wtorek , 19 Czerwiec 2018

Każdej chwili mego życia wierzę, ufam, miłuję

8 sierpnia przypadła 125. rocznica urodzenia Zofii Kossak-Szczuckiej, wielkiej pisarki katolickiej.

Zofia_Kossak_1946Powroty do Zofii Kossak nastąpiły, oczywiście, po spotkaniach z dziełem znakomitej pisarki, co było niejako naturalnym procesem w przypadku młodego czytelnika pochłaniającego powieści historyczne w okresie poprzedzającym Millenium Chrztu Polski – jak mówiło się w domu, czy 1000-lecie Państwa Polskiego – jak to ujmowano w szkole. Po pierwszych tomach cyklu Józefa Ignacego Kraszewskiego, od Starej baśni (wówczas lektura w IV klasie szkoły podstawowej!) i Luboni (z biblioteki księdza prefekta) począwszy, „całym” Sienkiewiczu, sięgnąłem po wskazane mi książki Zofii Kossak, „trzeciej z największych naszych pisarzy historycznych”. Nie była to wprawdzie jeszcze „ta” Kossak, autorka Złotej wolności, Krzyżowców, Króla trędowatego, Bez oręża, ale Legnickiego pola i chyba Błogosławionej winy.

A potem nieoczekiwane spotkanie, które sprawiło, że zobaczyłem Zofię Kossak wśród naprawdę wielkich, mających odwagę powiedzieć głośno to, o czym mówiło się jedynie w domu lub słyszało z „trzeszczących” radiostacji. W gablocie z ogłoszeniami białostockiego kościoła św. Rocha z wypiekami na twarzy czytałem list Zofii Kossak-Szczuckiej do władz PRL-u, uzasadniający odmowę przyjęcia Nagrody Państwowej I stopnia – z okazji święta 22 lipca! – „za wybitne osiągnięcia w dziedzinie powieści historycznej”. Perfidia władz była tym większa, że kilka dni wcześniej, 20 czerwca  1966  r., aresztowano na Warmii peregrynującą kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Był to pierwszy tego rodzaju dokument sprzeciwu, jaki widziałem. Przeczytałem go kilka razy, aby jak najwięcej zapamiętać.

Na toruńskiej polonistyce przyszedł czas na Krzyżowców. Dobrze, że już wówczas mieliśmy za sobą spotkania w Duszpasterstwie Akademickim prowadzonym przez ojca jezuitę Władysława Wołoszyna, bo to, co czytaliśmy, nie mieściło się w katechizmowym widzeniu katolicyzmu. Byliśmy porażeni powieścią. To już nie Sienkiewicz, ale nowoczesna – w najlepszym znaczeniu tego słowa – powieść, znakomita pod względem artystycznym, otwierająca niebywałe perspektywy dyskursu przed młodymi polonistami.
W tym też czasie zacząłem mieć swoje własne „sprawy” z Zofią Kossak. Nieoczekiwanie od razu na pierwszym roku zostałem zauważony przez prof. Konrada Górskiego, uczonego o największym autorytecie naukowym i moralnym, w latach stalinowskich odsuniętego od zajęć uniwersyteckich. Czułem się tym bardziej obdarowany, że był to ostatni rok pracy Profesora. Zaproszony do mieszkania, zostałem „domowym” studentem.

Konrad Górski niemal całe życie naukowe poświęcił Adamowi Mickiewiczowi, zwłaszcza Panu Tadeuszowi, ale jego dorobek był znacznie, znacznie bogatszy. Rozmawialiśmy m.in. i o Jerzym Liebercie, i o ks. Janie Twardowskim. Okazało się, że Profesor w latach międzywojennych, zanim objął katedrę na polonistyce Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, związany był z Laskami i ks. Władysławem Korniłowiczem. To środowisko – jak wiadomo – przygotowało niejako przemiany polskiego katolicyzmu w duchu Soboru Watykańskiego II na kilka dziesiątków lat przed tym epokowym wydarzeniem.

Ks. Korniłowicz oparł swoje dzieło w znacznej mierze na konwertytach. Zdobyłem się na odwagę i zapytałem Profesora, jak się znalazł w tym kręgu. Konrad Górski wydobył numer „Znaku”, bodaj z 1968 r., z odpowiedziami na ankietę o największe przeżycie pokolenia, które doświadczyło odzyskania wolności po 123 latach zaborów. Mój rozmówca wyznał, że takim wydarzeniem, oprócz odrodzenia Polski, był powrót do katolicyzmu. Jego profesorami byli pozytywiści, dalecy od spraw wiary, co zaważyło i na jego relacjach z Bogiem.

Odtąd rozmowy o nawróceniu powracały w naszych spotkaniach, a ja odkryłem dla siebie Złotą wolność Zofii Kossak właśnie jako powieść o nawróceniu. Jakoś nie przekonywało mnie widzenie tego wybitnego dzieła – mimo wydawałoby się jednoznacznego tytułu – jako szerokiego fresku czasów „złotej wolności” szlacheckiej.

„Bohaterami Złotej wolności – pisał autor Obrazu literatury polskiej, Kazimierz Czachowski – nie są jednostki, choć bracia Pielszowie wiążą luźno komponowane epizody powieści, lecz ogół, naród, Rzeczpospolita. Czasy Zygmunta III […], dysputy ariańskie, upadek reformacji i zwycięstwo katolicyzmu, upadek myśli politycznej wśród ogółu […], rokosze i pańskie wyprawy po moskiewskie złote runo, a obok tego tak znakomite zwycięstwa, jak Kircholm i Kłuszyn, tak wielkie i świetnie odtworzone w powieści postaci, jak Chodkiewicz, Żółkiewski i Skarga […], całe życie publiczne i prywatne, obraz obyczajów i zwyczajów, czasu wojny i pokoju, w kraju i Moskwie, od dworu królewskiego do obozu zbójników, słowem w ramach powieści oglądamy całą Rzeczpospolitą”.

Być może sprawiły to rozmowy z prof. Konradem Górskim o Bernanosie i Mauriacu (któremu Profesor poświecił osobną książkę), a także o Jeźdźcu Jerzego Lieberta czy równie przejmującej Modlitwie Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej („z Kossaków”), że moją uwagę przykuła różnorodność, z jaką autorka ukazała nawrócenia bohaterów. Nie mogła jeszcze znać wiersza swej kuzynki, która tak pisała o nieuchronności działania Stwórcy:

Gdy upatrzysz cel swymi oczyma, Któż Ci wzbroni i kto Cię uprosi? Gdy zagarniasz łup, któż Cię powstrzyma? Raczej orła, gdy dziecko unosi! Boskich Twoich szponów, gdy chwyciły, Gdy zawarły się wkoło zdobyczy, Nie rozerwie żadna ludzka siła!… Chyba Sam jej pomocy użyczysz.

Po lekturze zwłaszcza rozdziału z książki Profesora Życie wewnętrzne i nawrócenie w powieściach Mauriaca byłem wyjątkowo wyczulony na te zagadnienia. Niemal wszyscy główni bohaterowie Złotej wolności powracają do wiary swych ojców, ale drogi, jakie do tego prowadzą, niezwykle się różnią. Rozterki religijne bardzo wzbogacają psychologiczne wizerunki postaci, ukazują zarówno wagę związku człowieka z Bogiem, jak i tę podstawową prawdę, że tylko „letni” wyznawcy porzucają bez bólu swoje dotychczasowe przekonania na rzecz innych. Znalazłem w tej powieści potwierdzenie poglądu wyrażonego przez Williama Jamesa w Doświadczeniu religijnym, że zmieniając wyznanie, nierzadko człowiek musi niejako urodzić się od nowa.

Po r. 1989 pojawiły się niewydawane wcześniej utwory Zofii Kossak, przede wszystkim Pożoga, znakomity debiut, dzięki któremu nieznana wcześniej pisarka z marszu zdobyła własne miejsce w literaturze. Zachwycił się nią Józef Conrad, który chciał nawet przetłumaczyć utwór na angielski. Do tego wprawdzie nie doszło, ale przekład angielski pojawił się już w 1927 r. W Polsce zaś owe Wspomnienia z Wołynia w pierwszych latach po publikacji miały cztery wydania!

Prawdziwą rewelacją okazały się nieukończone Wspomnienia z Kornwalii 1947–1957, wydane w 2008 r. Aż ciśnie się na usta utarte powiedzenie: „Zofia Kossak wciąż pisze…” Pisarka, często porównywana z Henrykiem Sienkiewiczem, dzieli z nim i to, że obok zachwytu, a nawet miłości czytelników, nigdy nie została w pełni zaakceptowana przez „uczonych w piśmie”. Trudno więc oczekiwać, by po lekturze tej książki zmienili zdanie. Wierni odbiorcy jej prozy nie potrzebują zaś nowych argumentów, a jednak trudno nie wyrazić zachwytu dla tego – powtórzmy – niedokończonego dzieła.
Zofia Kossak-Szczucka, po straszliwych przejściach wojennych, którymi zapisała jakże chlubną kartę nawet na tle granicznych przeżyć tamtych lat, została zmuszona do opuszczenia kraju. Przyjechała do Londynu wraz córką Anną we wrześniu 1945 r. Po pewnym czasie nad Tamizę dotarli z Italii jej najbliżsi – mąż Zygmunt Szatkowski i syn Witold. Pisarka, wyczerpana fizycznie, zachowała, przede wszystkim dzięki głębokiej wierze, znakomitą postawę psychiczną. Mąż natomiast, przebywający w czasie wojny w obozie, przeciwnie, nie mógł się odnaleźć w nowej sytuacji. Małżonkowie uznali, że należy uciec od wielkomiejskiego zgiełku na głęboką wieś. Zawiązali spółkę, która zakupiła gospodarstwo Trosell Farm w Kornwalii. Pisarka z mężem mieli zajmować się nie tyle jego prowadzeniem, co ciężką pracą farmerską. Trzeba koniecznie przeczytać tę książkę, niezwykłą prozę o jeszcze bardziej niezwykłym polskim życiu na brytyjskiej wsi wśród ludzi o zupełnie innej mentalności, w jakże surowych warunkach przyrodniczych.
Sama autorka tak ujęła to dziesięciolecie: „Aż dziwno nieraz wspomnieć dziesięcioletnie bytowanie na Trosell, niełatwe, przeciwnie, bardzo ciężkie, ale całkowicie wegetatywne. Jak gdyby Bóg umieścił nas na ten okres w przechowalni, z której pozwolił wyjść, gdy uznał to za pożyteczne”.
Książka, ukazując te wszystkie realia, po prostu budzi zachwyt. Małżonkowie, przecież już niemłodzi, zmagali się z surowym bytowaniem, brodząc przez podwórze, na którym błoto wlewało się do długich gumowych butów, z latarnią, bo nie było elektryczności, w wiecznie wilgotnych okryciach, śpiąc w nieogrzewanych sypialniach (angielski już nie zwyczaj, a dogmat!), wchodząc do łóżka po uprzednim ogrzaniu termoforem…

Pisarka miała zaś bodaj wszystko, czym żywi się wrażliwość i wyobraźnia: nowe, nieznane przestrzenie, a na nich tajemnicze znaki, jak nieodczytany alfabet zaginionej cywilizacji; ludzie pracowici, dyskretni, ale i nieprzenikliwi; na swój sposób życzliwi, chętni do pomocy, jednocześnie surowo oceniający przybyszów z dalekich barbarzyńskich krain; ustalone od wieków rytuały, niezrozumiałe dla obcych, więc konieczność nieustannej czujności, by nie okazać się intruzem.

Niemal od razu na początku Zofia Kossak napisała z właściwą sobie przenikliwością, że nie mogło być inaczej, zważywszy, iż w tych okolicach „od czasu najazdu Normanów nie pojawili się na stałe żadni cudzoziemcy”. Polscy farmerzy byli więc pierwsi po Normanach!

Jednak prawdziwy talent autorki ujawniają fragmenty dotyczące miejscowej przyrody i zwierząt! Ale na to trzeba by osobnego tekstu…

Waldemar Smaszcz

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Pierwszy w Polsce znaczek pocztowy ze Świętym Ojcem Pio

Podczas konferencji prasowej „Do Nieba z Ojcem Pio”, zorganizowanej przez Prowincję Krakowską Braci Mniejszych Kapucynów …