Kainowe dzieci

Miasto to hymn na cześć ludzkiego rozumu. Tak samo jak on piękne i jak on niebezpieczne.

Dzieci Kaina

Na początku było leżące gdzieś w krainie Nod na wschód od Edenu miasto Henoch. To tam Kainowi synowie uczyli się konstruowania namiotów, gry na cytrze i flecie, obróbki brązu i żelaza. To pierwsze miasto, jakaś stolica ziemi, nie oferowało więc wy-godnego osiedlania się, ale już samo to, że ludzie mogli się w nim skupić, słuchać siebie nawzajem i bronić się przed wrogiem, stanowiło wystarczający motyw, by tu zamieszkać. Okazuje się, że ten sam motyw przez setki lat historii pchał do miast pojedynczych ludzi i całe grupy, które szukały w ten sposób lepszego życia. Miasto oznaczało awans społeczny i poprawę bytu. Nie ma epoki, w której miasto nie otwierałoby swoich podwoi dla przedsiębiorczych jednostek, głów pełnych innowacyjnych pomysłów, tryskających niekonwencjonalnymi rozwiązaniami problemów utrudniających życie. Miasto to hymn na cześć ludzkiego rozumu. Tak samo jak on piękne i jak on niebezpieczne.

Dylematy Lota

Zawsze mnie zastanawiało, dla-czego Lot nie chciał opuścić Sodomy. Choć jej mury nie dawały poczucia bezpieczeństwa, a przeciwnie, bramy były raczej wrotami do piekła, brata-nek Abrahama ostrzeżony przez aniołów o nadchodzącej zagładzie długo ociągał się z opuszczeniem miasta. Sodoma była jak magnes. Centrum kra-iny nad Jordanem tryskało życiem, oferowało łatwe dobra, po które wy-starczyło sięgnąć ręką. Miasto było na tyle potężne, że zapowiedź jego klęski brano za żart. Czy Lot miał złudne po-czucie bezpieczeństwa, a może nęciło go dostatnie życie oferujące pełną dostępność dóbr wszelakich? Może jednak trzymało przywiązanie do rodzi-ny, która ani chciała słyszeć o zmianie miejsca zamieszkania. Folgując swojej słabości, wolał siedzieć w bramie So-domy, jakby nie czując się do końca jej mieszkańcem, niż spojrzeć na zło, które działo się na jego oczach. A gdy już opuścił gniazdo grzechu, bał się uciekać w góry, wciąż szukał jakiegoś miasta, bo nie wyobrażał sobie żyć gdzie indziej.

Sodoma stała się na zawsze symbolem zła, które zamieszkało wśród ludzi, nauką błędnej wymiany do-świadczeń, tym bardziej zgubnej, im bogatszej. Miejsca, w którym nie tylko nie było Boga, ale z którego wyprowadził się sam człowiek, bo stał się wrogiem samego siebie. Sodoma zarażała każdego, kto w niej gościł, brudziła swoimi nieczystościami, zniewalała i zmuszała do porzucania własnej tożsamości. Uniemożliwiała zdrowy osąd moralny, nie pozwalała dostrzec prawdy. Uzależniała od przyjemności i zbytku, strasząc człowieka ciszą poza murami miejskimi i samotnością. Przez setki lat w naszej kul-turze Sodoma oznaczała odwrotność sacrum, miejsce przemiany z dobra w zło. Uchronić się przed nim można było tylko, unikając kontaktu z miastem. Do tej plejady złych miejsc z cza-sem dołączyły Babilon, Niniwa, Tyr i Sydon. Tego wrażenia, że Bóg nie lubi miast, nie zaciera nawet wspomnienie Jeruzalem, wszak i ona Go wygnała..

Moja Wieża Babel

Jeżeli będą Państwo zbliżać się do Wrocławia dowolnym środkiem trans-portu, to budowlą, która najszybciej poinformuje o celu podróży, będzie Sky Tower, wieża przez nas, wrocławian, określana najbardziej pogardliwymi pojęciami płynącymi z nie-przyzwoitych skojarzeń. Dzieje się tak zapewne dlatego, że jest to pierwszy tych gabarytów cud naszej architektury, który miał przebić myśl PRL i wprowadzić stolicę Dolnego Śląska do rodziny miast europejskich. I choć kocham moją małą dolnośląską ojczyznę, nic nie poradzę na to, że spoglądając z okien pociągu na ów godzący w niebo szary „pendrajw”, uśmiecham się z politowaniem nad usatysfakcjonowanymi projektantami i inżynierami. Sky Tower jest brzydki, jak brzydkie i nietrwałe są koślawe wieżowce i galeriowce stawiane chaotycznie w centrum i na obrzeżach polskich miast. Spiesząc na dworzec kolejowy, trzeba przedrzeć się przez wałęsający się pomiędzy wystawami anonimowy tłum. To nawet nie są klienci, to chłonący kolorowy blichtr konsumenci ob-razu, kontemplujący kojący ich hałas, dzięki któremu nie czują się zmuszeni do zadawania sobie pytań i odpowiadania na pytania innych. Tu nie ma relacji, choć nikt się nigdzie nie spieszy. Nie ma spotkań, chociaż od czasu do czasu ludzie siedzą obok siebie przy stolikach, śledząc niecierpiące zwłoki doniesienia znajomych gdzieś tam w wirtualu. Wszystko jest powierzchowne, tymczasowe i bez celu. Ciekawe, czy wzrost samobójstw wśród młodzieży ma z tym coś wspólnego…

W mieście można się zgubić, można też odnaleźć niespodziewanie to, czego się nie szukało. Tu są szpitale, gdzie rodzą się dzieci i umierają starcy. Nie można już urodzić się ani umrzeć w domu, wszystko jest sterylne i czyściutkie. Nikt nie wie, gdzie życie się zaczyna i jak się kończy, choć znamy już prawie wszystkie prawa fizyki, inne są w zasięgu ręki. Tu są najlepsze kliniki ratujące życie szczęśliwcom, innym zostaje tylko eschatologia. Wszyscy wiemy, że w miastach są lepsze szkoły i akurat trudno mnie przekonać, że coś się w tej sprawie zmieni. Z przyczyn czysto organizacyjnych. Miasta mają szybki internet, tu się idzie czasami do kina albo do teatru, korzysta z pubów z dobrym alkoholem i muzyką. Szkoda miejsca i czasu na pisanie – w mieście jest wszystko, czego dusza zapragnie. Trzeba przyznać, że i duszpasterstwo katolickie bywa tutaj jakieś takie bar-dziej zadbane. A to kazania ciekawsze, na wyższym poziomie, a to nowe for-my katechizacji, a to mniej znane sposoby modlitwy, niekonwencjonalne wspólnoty. Bywają procesje z Jezusem Eucharystycznym – już nie dostojne jak w Boże Ciało, ale z przytupem, głośno, żeby przekrzyczeć miejski hałas. Modlitwa uwielbienia z bębnami i gitarami w gotyckiej katedrze ignoruje cichutkiego Pana Jezusa w monstrancji, żeby wchodzący tu turyści zorientowali się, że „Wrocław wielbi”. Koło galerii schowano klasztor dominikanów, ale oni i tak nie chcą zejść do podziemia – w środę popielcową ich kościół po prostu pęka w szwach. A mój proboszcz postawił na grani-cach miasta kaplicę św. Michała Archanioła, żeby jak dawniej strzegł jego mieszkańców.

Winnica Nabota

Wbrew pozorom, życie w mieście wymaga wiele poświęcenia – jesz-cze w XVIII wieku w moim mieście więcej mieszczuchów umierało niż rodziło się, przybywało jedynie po-zbawionych własnego majątku, wykluczonych, rzezimieszków, a wresz-cie żądnych przygody i nowości. Jedni byli tu na chwilę, inni zostawali na zawsze. Protestanci nauczyli nas chować biednych pod korcem opieki państwowej, ale oni i tak nigdy nie przestali żyć obok bogatych. Są jakoś odporni na ucywilizowanie, choć zda-je się i oni wolą biedować w mieście. Zagospodarowują swój mały kawałek przestrzeni. Nie chadzają do galerii, za to mogą jeździć na gapę miejską komunikacją, stołować się codziennie w jednej z licznych klasztornych jadłodajni. Dobra ręka poda im michę zupy, byle być trzeźwym. W mieście nikogo nie dziwi, że w kościele siedzi wagabunda z worem zmiętoszonych puszek po piwie, które pracowicie zawiezie zaraz do skupu, żeby dostać nieco swojej mamony. Pewnie prędzej czy później ktoś go z niej ograbi, jeżeli nie będzie umiał się obronić. Dlatego woli spać na ławce w przedsionku świątyni.

Ciekawe, że w mieście zaczynały się wszystkie rewolucje. Dobre i złe. Miasto zawsze zmuszało do aktywności, biernych wyrzucało poza nawias. Dopóki mieszka w nim Bóg, jest po prostu miejscem na ziemi, zagospodarowanym i przeznaczonym do za-mieszkania. Gorzej, jeśli staje się piekłem. Nie ma tu pór roku, bo drzew jak na lekarstwo, po hałasie nikt nie szuka ciszy, w nocy jest tak samo jasno jak w dzień. Nikt nie chodzi do pracy na piechotę, za to wszyscy dla kondycji uprawiają jogging. Dzieci są poliglotami z ograniczeniem do jedne-go, bo „używanego na całym świecie” języka. Gdy tych paradoksów przy-bywa, może się okazać, że to już jest nasza Sodoma. A jeśli już pogodzimy się z forsowaną ostatnio interpretacją, że Sodomici zostali ukarani za… niegościnność, to będzie znaczyło, że mamy za sobą kolejny etap historii. Nasz Rzym nie jest bardziej wieczny niż ten, który zburzył Jerozolimę i ją zaorał. Podobno na zawsze.

Anna Sutowicz

/md