Fot. Couleur / źródło: pixabay.com

Krzyż. Między symboliką a polityką

Znak naszej, czy w każdym razie mojej wiary. Od ponad 1000 lat w Europie, w tym w Polsce jego obecność oznaczała kilka rzeczy. Był symbolem przynależności człowieka go noszącego, ziemi, na której stoi i miejsca, w którym wisi, do religii chrześcijańskiej, a tym samym pewnego kręgu cywilizacyjnego. Symbolika krzyża to coś więcej niż tylko wyraz przekonania, że nasz Pan, Jezus Chrystus, umarł za nas właśnie w taki, a nie inny sposób. Nie jestem teologiem, ale dla mnie jest jasne, że skoro dla Niego nie było wstydem umrzeć za mnie, ogołoconym z wszystkiego w taki właśnie okropny sposób, to i mi nie wypada wstydzić się tego symbolu. To jest jakby oczywiste.

Znak krzyża jest jednak jeszcze czymś więcej. Nie bez kozery umieszczano go w różnych miejscach i okolicznościach. Nie tylko w kościołach, kaplicach czy klasztorach, ale również w tzw. przestrzeni publicznej. Bywał i niekiedy nadal jest obecny w niektórych symbolach państwowych, nawet w krajach, gdzie większość społeczeństwa zapomniała o Bogu. W Polsce jest stałym elementem krajobrazu, przy drogach, gospodarstwach, kojarzony najczęściej z obszarami słabiej zurbanizowanymi, choć i w miastach jego widok nie dziwi. Mało tego, stoi w miejscach, które są dla naszego narodowego określenia się symboliczne, jak ten na Giewoncie, czy też te trzy w Gdańsku. Każdy region ma swój ważny dla siebie krzyż postawiony na świadectwo czegoś ważnego. Wisi też w Sejmie, choć samo powieszenie tam wizerunku odbyło się w okolicznościach dziwacznych – nocą, przez grupkę posłów. Najważniejsze jest chyba jednak to, że od tamtej pory nikt nie odważył go się stamtąd usunąć. Pamiętam, jak kiedyś walczono o jego obecność w szkołach czy zakładach pracy. O obecności krzyża śpiewano i nadal śpiewa się pieśni. Był i jest przedmiotem opisywanym w literaturze, którą tworzyli nie tylko ludzie wierzący. Obecność krzyża zobowiązywała, stąd na niego przysięgano. Czy zawsze wiązało się to z czystością intencji przysięgającego, to inna sprawa. W końcu grzeszny człowiek miewa skłonności do przeinaczania prawdy na swoją korzyść.

Fot. PublicCo / źródło: pixabay.com

Z obecnością krzyża najpierw w sferze publicznej, a następnie i prywatnej, walczyli wrogowie Pana Boga. Oni wiedzieli, o co im chodzi. Metody walki były różne: brutalne, jak walenie obuchem w głowę, ale i takie, które moglibyśmy określić mianem subtelnych, często zresztą obie się uzupełniały, zgodnie z zasadą kija i marchewki. Świat współczesny czy, powiedzmy szerzej, nowoczesny pełen jest świadectw walki z krzyżem. Najogólniej mówiąc, jego obecność była uważana bądź jako wyraz ciemnoty, albo miała rzekomo obrażać uczucia religijne niewierzących czy też wierzących w coś innego niż Pan Bóg. Nie był przy tym istotny fakt znajdowania się kogoś takiego lub nie w tzw. „najbliższej okolicy”. Najczęściej linie podziału w kwestii zwalczania symboli religijnych, w tym krzyża, były proste: z jednej strony wojujący bezbożnicy, z drugiej albo ludzie religijni, albo przywiązani do wartości, niekoniecznie podzielający z tymi pierwszymi wiarę. Wygląda na to, że w ostatnim czasie ten prosty podział uległ co najmniej zachwianiu do tego stopnia, że często nie wiadomo, kto jest po której jego stronie.

Bawarski spór

Dosyć ciekawym przykładem czegoś takiego jest wiosenna niemiecka wojna o krzyż, której strony ustawiły się na dziwnych pozycjach. Najkrócej rzecz opisując, sprawa wygląda następująco: rząd Bawarii na czele z Markusem Söderem, nota bene ewangelikiem, zaordynował, by w urzędach landu od czerwca mogły zawisnąć krzyże. Nie dotyczy to, co jest oczywistym, obiektów podległych rządowi federalnemu. W tym landzie obecność krzyża nie jest aż tak abstrakcyjna jak w niektórych co bardziej laickich częściach UE czy nawet samych Niemiec. W końcu np. symbol ten jest obecny choćby w tamtejszych szkołach, co też od czasu do czasu było przedmiotem walki politycznej. Władze landu nie odwołały się tu wprost do wiary religijnej, lecz do „tożsamości i dziedzictwa kulturowego”. Niemniej decyzja powyższa wywołała burzę, wprowadzając do publicznej dyskusji ciekawe elementy.

Oto pierwszym słyszanym publicznie głosem sprzeciwu wobec decyzji Södera była wypowiedź arcybiskupa Monachium, Reincharda Marxa, który nie tyle miał się sprzeciwić wieszaniu krzyży jako takiemu, lecz rzekomemu upolitycznieniu tego symbolu. O ile rzeczywiście coś na rzeczy w intencjach rządu być mogło, biorąc pod uwagę tzw. przepływy elektoratu na prawo, o tyle głos tak a nie inaczej skierowany zaczął żyć własnym życiem i kardynał, czy tego chciał, czy nie, znalazł się w samym centrum burzy, którą sam wywołał.

„Kto traktuje krzyż jedynie jako symbol kultury ten krzyża nie zrozumiał”

W swoim negatywnym dla decyzji rządu komentarzu arcybiskup Marx odbiera prawo do użycia krzyża jako symbolu kulturowego, ograniczając go tym samym jedynie do sfery wiary. Patrząc na niemieckie, także i bawarskie życie polityczne, można by pomyśleć, że wypowiadając się w ten a nie inny sposób, kardynał chciał wyrazić niezgodę na to, by z krzyża czyniono element walki politycznej. Wiadomo, że rządząca Niemcami koalicja CDU/CSU, odwołująca się jakoś tam do swej niegdysiejszej chadeckości, po ostatnich wyborach jest nieco poturbowana, między innymi przez ugrupowania radykalne, odwołujące się do kulturowej tożsamości Niemiec. Elektorat choćby AfD na pewno przychylnym okiem patrzy na tego typu działanie. I faktycznie nie chodzi tu wcale o to, że jest on religijny, lecz odrzucając lewicową propozycję dekonstrukcji, skłonny jest z otwartością przyjmować to, co kojarzy się z tradycją, tożsamością i czymś w rodzaju patriotyzmu. Nie miejsce tu na głębszą analizę, czym postawa taka u Niemców jest i kiedy może przybrać niebezpieczne dla otoczenia formy. Naród ten i jego tożsamość jest w kryzysie, chrześcijaństwo mogłoby odegrać znaczącą rolę w jej odbudowie, lecz rząd jakiegokolwiek landu ani nawet gabinet Angeli Merkel nie są instytucjami mającymi na celu nawracanie ludzi, chociaż na pewno, jak wszystkie dobre rządy, nie powinny kierować się przeciwko wierze. Wieszanie krzyża, który jednemu kojarzyć się będzie z Bogiem, a drugiemu z wartościami chrześcijańskimi, które mogą być budulcem ładu społecznego, można chyba odczytać jako fakt pozytywny. I nie jest istotne to, jakie zrozumienie dla głębi teologicznej tego symbolu ma ten, kto go powiesił, chyba że z góry uznamy, iż miał on złą wolę tak jak ci, którzy biblijną dewizę „Gott mit uns” nacechowali tak złowrogo, że większość Polaków na sam dźwięk powyższych słów dostaje gęsiej skórki.

Być może nam w Polsce trudno rozeznać się w meandrach niemieckiego rozumowania, nie tylko tego dzisiejszego, ale w ogóle. W historii wiele nas różniło, także pojmowanie religii. Tym bardziej więc głos Kardynała Marxa brzmi nam jakoś dziwnie. Politycznie wygląda to tak: świecki rząd chce publicznej obecności krzyża w miejscach publicznych, a metropolita Monachium w zasadzie wolałby, by tam nie wisiał. W tym kontekście jako głos rozsądku należy przytoczyć głośną wypowiedź Nuncjusza Apostolskiego w Austrii, abpa Petera Stephana Zurbriggena, który nie wchodząc w szczegóły, sprawę podsumował prosto: „Jako przedstawiciel Papieża jestem zasmucony i zawstydzony tym, że kiedy w sąsiednim państwie wznoszone są krzyże, krytykują to akurat biskupi i księża. To wstyd!”.

Instynkt samozachowawczy

Idąc tym tropem, warto odsunąć nieco na bok polityczne i ściśle teologiczne wątki bawarskiego konfliktu wokół krzyża i spojrzeć najbardziej chłodnym okiem. W naddunajskim landzie w sposób oczywisty zaprzeczono politycznej poprawności dominującej dotąd w całym dyskursie publicznym Niemiec i Zachodniej Europy. Oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni. Nie wiadomo, jak potoczą się losy cywilizacji łacińskiej w Zachodniej Europie. Natomiast jest rzeczą oczywistą, że nawet w sferze symboli nie może istnieć pustka.

Jeżeli usuniemy krzyże, to w ich miejsce powieszone zostaną inne symbole, które szybko zajmą stosowne miejsce w mentalności społeczeństw. U nas, w czasach tzw. minionego systemu, kiedy symbole te przymusowo należało ściągnąć, ściany w klasach szkolnych czy urzędach wcale nie były puste.

Zresztą dziś jest dokładnie tak samo. Brak krzyża nie oznacza braku czegokolwiek. Wbrew wszystkim głosicielom tzw. neutralności światopoglądowej coś takiego nie istnieje, tak jak nie istnieje neutralność płciowa czy jakakolwiek inna. Wszystko na świecie jest jakieś. Termin „neutralność” używany jest jedynie przez tych, którym obowiązujący, najczęściej chrześcijański, światopogląd po prostu nie odpowiada i chcieliby go zmienić. Znaki i symbole są bardzo ważną formą wyrazu nie tylko dla pojedynczych ludzi, ale i całych społeczeństw. Bawarczycy wieszając krzyże, chcą zadeklarować przynależność kulturową, a rolą Kościoła jest pomóc im odnaleźć Boga, zresztą dokładnie tak samo jak w każdym innym miejscu świata.

Piotr Sutowicz

/wj

Zobacz także w e-civitas:

Cisza – kontemplacyjna droga do Boga

Zakon kartuzów to miejsce bardzo specyficzne. Obowiązujące tam zasady są surowe: milczenie, modlitwa, post, praca …