Home / Opinie | Felietony / Ks. Jan Twardowski w Instytucie Wydawniczym PAX

Ks. Jan Twardowski w Instytucie Wydawniczym PAX

Nagroda Pióra Fredry dla Dwu osiołków.

Instytut Wydawniczy PAX – by użyć tego potocznego frazeologizmu – miał szczęście do znakomitych autorów, co najlepiej zobrazowały choćby ubiegłoroczne uroczystości półwiecza śmierci wielkiej pisarki, jednej z  najważniejszych autorek Instytutu, Zofii Kossak-Szczuckiej, obchodzone przez środowisko Civitas Christiana. Chociaż można byłoby – niejako dla równowagi – dodać, że wybitni autorzy mieli też szczęście do t a k i e j Oficyny!

Pamiętam, jak podczas spotkań z prof. Konradem Górskim, „ostatnim, co tak poloneza – naszej filologii – wodził”, uczonym jeszcze z Uniwersytetu Stefana Batorego z Wilna, a po wojnie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, mojej umiłowanej Alma Mater, rozmawialiśmy o niełatwych decyzjach wydawniczych autorów żyjących w systemie totalitarnym, profesor zawsze powracał do Instytutu Wydawniczego PAX, podkreślając, że pierwszą pozycją tej Oficyny było Pismo Święte Nowego Testamentu w przekładzie ks. Eugeniusza Dąbrowskiego.

W  ciągu mojej współpracy z  Instytutem miałem zaszczyt przygotować do druku niemało edycji autorów zarówno z kręgu naszej klasyki, jak i na wskroś współczesnych. Wymienię tylko ks. Karola Antoniewicza, autora nieśmiertelnych naszych pieśni kościelnych – W  krzyżu cierpienie, w  krzyżu zbawienie, Chwalcie łąki umajone, Biedny, kto Ciebie nie zna od powicia, O Maryjo, przyjm w ofierze, Nie opuszczaj nas. Zbiór Drogą krzyża (2000 r.) był pierwszym po stu latach(!) wydaniem tych poezji. Z  wielką radością też towarzyszyłem publikacjom księdza-poety Jana Twardowskiego, z którym byłem związany przez ponad dwadzieścia lat.

Książka „ABC księdza Twardowskiego” jest dostępna w najnowszej ofercie IW PAX

Kiedyś rozmawialiśmy z  panią Amelią Szafrańską, redaktor naczelną Instytutu, o  potrzebie wznowienia O  naśladowaniu Chrystusa (pierwsze wydanie 1980 r.) w  przekładzie Anny Kamieńskiej i  z  przedmową ks. Jana Twardowskiego. Każda – wówczas – edycja tej najpopularniejszej po Biblii książeczki znikała zanim czytelnicy zdołali się zorientować, że znów jest dostępna.

Do tego świetnego przekładu wielokrotnie powracaliśmy w czasie spotkań z  księdzem-poetą, czego ślad pozostał w  książce Ludzie, których spotkałem. Waldemara Smaszcza rozmowy z  ks. Janem Twardowskim:

„Anna – mówił kapłan – otrzymała tę propozycję z  Instytutu Wydawniczego PAX, gdzie ukazywały się jej książki. Wiedziała, że była to także moja ulubiona lektura. Z entuzjazmem przyjąłem wiadomość, że podjęła się nowego, współczesnego przekładu tej bardzo starej, tyle razy tłumaczonej na polski, książki. Miałem unikalny obrazek św. Tomasza, dałem go Annie. Poprosiła mnie o  napisanie przedmowy. Mój udział był skromny, ale cieszę się, że uczestniczyłem w tym przedsięwzięciu, utrwalającym jedną z najgłębszych przyjaźni w moim życiu.”

Dodam, że już po śmierci Anny Kamieńskiej, ks. Twardowski napisał także wstęp do wznowienia jej książki dla młodych czytelników Dom w domu.

***

Przy sposobności rozmów o  wznowieniu Naśladowania Chrystusa, a  później po niebywałym sukcesie zbiorku ks. Twardowskiego Blisko Jezusa (niemal każdego roku kolejny nakład!), wydanego w  serii „Z  listkiem”, pani Amelia zwierzyła się, że od lat zabiega o  książkę ks. Twardowskiego dla dzieci. Dostojny Autor wyraził zgodę, ale ze względu na nieustanne zajęcia i  kłopoty zdrowotne jakoś nie widać było perspektyw na sfinalizowanie pomysłu.

Odwiedzałem ks. Twardowskiego przynajmniej raz w tygodniu, a nawet częściej. Ponadto wiedziałem o czymś, co było jego „tajemnicą”. Niebywała popularność po prostu go przerosła. Był księdzem i – jak żartował – gdyby poeta przesłonił kapłana, „poszedłbym do piekła”. Nie potrafił jednak nie pisać wierszy, bo to także był rodzaj jego duszpasterstwa. „Mają swoje posłannictwo – mówił – torują na swój sposób drogę Łasce, próbują trafić do tych, do których nie trafia na razie katecheza.” Ostatecznie podzielił swój czas na długie miesiące pracy kapłańskiej i znacznie krótsze – bo trwające miesiąc lub nieco więcej – wakacje, urlop, poświęcany twórczości. Kilka tygodni to nie było wiele, ale był to czas przeznaczony wyłącznie na pisanie wierszy…

Lata płynęły i Ksiądz coraz częściej chorował. Przeszedł nawet zawał, ale częściej były to po prostu słabsze dni; mogłem się z nim spotykać siedząc na tak dobrze mi znanym wiejskim stołku przy łóżku. Zaproponowałem, że kilka – może więcej niż kilka – naszych spotkań poświęcimy spisaniu książki dla dzieci. Mieliśmy za sobą pewien – powiedzmy – precedens. Nie tak dawno podczas wizyty zastałem Księdza dość zdenerwowanego. Kiedy wszedłem, niemal zawołał: – Dobrze, że jesteś. Za dwie godziny będzie tu telewizja z  programem Ziarno i  poproszono mnie o  wiersz na Niedzielę Palmową dla dzieci. A  ja teraz – był marzec – wierszy nie piszę…

Stary Mistrz – mówiąc żartobliwie – zawsze mógł coś z  siebie wykrzesać. Ale w  Wielkim Poście, czasie szczególnym, jego i myśli i emocje dalekie były od twórczości poetyckiej. Za to przez cały rok powstawały słynne kazania dla dzieci, na które przyjeżdżali rodzice z  maluchami nawet z  odległych dzielnic stolicy. Praca nad każdym kazaniem – trwającym zazwyczaj od dwu do trzech minut – wypełniała Księdzu kilka dni i  to był jego warsztat literacki, zapewniający mu stałą dyspozycję twórczą. Dzięki temu też powstały Dwa osiołki na Niedzielę Palmową i… bardzo je lubię:

Przyszedł osiołek z Niedzieli Palmowej trącił mnie nosem pytał oczami

– Osiołku – mówię – podaj mi łapę byśmy z radości razem płakali

Tłumaczył: – Jezus tłum dookoła pod kopytkami przy palmie palma

– Osiołku – mówię nie wiem co dalej bo mi łza twoja do gardła spadła

Ksiądz i osiołek klękają razem palmy jak rybki w słońcu się złocą potem umilkną uszy swe skulą jak dwa osiołki przed Wielkanocą

A  że to było w  przeddzień dziewiątych urodzin mojej najmłodszej córki Dominiki, ulubienicy ks. Twardowskiego, jej właśnie ksiądz-poeta zadedykował ów „dziecięcy” wiersz…

***

Mieliśmy więc tytuł książki, Dwa osiołki, reszta niejako ułożyła się sama. Sięgnęliśmy do niektórych wcześniejszych wierszy, jak Dzieciństwo wiary czy Naucz się dziwić. Oba są po prostu znakomite, należą do ścisłego kanonu poezji ks. Jana. W  pierwszym z  nich znajduje się najpiękniejsza metafora, z jaką zetknąłem się w naszej poezji – „Miłość była tak czysta że karmiła Boga / wielka i dlatego możliwa” – i… najzabawniejsza anegdota „poety uśmiechniętego Chrystusa”. Sięgnął autor do wczesnego dzieciństwa, kiedy to katecheta polecił dzieciom narysować w zeszycie diabła. Janek był chłopcem delikatnym i  niezwykle wrażliwym (nie miał brata, a jedynie siostry, z którymi grał „w  kamyki”, natomiast bodaj nigdy nie kopnął piłki), stąd jego diabeł był zupełnie sympatyczny i  w  dodatku bez rogów. Na pytanie katechety, dlaczego tak namalował, odpowiedział rezolutnie, że to… „samiczka”.

Instytut dołożył wszelkich starań, by książka była piękna, została wydana na papierze kredowym, bardzo kolorowa. Opracowała ją młoda artystka-plastyczka, Urszula Zawadzka-Wyrzykowska. Ilustracje wzbogaciły także fotografie, w  tym jedna z  porcelanowym osiołkiem z  pokoju księdza na okładce, do którego autor napisał taką modlitwę:

Osiołku dobry – Stróżu mój,

Herodów się nie boję,

bo mogę liczyć – kiedy źle –

na cztery nogi twoje.

 

Potrafisz służyć dzień i noc,

jak trzeba – to uciekać,

w butelkę nabić królów złych

i uchem się uśmiechać.

Wydawnictwo zgłosiło edycję do wrocławskiego konkursu na Najlepszą Książkę Roku Pióro Fredry. Ten pierwszy w kraju i jeden z największych ogólnopolskich konkursów edytorskich dla wydawców rozstrzygany jest podczas Wrocławskich Targów Dobrych Książek. Jury, w którym zasiadają krytycy, naukowcy, artyści, przyznaje nagrody za wartości literackie, edukacyjne, a także wysoki poziom edytorski oraz typograficzno-artystyczny. Nagrodami w  Konkursie są statuetki „Pióra Fredry”, które powstają w  pracowniach wrocławskich artystów.

Podczas kolejnego spotkania w  Instytucie dowiedziałem się, że Dwa osiołki zdobyły tytuł Książki Roku 1998 i „Pióro Fredry”.

***

Wkrótce po ukazaniu się Dwu osiołków rozpoczęły się w  Instytucie Wydawniczym PAX prace na kolejną, chociaż zupełnie inną książkę ks. Jana Twardowskiego. Od pewnego już czasu Jadwiga Marlewska w  redagowanym miesięczniku „Inspiracje” zamieszczała króciutkie komentarze ewangeliczne księdza-poety i  to był początek stałej współpracy ks. Twardowskiego z  tym pismem.

Pojawiały się też pewne tematy związane z osobą Dostojnego Autora, choćby prezentacja dokonań wspomnianej Anny Kamieńskiej czy przyjaciela księdza-poety z czasów studenckich, poety Jerzego Pietrkiewicza, po wojnie profesora Uniwersytetu Londyńskiego. Ks. Twardowski bardzo niechętnie mówił o sobie, więc rozmowy o „ludziach, których spotykał” w swoim długim życiu, były niemal jedynym sposobem na poznanie wielu faktów z  jego biografii. Wystarczy sięgnąć do Notatnika Anny Kamieńskiej, w którym poetka zapisała ich wspólne spacery po Powązkach i  prowadzone wówczas rozmowy, by przekonać się, jak niewiele wiedzieliśmy o  tak wydawałoby się powszechnie znanym księdzu i poecie. Podobnie sięgnięcie do przedwojennych roczników międzyszkolnego pisma literackiego „Kuźnia Młodych”, pozwoliło poznać świat młodości Jerzego Pietrkiewicza i  Jana Twardowskiego, choćby takie zdanie późniejszego księdza-poety, że „wakacje to dni najpiękniejsze, podarowane nam przez Boga”. Przekonanie to nabiera szczególnej wymowy w kontekście tego, co zostało tu powiedziane o letnich miesiącach, poświęcanych twórczości poetyckiej.

Pani Jadwiga Marlewska podjęła próbę spisania wspomnień najbardziej tajemniczego – powiedziałbym – z naszych poetów, który długo się bronił przed ich ujawnianiem, powtarzając, że już w seminarium zwracano alumnom uwagę, iż ksiądz powinien różnić się czymś od świeckich, nie powinno mu zależeć na pokazywaniu siebie.

Powstała niezbyt obszerna, ale jedyna wręcz w swoim rodzaju książka ks. Jana Twardowskiego Łaską zdumiony. Moje szczęśliwe wspomnienia (2002 r.). I w tym przypadku uderza niebywała prostota autora, który – jakby usprawiedliwiając się – napisał:

„Dlaczego piszę o  sobie, skoro już tyle napisano o  mnie? […] Zapewne wszyscy pisali w  najlepszej intencji. Jestem im wdzięczny za to, że chcieli zwrócić na mnie uwagę. Niestety, przeważnie pisali niezgodnie z moją wrażliwością. Chciałbym więc napisać o sobie tak, jak mi to odpowiada, tak jak to czuję i widzę.”

Znam bodaj wszystko, co napisano o  „moim” poecie, ale ta książka jest mi najbliższa i wciąż do niej sięgam.

Waldemar Smaszcz

/md