Home / Historia / Ksiądz Popiełuszko nie był ostatni

Ksiądz Popiełuszko nie był ostatni

W tym roku mija 31. rocznica zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Ze Zbigniewem Branachem, autorem kilkuset reportaży historycznych i książek o zbrodni na Kapelanie Solidarności, rozmawia Erazm Stefanowski.

W swoich publikacjach polemizuje Pan z hipotezami nt. śmierci ks. Popiełuszki przeczącymi ustaleniom „procesu toruńskiego” i lansowanej jakiś czas temu nowej wersji wydarzeń z 19 października 1984 r.
W trakcie procesu toruńskiego dochodziło do ewidentnych manipulacji, sterowanych zza kulis przez specjalną ekipę pionu śledczego MSW. Nie była to jednak mistyfikacja ani teatr, jak oceniają po latach publicyści, którzy ani nie uczestniczyli w procesie, ani nie zapoznali się uważnie z jego dokumentacją. Najważniejsze, moim zdaniem, że proces funkcjonariuszy MSW był jawny, co było ewenementem od 1956 r. Dzięki temu opinia publiczna mogła poznać niektóre metody zbrodniczej działalności MSW w czasach Kiszczaka.

Proces poprzedziło prowadzone w szybkim tempie śledztwo.
Najpierw uwaga ogólna. Każde śledztwo prokuratorskie w sprawie zbrodni zabójstwa wymaga działania szybkiego i zdecydowanego. Tu czynności wykonywali także funkcjonariusze MSW, a więc koledzy z pracy Piotrowskiego i spółki. Władzom, czyli kierownictwu PZPR i MSW, gdzie wydano „zlecenie” na ks. Popiełuszkę, zależało, żeby podczas śledztwa – i procesu – wyszło na jaw jak najmniej niuansów zbrodniczej działalności bezpieki.

W procesie uczestniczyli oskarżyciele posiłkowi ze strony Rodziny Księdza i Kościoła: Jan Olszewski, Edward Wende, Krzysztof Piesiewicz. Można powiedzieć – kwiat polskiej palestry. Na sali rozpraw nie mieli chyba łatwo?
Z pewnością. Sędzia przewodniczący – Artur Kujawa – utrudniał im pracę jak mógł. Mimo to zadali oskarżonym dziesiątki pytań, dzięki którym ujawniono wiele szczegółów, które zatajono w śledztwie, a oskarżeni nie byli skorzy do ich ujawnienia.

„Co to jest prawda?” – pytał Piłat Jezusa. „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” – odpowiadał pokornie, ale i odważnie Chrystus. Kapelan Solidarności nie bał się przeciwstawiać władzom komunistycznym?
Ksiądz Jerzy nie walczył z władzą. On głosił słowo Boże, którego ludzie pokroju Jaruzelskiego/Kiszczaka nie byli w stanie pojąć. Nie znali nauki społecznej Kościoła. Gdy Ksiądz odprawiał Msze święte w intencji ofiar bolszewickiego najazdu na Polskę w 1920 r., ponowionego 17 września 1939 r., albo za poległych w 1956 r. w Poznaniu czy 1970 na Wybrzeżu, reżim traktował to jako atak na władzę. Tak, Ksiądz Jerzy bał się śmierci, jak każdy człowiek. „Proszę ojca, boję się, oni mi grożą, obawiam się nawet najgorszego, ale czy ja mogę zaprzestać głoszenia prawdy?” – spytał ojca duchownego Warszawskiego Seminarium Metropolitalnego w przeddzień dramatu. Przyjaciele z Huty Warszawa chcieli go ratować i zabiegali u kardynała Glempa, aby wysłał go na studia do Rzymu. Ksiądz Jerzy odmówił przełożonemu. Stwierdził szczerze, że na studia „się nie nadaje”, a ponadto jako kapelan Solidarności nie może zostawić hutników i warszawskiej służby zdrowia ani ich rodzin, dla których był oparciem duchowym, autorytetem moralnym.

Narażał się więc na śmierć w pełni świadomie…
Wiedział o grożącym niebezpieczeństwie, ale mówił, że wszystko jest w rękach Boga. Z ocalałych stenogramów posiedzeń najwyższej rangi gremiów partyjnych wiemy, że Jaruzelski i towarzysze co rusz „zajmowali się” Księdzem Jerzym. Padały zwroty typu: „Załatw to, niech on już nie szczeka”. Oprócz Jerzego Urbana do gorliwych prowodyrów nakręcania spirali nienawiści wobec Kościoła i kapłanów katolickich należał prof. Adam Łopatka, kierujący Urzędem ds. Wyznań w randze ministra. To on przestrzegał pisemnie Episkopat Polski, że „tolerowanie i osłanianie kontrrewolucyjnej organizacji księży zmusi władze do podjęcia stosownych działań wobec osób do niej należących, a zwłaszcza wobec jej przywódców”.

Na pierwszym miejscu wymienił ks. Popiełuszkę…
Tak, to prawda. Łopatka nie dodawał tylko, że żadnej „kontrrewolucyjnej organizacji księży” nie było. To czysty wymysł IV Departamentu MSW, tzw. kościelnego. Mimo to te same brednie na procesie zabójców Księdza powtarzał prok. Leszek Pietrasiński. W realizacji „zlecenia” na Księdza uczestniczyli urzędnicy państwowi i funkcjonariusze różnych agend partii i państwa. Do dramatu 19 października 1984 r. przyczynili się społem.

W 2002 r. prokurator Andrzej Witkowski z pionu śledczego IPN w Lublinie zasugerował nową wersję zabójstwa ks. Popiełuszki…
Według prokuratora Witkowskiego śmierć kapłana nastąpiła nie 19, lecz 25 października. Inny pracownik lubelskiego oddziału IPN, dr Leszek Pietrzak, „wzbogacił” tę hipotezę o kilkudniowe tortury Księdza w bunkrach pod Kazuniem, nie podając wszakże sprawców ani świadków tortur. Oni obaj i grono akolitów z red. Wojciechem Sumlińskim na czele pomoc w uprowadzeniu Księdza i współpracę z SB zarzucili Waldemarowi Chrostowskiemu, bliskiemu przyjacielowi kapelana Solidarności.

Co z tych hipotez pozostało po latach?
Hipotezy prokuratora Witkowskiego nie znalazły dotąd oparcia w materiale dowodowym. Podważyli je wybitni prawnicy, jak prof. Krystyna Daszkiewicz (uczestniczka procesu toruńskiego i autorka kilku książek na ten temat) oraz prof. Witold Kulesza (b. szef pionu śledczego IPN). Ustalenia „lubelskie” zweryfikowali krytycznie prokuratorzy katowickiego pionu śledczego IPN i prokuratorzy prokuratury powszechnej i nie znaleziono podstaw prawnych ani, powiedzmy, materialnych do zakwestionowania zasadniczych ustaleń „procesu toruńskiego”. Przyjęcie „nowej” daty śmierci Księdza, czyli 25 października, eliminuje jako sprawców skazanych, bo Piotrowski, Chmielewski i Pękala od 21 października byli w areszcie…

Inaczej mówiąc – mordercami ks. Popiełuszki są „nieznani sprawcy”.
Podobni do tych, którzy pięć lat później dokonali zabójstw trzech kapłanów: Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha. Wszystkich pozbawiono życia w ostatnim półroczu istnienia Polski Ludowej, jakby na pożegnanie tamtego systemu.

Opinii publicznej ich postacie są mniej znane, a dla najmłodszych pokoleń wręcz anonimowe.
Ksiądz Niedzielak to kapelan AK i WiN, twórca powązkowskiego Sanktuarium Pomordowanych na Wschodzie. O prawdę o Katyniu upominał się publicznie już w latach 60. XX w. Prześladowany przez bezpiekę non stop. Wraz z wąskim gronem przyjaciół doprowadził do tego, że 1 listopada 1984 r. prymas Glemp poświęcił na Powązkach 3,5-metrowy granitowy „krzyż katyński”. Nie ustawał przy tym w głoszeniu żarliwych, patriotycznych kazań, co oczywiście było nie na rękę „nieznanym sprawcom”, którzy w nocy z 20/21 stycznia 1989 r. brutalnie go zamordowali, tzw. metodą „zakolankowania”, czyli łamania kręgosłupa bez pozostawiania śladów.

Po ks. Niedzielaku zamordowano ks. Stanisława Suchowolca.
Najpierw był wikariuszem w Suchowoli, rodzinnej parafii ks. Popiełuszki. Tam obaj kapłani zaprzyjaźnili się. Ksiądz Jerzy pocieszał matkę: „Mamo, nie martw się. Jak mnie, nie daj Boże, coś się stanie, jak mnie zabraknie, to przecież Staszek mnie zastąpi”. Tak też się stało. Ksiądz Suchowolec opiekował się Rodzicami zmarłego Przyjaciela. Jako kapelan podziemnej Solidarności białostockiej odprawiał Msze za Ojczyznę oraz w intencji beatyfikacji ks. Popiełuszki, najpierw w Suchowoli, a potem w białostockich Dojlidach. Nocą z 30/31 stycznia 1989 r. nieznani sprawcy podłożyli w jego sypialni na plebanii nieznaną polskiej kryminologii substancję, która spowodowała wzrost temperatury do 300 stopni Celsjusza, co doprowadziło do zgonu kapłana.

Znowu „nieznani sprawcy”…
W pogrzebie ks. Suchowolca uczestniczył jego przyjaciel, ks. Sylwester Zych, wówczas kapelan Solidarności w Hucie Warszawa, gdzie zastąpił sługę Bożego, dziś bł. Księdza Jerzego. W stanie wojennym był skazany pod sfingowanymi zarzutami na karę wieloletniego więzienia, na wolności kilka razy pobity przez nieustalonych sprawców, którzy grozili mu śmiercią. Gdy wracał z pogrzebu ks. Stanisława, powiedział do przyjaciół: „Teraz to już chyba wezmą się za mnie”. Kilka miesięcy później, 11 lipca 1989 r., księdza Zycha odnaleziono martwego na przystanku autobusowym w Krynicy Morskiej, z kilkudziesięcioma ranami i obrażeniami, w tym typowymi dla uderzeń milicyjną pałką. Postępowania prokuratorskie we wszystkich tych trzech sprawach zakończyły się postanowieniami o umorzeniu śledztwa ze względu na niewykrycie sprawców przestępstwa. Inaczej mówiąc – zbrodnie doskonałe.

Słowa Norwida, że „krew męczenników leje się w powodzi kłamstwa” są wciąż aktualne i mrożą krew w żyłach.
Niestety tak.

fot. wikipedia.org

mk