Jestem Katolikiem

To określenie wiele znaczy. Przede wszystkim wierzę w to, co Kościół do wierzenia podaje. Jako tako znam prawdy wiary, czasami czegoś nie wiem, ale się staram dowiedzieć. Jak chyba każdy grzeszę i przystępuję do sakramentu pokuty. Niespecjalnie lubię się spowiadać, ale czynię to w takim stanie pokory, na jaki umiem się zdobyć. Chciałbym być lepszy niż jestem, ale nie jestem. A przede wszystkim chcę być zbawiony. 

Po co to piszę?

Na pewno nie z  przyjemności. Deklaracja powyższa zdaje się wynikać z  pewnej konieczności. Nie można ukrywać, że jesienią tego roku przez Polskę i świat przetoczyła się fala antyklerykalizmu, za którą, mam wrażenie, stoją realni wrogowie mojej wiary – prymitywna propaganda związana z  niby to intelektualnym dyskursem o  Kościele, nie pozostawia złudzeń. Ileś lat przeżyłem, poza tym coś tam wiem o  historii i  walka z  Bogiem tocząca się na różnych polach nie jest dla mnie nowością, a nawet mnie nie dziwi. Dopóki ziemia kręci się, walka dobra ze złem będzie mieć miejsce. Niemniej są sytuacje, w których trzeba jasno określić, po której stronie się stoi, choćby po to, by ci, którzy stoją po przeciwnej, mieli świadomość tego, że inni myślą inaczej.

Piszę nie tylko dlatego, że wierzę, ale również dlatego, że uważam się za niegodnego spadkobiercę tych wszystkich, którzy przede mną nieśli na świat, w tym i  w mojej ojczyźnie, wiarę w Boga. Kiedyś jacyś moi przodkowie pochylili kark przed Chrystusem i również z powodu czci, jaką ich darzę, po prostu nie chcę, by mi ktoś go na siłę prostował.

Kler

Nie do końca chodzi mi tylko o film pod powyższym tytułem, choć na pewno jest on dobrym przykładem tego, co się dzieje. Są na świecie księża dobrzy i tacy którzy ze swym powołaniem sobie nie radzą, bądź mu zaprzeczają. Warto sobie uświadomić, że nie jest to nic nowego. Tak było pewnie zawsze. Już w gronie apostołów, a więc grupy 12 mężczyzn wybranych przez Pana Jezusa, byli ludzie różni, jak to mówi nieco rubaszne przysłowie: „Jeden zdrajca, jeden zaprzaniec, a reszta …pożal się Boże”. A  jednak pomijając exemplum Judasza, ci ludzie dali początek Kościołowi i wszyscy za wyjątkiem Jana Ewangelisty ponieśli śmierć za Chrystusa. Potem było tylko rozmaicie. Byli księża heretycy, karierowicze, grzesznicy czy nawet pewnie zbrodniarze. Odnosząc się do obecnej dyskusji medialnej, na pewno istnieją księża zboczeńcy, którzy poprzez swe działania lżą Kościół i  Pana Boga, od siebie dodam: biada im. I  cóż z  tego? Czy można powiedzieć, że z ich powodu Bóg nie istnieje, jak pewnie chcieliby ci, którzy właśnie poprzez wytykanie wad tej części Kościoła z  Nim właśnie walczą, a  właściwie próbują uzyskać efekt niewiary wśród jak największej liczby ludzi?

Poza tym, czy z  powodu sprzeniewierców mamy zapomnieć o  całych rzeszach męczenników, kapłanów niosących światu Chrystusa, zwyciężających zło dobrem? Naszym obowiązkiem względem nich, Boga i Kościoła jest postawa, której nauczali i naśladowanie życia, które prowadzili. Wzorców jest tu na tyle pod dostatkiem, że taśmy filmowej na cykl „Kler” ich życiu poświęcony by brakło.

Ateizm?

Czy w tej walce chodzi o to, by ludzie nie wierzyli w nic poza swoim doczesnym życiem? Osobiście trudno mi to potwierdzić. Ateizm w wersji czystej jest, wbrew pozorom, dość wymagającym światopoglądem. W stanie naturalnym właściwie niewystępującym. Historycy bez względu na to, czy są kreacjonistami, czy ewolucjonistami, widzą niezaprzeczalny fakt, że ludzkości od początku towarzyszy transcendencja, i wiara, iż śmierć ciała nie jest ostatecznym końcem. Nie będę tu przywoływał różnych dowodów znalezionych przez badaczy kultur pradziejowych, są to kwestie chyba dla wszystkich oczywiste. Skoro wiara jest tak pierwotnym odruchem, to ci, którzy chcieliby ją wykorzenić, chwytają się wszelkich środków. Propaganda idąca w duchu fake newsa, że Boga nie ma, bo go Gagarin w kosmosie nie widział, nie działała, mogła nawet prowadzić do konstatacji odwrotnej, że rzeczonego kosmosu też właściwie nikt nie widział. Rozwój wiedzy nie na wiele się tu przydał, a sami kosmonauci niekoniecznie bywali ateistami. Wraz z upadkiem systemu, który niewiarę w Boga uważał za dogmat, walka zmieniła charakter, ukierunkowała się jakoś inaczej. Media zapełniły się doniesieniami, iż Jezus nie istniał, albo był kim innym niż był, a  Ewangelie kłamią, w ogóle są wytworem Kościoła służącym temu, by ludzkość nie poznała rzeczywistej prawdy, czymkolwiek miała by ona być.

Kolejnym, acz na pewno nie ostatnim narzędziem propagandy stali się …kosmici, którzy kiedyś na ziemi byli, a prymitywni ludzie myśleli, że to bogowie właśnie. Takich bajek można by wymieniać znacznie więcej. Wszystkie one mają służyć wojnie z religią.

Jeżeli nie Bóg, to co?

Człowiek wyzuty z  wiary w  Boga uwierzy w  bądź co. Nie mam tu na myśli tych osób, które zachowują czysty ateizm, choć on, jak wspomniałem, jest trudny, ale możliwy. Często zastanawiam się nad tym, czy ateista poświęca swe życie walce z  wiarą w  Boga, czy też wręcz z  Bogiem, w  którego przecież nie wierzy. Osobiście nie wierzę w  latające na miotłach czarownice i  w  związku z  tym nie zajmują one w moim umyśle wiele miejsca, a  gdyby pojawił się obok mnie ktoś, kto by w nie wierzył i ich istnienie propagował, chyba obchodziłoby mnie to w  tym samym stopniu, co byt bogów olimpijskich, którzy są mimo braku swego istnienia zjawiskiem historycznym, i tyle.

Tak naprawdę ateizm i  wszystkie antyreligijne ideologie służą jednemu. Mają spowodować, by ludzie przestali wierzyć w osobowego Boga, a jeszcze ściślej w chrześcijańską wizję świata. Dlaczego nikt z tzw. twórców kultury w Polsce nie obraża religii innych niż chrześcijaństwo, a dokładniej katolicyzmu? Chyba jest kilka przyczyn tego zjawiska i  trudno powiedzieć, które jest najważniejsze. Prawdopodobnie mamy tu do czynienia z  dwoma sojusznikami: ideologicznymi wrogami Boga i  tymi, którzy nie chcą, by religia w  Polsce odgrywała rolę społeczną. W  jednym i  drugim wypadku są to agendy trendów dotykających cały świat Zachodu. Na pewno też wszystkim im przeszkadza to, iż, cytując Sienkiewicza, „Msza po staremu się odprawia”.

„Na pewno i ty jesteś jednym z nich, bo i twoja mowa cię zdradza”

Co w  tej sytuacji należy czynić? Pierwsze i najważniejsze, to by określić się, po której stronie się stoi. Nie ma sensu być pośrodku. Przysłowie „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek” jest bardzo sprytnym określeniem strategii krótkoterminowych, które w  tym sporze nie istnieją. Tutaj nie ma miejsca na przeczekiwanie. Nie chodzi tylko o to, by bojkotować takie czy inne filmy, choć ze względu na stan umysłu pewnie warto. Nie można też zupełnie odciąć się od popkultury, co jest niezmiernie trudne. Poza tym mogłoby to wyglądać na wkładanie głowy w  piasek. W  każdym wypadku trzeba być ostrożnym. Jeżeli jednak ktoś uważa się za katolika, to ma świadomość, że to księża są szafarzami sakramentów. Spowiedź czy też najważniejsza w  tym wszystkim msza święta bez nich się nie obejdzie, wydaje się, że trzeba tu mieć świadomość, iż są to kluczowe powody, dla których, by uderzyć w  Kościół, trzeba zniszczyć stan kapłański, już to przez obśmianie go, gdzie się tylko da, już to przez pokazanie rzeczywistych czy tez mniej rzeczywistych jego grzechów, i w końcu poprzez wewnętrzną dywersję. Jeden zaprzedaniec potrafi dokonać więcej zła, niż wiele metrów propagandy płynącej z zewnątrz, dlatego też za księży trzeba się modlić. Jakkolwiek niepopularnie w dzisiejszym świecie brzmi taki apel, to historia Kościoła pokazała, jak wiele może modlitwa. Po drugie, sami też musimy dawać świadectwo bez względu na to, co się robi dookoła i  jak bardzo nas się będzie z  tego tytułu postponować. Przywołany powyżej cytat, jak pewnie część czytelników się domyśliła, pochodzi z  26. rozdziału Ewangelii św. Mateusza i jest fragmentem sceny zaparcia się Pana Jezusa przez Piotra, gdy Apostoł broniąc się „począł się zaklinać i  przysięgać: «Nie znam tego Człowieka»”. Oczywiście każdy ma prawo bać się i nie można nikogo potępić za chwile słabości. Tego też uczy nas Kościół, być może jednak warto w takich kluczowych momentach mieć ową scenę w  pamięci i  skorygować ją odpowiadając: „tak jestem jednym z  nich”. W  końcu również dla mnie Chrystus przyszedł na świat jako człowiek w Betlejemskim żłobie, ten fakt znaczy znacznie więcej niż cokolwiek innego co, się w  świecie do tamtego czasu wydarzyło.

Piotr Sutowicz

/md

Zobacz także w e-civitas:

Krzyż Kościoła

W Polsce coraz częściej, właściwie każdego dnia mówi się o kryzysie i grzechach Kościoła. Jego przeciwnicy, jakby czując …