa. Aż tak?

Tak. Było, minęło i Bogu dzięki, znów jestem w pozycji pionowej. Każdy z nas ma swoją drogę krzyżową. Krzyż to dramatyczne przecięcie pionu z poziomem – jest jako forma wpisany w konstrukcję człowieka.

Zdarzyła się syzyfowa praca? Nie dał Pan kiedyś rady sprostać jakiemuś zadaniu?

Właściwie myślę, że każda moja praca jest pracą syzyfową, bo człowiek nigdy nie sprosta swoim pragnieniom, wyobrażeniom, ideałom. Jest tylko jakimś etapem, nie ma złotego punktu. Ciągle by się chciało jeszcze coś doskonalić, poprawiać, wygładzać.

Ale jak rzeźba stoi, to już koniec?

To już koniec. Albo nie koniec, tylko jakiś inny, dalszy jej etap już w kontakcie z odbiorcą?

Pomnik Jerzego Popiełuszki w Toruniu,
wykonany według projektu Gustawa
Zemły przez Pawła Pietrusińskiego, fot. Margoz / źródło: wikimedia.org

Czy uważa Pan, tak jak wielu artystów, że w akcie tworzenia sztuki zawarty jest boski pierwiastek? Wierzący artyści mówią na ogół, że prowadzi ich w jakiś sposób Duch Święty. Modlitwa pomaga?

Nie chcę się podpierać jakąś ideologią, kierować ani w lewo, ani w prawo. To kwestia bardzo subiektywna. Oczywiście, jeśli człowiek bierze się do pracy, musi mieć powód. I różne są powody. Czasami mogą wynikać z przeżyć duchowych, sakralnych. I to niekoniecznie wówczas, kiedy się rzeźbi Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego…

Przymus duchowy?

No właśnie. Ale często bywa tak, że jak rzeźbię nawet coś bardzo świętego, uduchowionego, to nie znaczy, że ja to robię na kolanach.

Ale rzeźbę sakralną musi się trochę na kolanach robić.

Tak, ale niekoniecznie tylko na kolanach. Trzeba ją przede wszystkim robić dobrze. W pewnym momencie tworzenia zapomina się, że to jest świętość, że dotyka się świętości, tylko ciągle by się chciało, żeby to była dobra rzecz. Bo jak można wyrzeźbić brzydkiego Jana Pawła II?

Jan Paweł II ciągle Panu w jakiś sposób towarzyszy. Nie tylko chodzi o pomniki. Pracownia, w której rozmawiamy, została zbudowana z desek, na których św. Jan Paweł II odprawiał w 1983 roku Mszę św. w Mistrzejowicach. Czuje Pan to wsparcie?

Jest świętym, to prawda. Byłbym jednak bufonem, gdybym powiedział: klękam i modlę się. Wtedy trzeba by w mojej pracowni urządzić kaplicę. To jest tylko takie miłe wspomnienie tamtego wydarzenia. A te deski to był po prostu świetny materiał na pracownię. Można o tym książkę napisać, tylko po co?

Pomnik Jana Pawła II na Wawelu, źródło: panoramy.zbooy.pl

Rozrzut Pana prac jest ogromny. Pomniki Polegli – Niepokonani, Powstańców Śląskich, Monte Cassino mają charakter symboliczny. Czy dlatego, że dotyczą aktów zbiorowego bohaterstwa Polaków?

A jak to inaczej pokazać? Chociaż nie ma reguły. Jedni robią pomniki figuratywne i bardzo dosłowne, inni szukają innych form artystycznego wyrazu, poszukując symboliki. Albo jest coś dobrego, szlachetnego, przejmującego i człowiek klęka, albo nie. Temat nie gwarantuje jakości. Temat tylko obowiązuje.

Skłania się Pan ku teorii krytyka Antoniego Sygietyńskiego, który, broniąc dzieł Józefa Chełmońskiego, głosił „nie co, ale jak”?

Ależ oczywiście, że tak. Można mieć wielki temat i zrobić kicz.

W niektórych pomnikach obecny jest motyw skrzydeł, uwznioślających czyny, którym te pomniki są poświęcone. To są i „Śląskie skrzydła” w Katowicach i Monte Cassino. Nigdy nie chciał Pan pokazać skrzydeł Ikara, które spłonęły, gdy zaczął lecieć ku niebu, bo chciał Pan nieść ludziom nadzieję?

Nie myślałem o tym. Myślę prościej, jak na pomnikach nie ma skrzydeł, to nie ma. Interpretacja należy do odbiorcy.

Pytam o to, bo zawsze w pomnikach odkrywam romantyzm.

Może i coś jest na rzeczy, ale to nie jest świadomie założony przeze mnie cel. Jednak, jeśli odbiorca czuje w środku wrażenie czegoś takiego, jak romantyzm, to niech tak zostanie.

Jednocześnie zadziwiają kunsztem pomniki figuratywne. Nie mogłam uwierzyć, że jest Pan także twórcą pomnika Henryka Sienkiewicza w warszawskich Łazienkach. Wydawać się mogło, że nie jest on w stylu Zemły. Generalnie nie daje się Pan zaszufladkować.

A po co? Przyznam, że bałem się wykonać rzeźbę Sienkiewicza. To pisarz gigant i legenda, było to ogromne wyzwanie, bo ilu Polaków, tyle oczekiwań. Cieszę się, że przypadł warszawiakom do gustu.

A styl Zemły potrafi Pan sam jakoś określić? Gdy zaczęto mówić, że styl Zemły to charakterystyczna maniera, którą łatwo poznać, Pan udowodnił, że jest Paganinim dłuta i wszystko potrafi.

Paganini? Ja jestem Zemła. Nie chcę określać swego stylu. Zresztą, czy to jest styl? Nie chcę być bufonem, nie chcę latać za wysoko, ani nie chcę się poniżać. To jest mój język, jeśli jest on prawdziwy i zrozumiały przez ludzi – ja się już cieszę. A jeśli oprócz tego rzeźba ma dobrą formę, która wyraża to, co bym chciał, to wówczas czuję się szczęśliwy i spełniony.

Gustaw Zemła, fot. Dominik Różański

 

Konieczna jest iskra Boża, ale trzeba też warsztat mozołem wyćwiczyć przez lata?

Trzeba dmuchać w tę iskrę, żeby zapłonęło. I to jest ciężkie dmuchanie, jak w miechy. Aż ręce, ramiona bolą.

Czy rzeźba sakralna jest bardziej wymagająca?

Na pewno wymaga większej dyscypliny. Tam pohulać się nie da. Gdy się dotyka męki Chrystusa, to trzeba uszanować, nie można byle jak i jak się chce. Jeżeli będziemy przedstawiali Maryję, to z szacunkiem, inaczej nie można. Temat obowiązuje każdą stronę.

A czy się Pan spodziewał, że Pana skromny pomnik Chrystusa Miłosiernego, który stanął na skrawku zieleni przy ruchliwej ulicy, urośnie kiedyś do symbolu Warszawskich Łagiewnik i stworzy miejsce kultu?

Nie. Po prostu tak się stało. I Bogu dzięki.

/wj

Zobacz także w e-civitas:

Architektura dialogu

Ze Stanisławem Niemczykiem, laureatem 71. Nagrody im. Włodzimierza Pietrzaka, o przestrzeni i sacrum rozmawia Wojciech …