Home / Opinie | Felietony / Kryzys prawdy – kryzys polskości

Kryzys prawdy – kryzys polskości

Praprzyczyną głębokiego podziału wśród Polaków jest wielowymiarowy kryzys człowieczeństwa, który objawił się w publicznym zakwestionowaniu istnienia prawdy

Młodzi, wykształceni, z dużych miast. Co się stało, że te trzy cechy, na pozór neutralne lub wręcz o zabarwieniu pozytywnym, stały się pejoratywnym określeniem używanym dla opisania jednej ze stron współczesnego polskiego sporu? Jak łatwo się domyślić, nie są oni zaprzeczeniem praw fizyki i logiki. Nie wzięli się z niczego. Gdzie szukać źródeł, okoliczności kształtujących polskiego leminga?

Truizmem jest stwierdzenie, że większość Polaków pochodzi ze wsi i z małych miasteczek. W naszych dziejach dopiero w XIX w. wraz z rewolucją przemysłową, która objęła także ziemie polskie, mimo wyraźnego zróżnicowania w obrębie trzech zaborów nastąpił dynamiczny rozwój miast.

W czasach Pierwszej Rzeczypospolitej znaczna część mieszczaństwa miała niepolskie (niemieckie, czeskie, żydowskie) korzenie. Naród (czyli szlachta) mieszkał na wsi. Podobnie jak naród rozumiany według dzisiejszych kryteriów, czyli lud. Podsumowując ten wstępny wywód, należy stwierdzić, że w odróżnieniu od społeczeństw Europy Zachodniej struktura społeczna na ziemiach polskich aż do pierwszej połowy XIX w. była bardzo wyraźnie przechylona w stronę wsi, w której bezpieczny dach nad głową (wsi spokojna, wsi wesoła!) znajdowała przytłaczająca większość Polaków.

Krótka historia polskich miast

Zdecydowana większość polskich rodzin żyjących w miastach przebywa w nich najdalej od połowy XX w., nadal zachowując częste kontakty z terenami wiejskimi, gdzie wciąż mają krewnych, nie wspominając o licznych grobach bliskich i przodków. Wystarczy obserwować ruch na drogach wylotowych z Warszawy i to nie tylko podczas listopadowych świąt: Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Zjawisko masowej mikromigracji na trasie miasto–wieś–miasto jest na stałe wpisane w pejzaż dwóch ostatnich dni każdego niemal tygodnia.

Większość osób, które znalazły pracę w fabrykach powstających w XIX w., pochodziła ze wsi. Podobny proces powtórzył się w związku z powstaniem Centralnego Okręgu Przemysłowego w latach 30. XX w., kiedy przemysł wręcz został zbudowany „od zera” w terenach dotychczas wiejskich. Analogicznie działo się w związku z industrializacją w dobie wczesnego PRL i ponownie, wraz z nadejściem epoki tow. I sekretarza Edwarda Gierka. Trzeba przywołać ten fakt przyspieszonego wzrostu liczby mieszkańców miast, przepływu ludności z biednych terenów wiejskich do rozwijających się, perspektywicznych aglomeracji, aby móc dotknąć fenomenu współczesnych lemingów, czyli młodych, wykształconych, z dużych miast (którzy kierując się stadnym instynktem, identyfikują się, popierają dzisiaj Platformę Obywatelską, uważając ją za emanację postępu, nowoczesności, nie-obciachu).

O kogo chodzi?

Są młodzi, więc muszą pracować i się dorabiać, bo rówieśnicza konkurencja nie śpi. Starają się być samodzielni, często pokonując jednocześnie barierę materialną i duchową – opuścili rodzinne domy w mniejszych ośrodkach i zasiedlili blokowiska – sypialnie naszych pączkujących metropolii. Poświęcają większość czasu na pracę, więc mimowolnie skazują się na rolę bezrefleksyjnych przeżuwaczy medialnych mądrości, zafiksowanych na kilka mainstreamowych źródeł informacji (dez-informacji?) z tzw. głównego nurtu, który interesownie przykleił się do aktualnej władzy. Część z nich robi kariery w wielkich korporacjach albo w mniejszych firmach, inni, odważniejsi, zakładają własne przedsiębiorstwa i tworzą miejsca pracy. Wreszcie kolejna część pracuje na państwowym, w rozdętej do monstrualnych rozmiarów biurokracji.

Zdobyli dyplomy wyższych uczelni (nierzadko na paru kierunkach) przekonani, że wykształcenie, niejednokrotnie zdobyte przez nich na płatnych studiach, z towarzyszeniem wielu wyrzeczeń materialnych i koniecznością łączenia nauki z ciężką, niepewną pracą zarobkową, jest pełnowartościowe. Nie dopuszczają myśli o niskiej jakości dodanej dyplomu dzisiejszych polskich uczelni, snujących się w ogonie światowej nauki. Są pewni, że dysponują wyniesioną ze świata akademickiego podstawą do sprawnego zarządzania informacją, która w dzisiejszych, medialnych czasach jest najbardziej pożądanym towarem. Dopóki nie zetkną się z zagrożeniem utraty pracy, np. kosztem słabiej wykształconego, ale mającego układy konkurenta, ich obraz świata jest prosty, oparty na przeświadczeniu o własnej wartości, któremu nierzadko towarzyszy poczucie wyższości nad starymi, bez studiów, ze wsi lub z małych miasteczek, gdzie gołym okiem widać schyłek.

Mieszkają w dużych miastach, mają rozmaite kontakty międzyludzkie i są przekonani, że te pomagają im w rozwoju umysłowym i osobowości. Tymczasem, rosnąca liczba znajomych na Facebooku (czy w innych szufladach wirtualnego świata) nijak ma się do realnego wyobcowania na co dzień, pustki i alienacji współczesnego, „miejskiego” człowieka, oderwanego od korzeni i tradycyjnych wartości. Tymczasem powierzchowne, produkcyjne wykształcenie skutkuje ignorancją. Nie chodzi nawet o to, że leming nie wie, co się wokół niego dzieje, ale przede wszystkim o to, że leming tego nie chce wiedzieć i nie próbuje się dowiedzieć. Że polskie finanse publiczne są na skraju katastrofy. Że zielona wyspa to tylko czcza narracja. Że Polacy, którzy wyjechali za chlebem za granicę, nie mają dokąd wracać. Jeśli jednak lemingowi w otaczającej go rzeczywistości coś zaczyna nie pasować (Tusk obiecywał obniżenie podatków, a je podwyższył) to reaguje na zasadzie infantylnej, przez pusty chichot, szyderstwo, w skrajnych warunkach posunięte do wulgarnej napaści na naruszających błogostan. Poza tym wykształcony leming jest ze swojej głupoty i z niewiedzy bardzo dumny i chętnie podkreśla te cechy publicznie. Leming krytykuje książki, których nigdy nie przeczytał, ale jednocześnie z dumą przyznaje się, że ich nie przeczytał i przeczytać nie zamierza.

Dorośli niedojrzali

Społeczeństwa Europy Zachodniej mają ugruntowane, ukształtowane przez wieki struktury. Poszczególne grupy społeczne głosują na swoich reprezentantów w demokratycznych wyborach, a ich głosy albo mają swoje źródło w pochodzeniu, miejscu zajmowanym w społecznej strukturze, albo w przyjętej, nieraz sprzecznej z osobistą pozycją, wyznawanej ideologii, która w przypadku lemingów objawia się fałszywym, budowanym na wyrost i „na kredyt” przekonaniem o własnej przynależności do elity. Nieraz też są efektem skutecznych zabiegów wizerunkowych sztabów tych czy innych polityków. Zasadniczy problem (i dramat) lemingów jako grupy aspirującej, czyli permanentnie zawieszonej w drodze z jednej do innej warstwy społecznej, polega na tym, że obdarzyli bezwarunkową miłością i zaufaniem rządzących dzisiaj w Polsce polityków, którzy nie mają tej grupie nic szczególnego do zaoferowania, poza mirażem odsuniętej w przyszłość kooptacji do „elity”. Zaliczyć ich można do coraz liczniejszego grona dużych dzieci, dorosłych niedojrzałych, którzy jak małolaty dają się nabrać, uwieść pi-arem, wizerunkowym szwindlem, bajkową narracją.

Mimo upływających kolejnych lat z obecnym układem u steru władzy zawiedzionym „kochankom” panującej władzy nie jest łatwo ocknąć się z letargu, przetrzeć oczy i stwierdzić „nagość” króla, którego dotąd widziało się w uwodzącej blichtrem szacie nowoczesności. Trudno bowiem lemingowi dopuścić do siebie myśl, że jako człowiek młody, wykształcony, z dużego miasta, dał się nabrać na prosty, socjotechniczny chwyt i był przez kilka ładnych lat bezwolnym trybikiem w systemie podtrzymania fatalnej dla kraju, ale przede wszystkim dla siebie samego, władzy. Iluzję perspektywy kariery i awansu społecznego przysłaniają lemingowi coraz częściej wiadomości o tym, że owszem, szanse na awans i karierę są, ale przed tymi, którzy należą do partyjnej familii. Pozostałych częściej spotyka problem niezapłaconych przez zamawiającego faktur, zator w płatnościach do ZUS i US, groźba wizyty komornika albo, w przypadku pracownika najemnego, zagrożenie redukcją zatrudnienia w firmie i towarzyszący jej strach o własną posadę.


Lemingi, jak świadkowie Jehowy, operują podrzuconymi przez media kalkami myślowymi
Fot. Archiwum

Ale nic to. Wszystko, co złe, kojarzy się lemingowi z Kaczyńskim (dopóki żyli obaj, to z dwoma, wszak trudnymi do rozróżnienia z racji bliźniactwa), bez względu na to, że od pięciu lat, najdłużej spośród premierów Trzeciej RP, rządzi Donald Tusk. Nienawiść jest także najważniejszą potrzebą polskiego leminga. Normalni ludzie nie potrzebują nienawiści, żeby egzystować. Ludzie zrównoważeni, aby żyć, potrzebują jedzenia, picia, poczucia bezpieczeństwa uzyskiwanego w relacjach rodzinnych. Natomiast u leminga potrzeba nienawiści zastępuje wszystkie podstawowe potrzeby. Leming polski zaakceptuje głód i każde upokorzenie ze strony władzy, dopóki będzie miał kogo nienawidzić. Władza zaś hoduje lemingi, wskazując im obiekty do nienawidzenia. „Ponadto leming polski nienawidzi wszystkich, którzy przypominają mu o tym, że jest lemingiem, czyli wszystkich aktywnych obywateli, a także tych, którzy chcą jego własnego dobra” – zaznacza jeden z anonimowych uczestników dyskusji o tym zjawisku, przetaczających się od kilku ładnych lat po polskim internecie.

Aby przebić się do hermetycznego świata leminga, trzeba pozorować przynależność do tego samego stada. Lemingi, jak świadkowie Jehowy, operują schematami myślowymi, wyuczonymi zaklęciami, które separują ich od myślącej, porównującej wyobrażenia z rzeczywistością i dokonującej codziennej weryfikacji reszty. Ratunkiem jest prawda. Prawda przemawia nawet do zatwardziałych serc. Widać już pierwsze oznaki zwycięstwa nad kłamstwem, ubranym w szaty piaru i medialnych przekazów dnia. Rzeczywistość coraz bardziej skrzeczy. Nawet w tak groteskowej formie, jak w przypadku zalanego wodą Stadionu Narodowego, który ma dach po to, by go nie było widać. Tego nawet lemingi nie mogą pojąć.

Łukasz Kudlicki

Dodaj komentarz