Home / Opinie | Felietony / Kłopoty z polityką

Kłopoty z polityką

Słowo Wrocławian logoŻyjemy polityką, tą pokazywaną w telewizji, opisywaną w gazetach na bieżąco, prezentowaną na portalach internetowych, wreszcie analizowaną w czasie rodzinnych spotkań i dyskusji. Często wygląda to dziwacznie, kiedy obywatele nie interesują się sprawami najbliższymi, które najbardziej powinny ich interesować jako mieszkańców gminy czy nawet dzielnicy bądź osiedla, lecz, idąc za wieszczem, treścią ich życia staje się pytanie, czy „chińczyki trzymają się mocno”. Oczywiście ostre pójście w drugą stronę i twierdzenie „niech na całym świecie wojna byle polska wieś spokojna”, byłoby dla naszej świadomości równie zabójcze. Życie społeczne w obecnej rzeczywistości faktycznie mocno się zglobalizowało i ani gospodarki, ani idei nie da się zamknąć w ramach autarkii. Trzeba więc znaleźć złoty środek zarówno dla nas, zwykłych zjadaczy chleba, którzy chcą wiedzieć, co naprawdę ważnego się na świecie dzieje, jak i dla tych samych „nas”, którzy, będąc obywatelami, chcą realnie uczestniczyć w świadomym decydowaniu o dobru wspólnym, a nie tylko zostać ograniczonymi do konsumentów plotkarsko-emocjonalnych enuncjacji na temat tego, co politycy robią, z kim rozmawiają i od kogo biorą łapówki.

Tytułowe „kłopoty” zaczynają się wszakże na jeszcze wyższym poziomie. Samo pojęcie „polityki” może być w dialogu kilku osób bardzo różnie rozumiane, stąd też inne będą ich punkty wyjścia i wnioski. Zasadniczo, słowo to pochodzi z języka greckiego od polis i może oznaczać miasto lub państwo, co u starożytnych Greków wychodziło na to samo. W swej istocie termin ten odnosił się do budowania miasta, a w praktyce oznaczał sposób funkcjonowania zarówno całego społeczeństwa, jak i miejsca jednostki w zbiorowości. Pewien fundament pod rozumienie polityki położył Arystoteles, który określił ją jako roztropną troskę o dobro wspólne. Nieco inaczej rzecz przedstawiała się u Platona, który całą rzeczywistość społeczną skłonny był określić, opisać i uczynić przedmiotem realizacji ze strony elity, która wie, co i kto ma robić i właściwie nie było miejsca na namysł ze strony ogółu. Obraz ten swoją drogą, mniej lub bardziej zniekształcony ciągnie się przez historię społeczeństw europejskich, ścierając się z koncepcją obywatelską, w której owa troska winna być jak najszerzej rozumiana i chyba odniesiona wprost do Biblii, w której powiedziano „czyńcie sobie ziemię poddaną”, bez szczegółowego precyzowania, co owo czynienie oznacza i siłą rzeczy można rozumieć, że dotyczy również spraw społecznych.

Dziś pojawiły się zupełnie nowe znaczenia słowa „polityka” i jej definicje. Według jednych polityką będzie sztuka poszukiwania kompromisu miedzy grupami o sprzecznych interesach, a według innych to umiejętność oparta zresztą o teorię zdobycia i utrzymania władzy. Z czasem polityka w sensie symbolicznym „pożarła” wiele aspektów ludzkiej działalności oraz aktywności. I tak, mamy politykę społeczną, ekonomiczną, gospodarczą, historyczną, proekologiczną, personalną i jaką tylko komu do głowy przyjdzie, na polityce przy kawie kończąc. Słowo to w obecnym czasie coraz wyraźniej staje się wytrychem, którym różni ludzie określają najróżniejsze rzeczy, przy okazji czyniąc swe enuncjacje mało zrozumiałymi dla słuchających, a często również dla samych siebie. Tymczasem wydaje się, że, aby rozpocząć dyskusję nad naszą społeczną kondycją, trzeba by zacząć od rzeczy najpierwotniejszej, czyli zastanowić się, co jest dobrem wspólnym dla naszego nowożytnego zindustrializowanego polis i starać się zacząć zamysł nad tym, jak i co robić, od rzeczy najprostszych, ale zarazem racjonalnych. Najpierw więc trzeba politykę odpolitycznić.

Najlepszą podstawą do analizy tego, czym jest polityka, są wybory samorządowe. Te, które, jak się wydaje, winny być najmniej upartyjnione. Jak wmawia się mieszkańcom, są one najbliżej najłatwiej definiowalnych interesów wspólnoty lokalnej. Dlaczego więc w poszczególnych miastach są one zwykłym przedłużeniem wyborów parlamentarnych? Szczególnie duże miasta stają się tu polem bitwy największych graczy i gdyby nawet jakaś grupa samorządowców „niepodczepiona” pod ogólnopolską strukturę próbowała coś tu zrobić, nie ma żadnych szans – jak to się dosadnie określa, zostałaby zmiażdżona medialnie. Najpopularniejsze, ogólnopolskie środki masowego przekazu w zasadzie w okresie kampanii mówią w większości o ogólnopolskich partiach politycznych, jedne chwaląc, drugie krytykując, ale nie pozostaje na ich przysłowiowych antenach za wiele czasu na inną prezentację samorządności.

Jedną z najważniejszych przesłanek do dyskusji i polemik są sondaże, którym podporządkowuje się wszelkie działania. Na miano największych mężów opatrznościowych zaliczani są ci, którzy umieją na nie wpływać i poprzez swoje zachowania utrzymywać swą popularność. Przysłowiem staje się powiedzenie „niech mówią źle albo dobrze, byle nazwiska nie przekręcali.” Na tej bazie powstał zupełnie nowy zawód tzw. spin doctora, człowieka, który dba o wizerunek i popularność danego polityka.

Równie intrygująca dla omawianego zagadnienia jest rola politologa, najczęściej absolwenta studiów politologicznych, kogoś, kto zawodowo zajmuje się komentowaniem i ocenianiem tego, co politycy czy ruchy polityczne powinny, a czego nie powinny. Analizy politologiczne zajmują ogromną część przestrzeni w mediach masowych i zwykłemu obywatelowi niezwykle trudno jest odróżnić rzeczywistą merytoryczną analizę od czegoś, co można by określić mianem „mowy – trawy”.

W mainstreamie niewiele zostaje miejsca na rzeczywisty spór o kształt państwa, tworzenie projektów społecznych, czy wizje geopolityczne. Brak jest również poważnego namysłu nad ustrojem terytorialnym kraju, rzeczywistej analizy rozdziału środków pomiędzy Polskę lokalną, a jej organa centralne, to co powinno zostać podzielone między mieszkańców poszczególnych województw, miast i gmin. Odbiorcy polityki sprowadzeni do roli medialnych obserwatorów i ludzi, których prosi się o to, by co jakiś czas opowiedzieli się za taką, a nie inną grupą, skutecznie pozbawiani są podmiotowości i możliwości spojrzenia na te sprawy bardziej merytorycznie. Owszem, istnieją think tanki, portale internetowe, a nawet pisma idei czy też kluby dyskusji obywatelskiej, które w sposób odważny stawiają ważne kwestie polityczne, lecz grono ich odbiorców jest stosunkowo niewielkie i nie ma się czemu dziwić, gdyż często używają one w swych analizach języka naukowego czy wręcz ezoterycznego, zrozumiałego dla stosunkowo niewielkiej liczby odbiorców. Nie znaczy to jednak, że należy nad tą rzeczywistością spuścić zasłonę milczenia, czy też, jak chcieliby niektórzy, zamknąć wieko trumny. Wydaje się, że pewnym wyjściem z tego dosyć obłędnego położenia byłoby w obecnej sytuacji wypełnienie przestrzeni pomiędzy obywatelem a państwem jak największą liczbą społecznego zorganizowania się. Nie zawsze organizacje takie będą mile widziane przez włodarzy miast czy województw, nie zawsze będą się podobać partii władzy, a może i opozycji. Winny one wciskać się zarówno w sferę tego, co najbliższe: w kwestie zagospodarowania osiedla, funkcjonowania najbliższej szkoły, która może być ważnym miejscem uaktywniania się mieszkańców, monitorowania poczynań samorządów, które muszą zdawać sobie sprawę z tego, że obywatel śledzi te czy inne działania i decyzje. W naszym mieście szczególna rola w tej dziedzinie może przypaść Radom Osiedli, które, jeśli zechcą, mogą stać się ważnym łącznikiem pomiędzy samorządem miejskim a lokalnymi środowiskami.

Wszystkie te grupy mogą się wzajemnie informować o pewnych kwestiach poprzez lokalne strony internetowe, gazetki, czy tworzone fora spotkaniowe. Nie muszą się przy tym ze sobą zgadzać, bowiem to w poszukiwaniu prawdy pośród różnorodności może tkwić część odpowiedzi na pytanie: jak? W sferze lokalnej aktywności może też znaleźć się miejsce na myśl o szerszym znaczeniu, skoro zacznie się porządkować własne podwórko można spoglądać szerzej na Polskę. W pewnej fazie aktywności tego typu, nawet niesformalizowane ruchy mogą stać się czynnikiem społecznie liczącym się, swego rodzaju niepartyjnym lobbingiem na partyjne struktury władz politycznych. Jest tylko jedno „ale”. Trzeba by taką aktywność w jakiś sposób pobudzić, uświadomić ludziom, że trwanie w bierności nie przyczynia się do budowania społeczeństwa obywatelskiego, czy, jak kto woli, zorganizowanego narodu, ale jest to chyba najlepszy sposób, by „zagłodzić politykę” i odbudować postawę rzeczywistej troski o dobro wspólne, które przecież ciągle daje się określić bez konieczności odwoływania się do politycznych autorytetów.

Piotr Sutowicz

Artykuł ukazał się w październikowym numerze miesięcznika „Słowo Wrocławian”

mm