Home / Historia / Kłopoty z demografią

Kłopoty z demografią

Dopiero 70 lat po wybuchu II wojny światowej próbujemy policzyć, ile faktycznie ofiar spośród polskich obywateli pochłonął wojenny kataklizm. Uznawana dotąd za oczywistość liczba 6 milionów jest poddawana w wątpliwość. Nie wierzę, by udało nam się dzisiaj ustalić, ilu rzeczywiście naszych rodaków straciło życie w latach 1939–1945.

Chociaż od 20 lat żyjemy w wolnej Polsce, nagle teraz okazuje się, że liczba strat osobowych – 6 028 000, którą kolejnym rocznikom wpajały do głów podręczniki historii i encyklopedie w latach peerelu i po 1989 roku jest wzięta z sufitu. Dopiero teraz zaczyna się otwarcie mówić, że taką wielkość skonfabulował w 1946 roku ówczesny szef rządowego Biura Odszkodowań Wojennych Jakub Berman. Parę lat temu w „Polskim Przeglądzie Dyplomatycznym” stosowną dyrektywę Bermana zamieścił Mateusz Gniazdowski. Narzucona przez Bermana wielkość strat miała przy okazji ukryć ofiary sowieckich wywózek i mordów na Kresach oraz obejmować obywateli polskich niezależnie od ich narodowości, a wiec zarówno Żydów, Cyganów, Ukraińców, Białorusinów jak i Polaków.

Odnoszę wrażenie, że przez 20 lat od momentu, kiedy Joanna Szczepkowska oświadczyła w telewizji, że „właśnie skończył się w Polsce komunizm”, kwestionujący w ciszy gabinetów liczbę strat niektórzy historycy robili do społeczeństwa perskie oko. W dalszym ciągu informowali o 6 milionach ofiar, ale choć mieli w tej sprawie wątpliwości – milczeli. Temat jednak jest zbyt bolesny, by go traktować z przymrużeniem oka.

Pytania bez odpowiedzi

Od czterech lat publicznie stawiane są już jednak znaki zapytania. Zaczęto mówić, że bilans strat poniesionych przez Polskę podczas II wojny światowej nadalpozostaje skomplikowanym wyzwaniem badawczym, bo mimo ogromnego wysiłku, włożonego w dociekania i dokumentację strat, nie ma dotąd wiarygodnych i całościowych szacunków. Nie powstała też centralna baza danych z wykazem imiennym osób. Proces badawczy komplikuje zwłaszcza blokada dostępu do archiwów sowieckich i niemożność zidentyfikowania wielu ludzi, którzy zostali wywiezieni i pomarli w transportach lub „na nieludzkiej ziemi”.

Dotąd nie udało się ustalić, ilu dokładnie Polaków zginęło w mordach inspirowanych przez UPA na Wołyniu 70-150-200 tysięcy? Szacunkowe dane dotyczą też ofiar Powstania Warszawskiego i pomordowanej przez Niemców cywilnej ludności Warszawy. Od lat toczy się spór o liczbę ofiar Konzentrations Lager Warschau. Członkowie komitetu budowy pomnika tych ofiar mówią o 200 tysiącach pomordowanych, podczas gdy niektórzy historycy i władze Warszawy godzą się na upamiętnienie… 20 tysięcy.

Dane o stratach wśród polskich żołnierzy walczących w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie też bywały zmienne. Podobnie jak parokrotnie zmieniała się liczba ofiar obozu zagłady w Auschwitz- Birkenau.

Grzech zaniechania

Jednak wspomniany już Mateusz Gniazdowski przynajmniej w jednej kwestii nie ma wątpliwości. Jest przekonany, że „dotychczasowe próby bilansowania w sposób przekonujący dowodzą, że Polska poniosła podczas II wojny światowej straty proporcjonalnie największe spośród państw koalicji antyhitlerowskiej”.

Informuje też, że po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej wzrosło zapotrzebowanie na tego typu dokładne informacje. Chodzi o to, by kwestie historyczne w stosunkach z Niemcami zostały w końcu rozstrzygnięte, bo niejasność komplikuje polsko niemieckie relacje.

Od 2006 roku, kiedy to ówczesny minister kultury Kazimierz Michał Ujazdowski i prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka inaugurowali projekt naukowy, którego celem było zebranie jak najpełniejszych informacji i policzenie, ilu obywateli zginęło podczas II wojny światowej pod okupacją niemiecką i sowiecką – liczenie trwa. Zbierane są dokumenty i relacje świadków. We wrześniu tego roku, po zebraniu danych historycy: prof. Tomasz Szarota i Wojciech Materski dokonają bilansu ustaleń i go opublikują.

Historyk dr Krzysztof Kunert uważa, że bilans może wypaść różnie. – Mówi ostrożnie, że liczba ofiar może spaść do 4,5 mln, ale równie dobrze podskoczyć do 7-8 mln. Jednak w opinii prof. Materskiego liczba Polaków zabitych podczas wojny znacznie spadnie. – To będzie dla społeczeństwa szokiem i na pewno wiele osób nie przyjmie tego do wiadomości – twierdzi prof. Materski. Historycy niechętni Materskiemu pytają; skąd to przekonanie, skoro nie znane są dotąd ani pełne źródła wiedzy ani liczby?

Liczba zależy od metodologii

Inną metodologię szacunków strat niż ją przyjmują w pracach badawczych niektórzy historycy, stosują statystycy. Zdaniem Kazimierza Latucha z Glównego Urzędu Statystycznego – z danych GUS wynika, że w 1939 roku mieszkało w Polsce 35 300 000 osób. Spis ludności w roku 1946 wykazał natomiast liczbę 23 929 000.


Wojna spowodowała zaburzenia w cyklu demograficznym naszego społeczeństwa  |  Fot. Dominik Różański

– Wziąłem pod uwagę wszystkie czynniki demograficzne. Zmianę granic, migracje ludności, spadek urodzin spowodowanych warunkami wojennymi. Wyszło mi, że ubytek ludności wynosił około 9 mln. Margines błędu w tym wypadku 0,5 mln – mówi Latuch.

Z kolei według prognoz rozwoju demograficznego, przygotowanych w gabinecie przedwojennego Ministra Skarbu, w dniu 1 I 1942 r. ludność Polski mogła wynosić nawet ok. 38, 3 mln, tylko że nikt jej wtedy nie policzył. Przecież podczas wojny i okupacji też rodziły się dzieci. Gdyby uwzględnić te prognozy – a takie również przyjmują niektórzy historycy – ubyło 12 mln ludzi! Ile w istocie, nie da się już pewnie ustalić. Czas od wybuchu wojny to przecież prawie trzy pokolenia. Pamięć ludzka się zaciera, blakną dokumenty, giną metryki i akty zgonu.

W opinii prof. Materskiego zbieranie danych o ofiarach powinno być szeroką społeczną inicjatywą. Ubywa ludzi pamiętających wojenne losy rodzin, nazwiska sąsiadów. A pamięć o zabitych i zmarłych od ran jest potrzebna, by uczcić ofiary, o ile można – także z imienia i nazwiska. Rzetelna i zweryfikowana wiedza musi zostać jednolicie opracowana i udostępniona. – Tak aby w końcu przestały funkcjonować w społecznym obiegu liczby nie mające pokrycia w faktach . Tak jak do tej pory powielana informacja o 6 028 000 ofiar okupacji niemieckiej wymyślona przez Bermana – mówi Materski.

Jednak wątpi, by udało się powtórzyć sukces kampanii z czasu II RP, kiedy to na wielką skalę poszukiwano śladów powstańców styczniowych i skrupulatnie odtwarzano w skali lokalnej wiedzę o jego uczestnikach. Udało się ją wtedy ustalić siłami społecznymi, dzięki wielkiej ofiarności ludzi. W akcje zaangażowane były poszczególne gminy, samorządy lokalne, szkoły, parafie i harcerstwo.

Andrzej Przewoźnik sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa twierdzi, że jest jeszcze wiele miejsc pochówku Polaków, o których nie mamy pojęcia. Ostatnie miesiące odkrywają nowe masowe mogiły. Jego zdaniem, wielu historyków za bardzo wierzy dokumentom, które nie zawsze oddają prawdziwą skalę zbrodni. – Weźmy choćby polskie dzieci, które umierały w bydlęcych wagonach jadących na Wschód. Zamarznięte na bryły lodu. Przecież ich nie będzie w żadnej ewidencji – mówi Przewoźnik.

A życia wciąż wystarcza

Oczywiście, wszystko zależy od punktu odniesienia, który próbujemy obecnie ustalić, jednak demografowie twierdzą, że na wyrównywanie strat wojennych ludności trzeba nam było czekać ponad 30 lat. Największą dynamikę przyrostu naturalnego odnotowano w latach 1950- 1955, kiedy to wzrost osiągnął 20 promili. Był to tzw. okres kompensacyjny. Ludzie choć biedni, często bez dachu nad głową, okaleczeni wojną i przetrąceni ogromem nieszczęść, chcieli mieć dzieci, tworzyć rodziny i wspólnoty – po prostu żyć. Z dzisiejszego punktu widzenia, konsumpcyjnie nastawionych młodych ludzi, rodzenie dzieci w tamtych warunkach było szaleństwem. Jednak dla tych, którzy przeżyli wojnę każde nowe życie było cudem.

Przypomina się filozoficzna refleksja z powieści Marii Dąbrowskiej „Noce i dnie”. „Rodzimy się, umieramy, a życia wciąż wystarcza”. To ciągle dziwi, ale taka jest kolej rzeczy. Jednak w miarę postępu cywilizacji i wytwarzanych dóbr coraz bardziej ważna okazuje się jakość naszej egzystencji. Po przyroście kompensacyjnym nastał czas „małej stabilizacji” lat 60. ubiegłego wieku i wtedy przyrost naturalny osiągnął najniższy od czasu wojny poziom 8,9 promila. Potem niewielki wzrost odnotowano za Gierka w latach 70., kiedy w dorosłe życie zaczęły wchodzić roczniki z wyżu demograficznego lat 50.

Ciekawe, że jeszcze odnotowano przyrost urodzin w stanie wojennym, mimo kartek, limitowania masła i butów, gigantycznych kolejek po mięso, kiedy na sklepowych półkach były głownie: herbata i ocet. Tak jakby rodzina w stanach beznadziei znów stawała się dla nas ostoją i najwyższą wartością. Tu warto wspomnieć, że model rodziny wielopokoleniowej runął w Polsce w czasach Gomułkowskich. Zachował się tylko na obszarach wiejskich, które tradycyjnie charakteryzowały się większą dzietnością.

Potem przyrost naturalny w Polsce już tylko spadał. W okresie zaserwowanej Polsce „terapii szokowej” w postaci liberalnych reform Balcerowicza, transformacja ustrojowa odcisnęła negatywne piętno również na demografii. Miały na to wpływ trudne warunki egzystencji, nieznane po wojnie zjawisko bezrobocia i poszerzający się obszar wykluczenia społecznego. Grupa ludzi żyjących poniżej poziomu egzystencji urosła do ponad 5 mln. Raport Komisji Europejskiej, badania GUS i polskich socjologów potwierdzają smutne przodownictwo naszego kraju w statystykach dotyczących ubóstwa dzieci. – Bieda ma w Polsce twarz dziecka: 26 proc. polskich dzieci niedojada –potwierdza prof. Wielisława Warzywoda-Kruszyńska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, która od lat analizuje problem dziecięcego ubóstwa. .Liberalny kierunek transformacji rzutował na późniejszy wiek zawierania małżeństw, upowszechnianie się modelu rodziny 2+1 lub 2+2, a ostatnio rosnącą popularność singli.

Żyjemy w wyścigu szczurów, podczas którego z braku czasu, w obawie przed konkurencja zanikają społeczne więzi. Niektórzy twierdza, że odkąd społeczeństwo umieściło pieniądze na piedestale , przestaliśmy się rozwijać jako ludzkość, pozwoliliśmy sami siebie zamienić w towar. Pracujemy zamiast żyć, bo utrata pracy jest nieszczęściem.- Kiedy ktoś traci pracę, gdy pozbywają się go niczym zużytej rzeczy, traci poczucie własnej wartości – przyznaje bezrobotny Filip, którego zakład splajtował z powodu wejścia w tzw. opcje walutowe. Mówi, że aby tę wartość odbudować musi znowu poczuć się potrzebny. Dlatego tak ważna jest rodzina, by znaleźć w niej oparcie. Dziś klientami biur matrymonialnych wcale nie są podstarzali kawalerowie czy stare panny, tylko młodzi, zapracowani ludzie, którzy z braku czasu nie mogą znaleźć partnerów. Dlatego też młodzi szukają znajomości również za pomocą Internetu.


Na wyrównanie wojennych strat ludnościowych trzeba było czekać ponad 30 lat  |  Fot. Dominik Różański

Demografia na łeb na szyję

– To nieprawda, że w Polsce najgorzej żyje się emerytom, choć takie jest powszechne przekonanie – słyszę od socjologów. – Najtrudniej żyje się rodzinom z małymi dziećmi. To wszystko sprawia, że demografia w Polsce leci na łeb na szyję. Nie ma prostej zastępowalności pokoleń. Przez lata ustrojowej transformacji zafundowaliśmy sobie sytuację, która grozi demograficzną zapaścią, bo Komisji Europejskiej wynika, że za granicą pracy szuka 2,3 mln młodych Polaków do 29 roku życia – lepiej wyedukowanych niż ogół społeczeństwa. Wysoki jest wśród nich odsetek osób z wyższym wykształceniem. Ich dzieci rodzą się już w Anglii, Irlandii, Niemczech a nawet w dalekiej Islandii. Wielu z tych ludzi zakłada tam rodziny, nie planuje wcale powrotu do kraju. Przyrost naturalny tej grupy Polaków poprawia wizerunek demografii państw, w których znajdują dobrze płatną pracę, godne warunki życia i szanse na awans i mieszkanie. Taki stan rzeczy grozi ruiną polskiego systemu emerytalnego i opieki zdrowotnej. Czy tak musi być?

Nie musi. Przykładem kraju, który postawił na przyrost naturalny i od lat rodzi się tam coraz więcej dzieci jest Francja. Baby boom to największy sukces Francji, której przyrost naturalny przez dziesięciolecia był na dużym minusie a import siły roboczej z dawnych kolonii i sąsiedniej Portugalii na porządku dziennym. Sprzyjająca prokreacji mądra polityka społeczna: spore pieniężne dodatki rodzinne, elastyczny czas pracy dla matek z małymi dziećmi, przyzakładowe żłobki i przedszkola – to wszystko stwarza rodzinie przyjazne otoczenie .

Od naszych wyborów i priorytetów zależy czy pójdziemy drogą Francji, czy Rosji, której ludność do 2050 roku – jak obliczyli eksperci z ONZ – może się skurczyć o ponad 30 milionów.

Za przemiany ustrojowe zapłaciliśmy w Polsce słoną cenę. W ciągu ostatnich dwudziestu lat liczba rodzących się u nas dzieci spadła o połowę i nadal maleje. Demografowie twierdzą, że liczba ludności w Polsce do 2020 roku zmniejszy się o milion a w następnej dekadzie o kolejne półtora miliona. Potrzebne będą ręce do pracy. Ratunkiem będą imigranci, lecz wtedy struktura ludności zmieni się ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Alicja Dołowska

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2009.

Dodaj komentarz