Home / Historia / Książęcy gambit

Książęcy gambit

Z mgieł porannych ciągnących się nad brzegiem Pilicy wyjechało kilku jeźdźców, karabinki trzymali wsparte o prawe kolana czerwonych portek, na głowach mieli okrągłe czaka, a piersi okrywały błękitne złotem szamerowane kurtki. Prowadził ich strojny oficer w mundurze

– Stać! Halt!– karabinki szczęknęły odwodzonymi kurkami, zieloni strzelcy sprężyli się w siodłach.

– Pismo do Ministra Wojny Jaśnie Oświeconego Józefa księcia Poniatowskiego od jego Arcyksiążęcej Wysokości Ferdynanda d’Este. – Odkrzyknął prowadzący huzarów oficer.

Zdecydowane pukanie do drzwi sypialni zbudziło księcia, zaczął wstawać. Na szelest szlafroka pukający zawołał z za drzwi:

– Książe Panie, pismo z nad granicy, kurier właśnie przybył.

Po chwili Książę czytał w blasku świecy niewielka kartę wizytową opatrzona koroną arcyksiążęcą i wymyślnym napisem: „Arcyksiążę Ferdynand d’Este”. Na odwrocie było ledwie parę słów: „Rano wkraczam w granice Księstwa Warszawskiego, nie chcę walczyć z Tobą, Pepi i z Polakami. Wrogiem naszym jest Tyran”.

Książę klasnął w dłonie przybyłej służbie rozkazał: „Do panów Rady słać, cesarskiego rezydenta wezwać i gen. Fiszera do mnie” przybiegłemu adiutantowi rzucił:

„Rozkazy do pułków w Modlinie i Serocku marsz do Warszawy nakazujące gotować, sztafety do panów Generałów Dąbrowskiego i Zajączka by tu przybyli słać, w bębny „generalskiego marsza” na larum w mieście bić, jak Fiszer i Pelletier przybędą pod miasto pozycje przepatrzyć wyjedziemy, aleć już gen. Sokolnicki na okolice Raszyna na drodze z Tarczyna do Warszawy wskazywał, że ku obronie tamtejsze bagna i stawy sposobne.”


Książę Józef Poniatowski
Fot: P. Sutowicz

Arcyksiążę w otoczeniu sztabu i huzarskiej eskorty wjechał do Tarczyna. Kolumny białej piechoty, przetykane brązowymi grupami artylerzystów, i kolorowymi oddziałami huzarów omijając miasteczko kierowały się dalej, na północ ku Warszawie. Arcyksiążę nie był zadowolony, spodziewał się miasto osiągnąć w dwa, no góra trzy dni, a tu dzień piąty się zaczynał, a jego wojska ciągle do Warszawy nie dotarły. To miał być spacer, a była ciężka przeprawa po rozmokłych traktach wśród niespodziewanych ataków polskich ułanów i strzelców konnych, co gorsza doniesiono Arcyksięciu, że obok polskiej jazdy pojawili się sascy huzarzy. Księstwo musiał zająć szybko, wszak tajny układ z Prusami przewidywał, że do zajętego przez Austriaków Księstwa wrócą pruskie władze, zgodnie z traktatem o podziale ziem byłego Królestwa Polskiego, a armia Arcyksięcia ruszy wprost na Saksonię do serca Niemiec bunt powszechny przeciwko Korsykańskiemu Tyranowi wzbudzając.

Wasza Arcyksiążęca Wysokość – dobiegł go okrzyk nadjeżdżającego oficera huzarów– generał Mohr napotkał silny opór, biją się przed Warszawą, na linii rzeki Mrowy i stawów dóbr Falenckich. Silny opór, generał ocenia na wzmocnioną brygadę piechoty z artylerią. co mają za Falentami i stawami nie wie.

Rozwinąć całe nasze siły – rozkazał Arcyksiążę – Zgnieciemy ich przed Warszawą, nie zdołają się za umocnieniami miasta i fortyfikacjami, na których Król Pruski zęby sobie w 1794 roku poszczerbił, schronić. Cóż ten Poniatowski myśli, że w dziesięć tysięcy świeżego rekruta powstrzyma i zwycięży moje trzydzieści tysięcy zaprawionych w boju żołnierzy. Panowie naprzód!

Stojąc na wzniesieniu obok raszyńskiego kościoła, u wylotu falenckiej grobli, gdzie droga z Tarczyna łączyła się z biegnącym przez Janki nadarzynskim traktem Minister Wojny i Wódz Naczelny Armii Księstwa Warszawskiego Józef Książę Poniatowski z niepokojem wpatrywał się w unoszące się z za stawów raszyńskich dymy płonących Falent, wsłuchiwał w cichnący huk dziewięciu polskich armat. Trącił ostrogą konia i skinąwszy na adiutantów i eskortę pomknął kłusem przez groble ku Falentom. Chwilę wstrzymała ich grupa żołnierzy niosących oficera. Książę poznał go.

– Godebski, co z nim? – Drugi raz ranny, bagnetem go w nogę zahaczyli, a teraz w pierś dostał – odrzekł idący obok medyk pułkowy.

Książę spiął konia i przyspieszył biegu ku Falentom, gdzie polskie działa całkiem ucichły, dobiegała jedynie bezładna palba karabinowych wystrzałów, co chwilę przerywana równymi i potężniejszymi salwami. Zapewne piechota austriacka brała górę.

Ze sztabem i kilkoma ułanami pędzili biegnącym groblą obsadzoną starymi wierzbami. U wylotu grobli przy niewielkim szańcu stało parę dział strzelających w kierunku Dużych Falent i olchowego lasku, w którym już bielały austriackie mundury. Generał Sokolnicki obok nich prowadził kolumnę 1 batalionu 1 pułku piechoty.

– Jaka sytuacja generale ? – Musimy odbić Falenty Małe i ten lasek inaczej się tu nie utrzymamy, a i wycofać się w porządku nie zdołamy, działa zostawić przyjdzie. Jak tu będą uderzą po grobli wprost na Raszyn – wskazał ręką na drogę, którą przed chwilą nadjechał Książę.

Poniatowski zeskoczył z konia rzucił wodze i zdjętą z ramion burkę luzakowi, wyjmując z ust krótką fajkę podszedł do żołnierzy, sądzili, że przemówi, lecz on tylko krzyknął wielkim głosem:


Arcyksiążę Ferdynand Karol d’Este

– Za mną, Bracia! I chwyciwszy karabin stojącego przy nim żołnierza z fajką w zębach ruszył wprost na olszynę pełną już Austriaków. Zawarczały bębny, za księciem równając szeregi pędem ruszyli piechurzy. Do księcia szybko dołączyli sztabowcy i adiutanci, oczom zdumionych fizylierów austriackich ukazała się nadbiegająca pędem kolumna polskiej piechoty prowadzona przez grupę strojnych, granatowo srebrnych oficerów z wysokim generałem przepasanym przez ramię błękitno czarną szarfą na czele. Uderzenie było straszne, po krótkiej walce lasek był opanowany, a żołnierze rzucili się ku płonącej wsi, odbijając dwa pozostawione przed nią działa. Poniatowski oddal karabin Sokolnickiemu:

– Generale musicie wytrzymać tu jak najdłużej, ale działa już przeprowadźcie do Raszyna, to tylko pozycja przesłonowa, za groblą raszyńską ich zatrzymamy.

Walka trwała nawet po zmroku. Trzy szturmy Austriaków przez raszyńską groblę zostały odparte w końcu Austriacy pozostali za groblą i stawem. Zmęczony Książę słuchał meldunków:

– Godebski zabity, wyrwał się z lazaretu i trzeci raz kontratak poprowadził. Straty nasze z 1200 zabitych i rannych, tych ku Warszawie odwozimy, tam będą mieli opiekę.

– Sasi zgodnie z rozkazami odchodzą na Wolę i Łowicz, ku Saksonii. Mieli rozkaz jeszcze trzy dni temu do Drezna ruszyć, a wbrew niemu z nami zostali i bili się dzielnie.

– Przybyli generałowie Dąbrowski i Zajączek są w Warszawie.

Książę zamyślił się chwilę poczym stanowczo rozkazał:

– Zwijać pozycje. Wycofujemy się ku miastu, niech Gwardia Narodowa i Ruchoma obsadzą wały Warszawy między rogatkami mokotowskimi i jerozolimskimi, jutro ma być na nich widać wojsko, dużo wojska. Ja jadę do Warszawy, do Panów Generałów Dywizjonerów, postanowimy co dalej czynić. Nowym wojskiem daliśmy odpór i zatrzymaliśmy stare austriackie pułki mające nad nami trzykrotną przewagę, ale samą obroną wojny nie wygramy.

W wielkiej sali Królewskiego Zamku generałowie powitali Księcia, Zajączek od razu przeszedł do rzeczy:

– Uzbroimy ludność, na starych wałach Kościuszki, obronimy miasto, a jak się wedrą do niego bić się będziemy o każdy dom, o każdą ulice tu znajdą grób.

Dąbrowski nie był przekonany: – Tak może i miasto utrzymamy, ale nie lepiej oprzeć się o fortyfikacje Modlina i Torunia wezwać Wielkopolskę do powstania i czekać na Cesarską odsiecz z Niemiec nadciągnie marszałek Davout i wesprze nas.

Drzwi sali uchyliły się i adiutant książęcy oznajmił:

– Panowie przybył austriacki oficer. Arcyksiążę prosi Jego Wysokość o spotkanie.

Obaj wodzowie patrzyli sobie w oczy. Rozmowę rozpoczął Arcyksiążę:

– Zaiste wspaniale stawaliście, tak młoda armia, a biła się jak stare lwy, ale Drogi Książe dlaczego, po co? Cóż Wam dal ten Napoleon, małe księstewko z którego i tak zabrał większość sił na swoją hiszpańską awanturę. Ty tu ledwie z garścią zostałeś, czy to warto?

Poniatowski milczał chwilę poczym powoli powiedział;

– Lecz to właśnie dzięki Jego Cesarskiej Mości miałem zaszczyt stawić czoła Waszej Arcyksiążęcej Wysokości pod Polskimi Sztandarami!

– Ale miasto, nie żal Ci go, w walkach zostanie zniszczone, możemy przecież obyć się bez tej rzezi, jakie są Twoje warunki oddania Warszawy?

– Moje warunki, cóż to możemy omówić.

Generałowie byli zaskoczeni, pierwszy zaczął Zajączek:

– Jak to, oddajemy miasto? Przecież tu wśród ludu Warszawy moglibyśmy jak za Kościuszki…

Dąbrowski pokręcił głową i dorzucił:

– Ale jak oni zgodzili się na takie warunki, to niesłychane: „Warszawa zostaje oddana wojsku austriackiemu, ale Arcyksiążę nie ma prawa nałożyć na mieszkańców stolicy kontrybucji ani stosować wobec nich jakichkolwiek represji. Wojsko polskie wychodzi z miasta zabierając ze sobą wszelkie zasoby wojenne, broń, amunicję, lekarstwa. Ranni żołnierze polscy, przebywający w szpitalach, znajdą się pod opieką sanitarną wojsk austriackich, ale nie są jeńcami i po wyzdrowieniu mają prawo opuścić Warszawę, aby dołączyć do swych oddziałów bez względu na to gdzie te oddziały będą się znajdować. Załoga austriacka Warszawy nie będzie ostrzeliwać przedmościa praskiego i nawzajem z Pragi na Warszawę ogień prowadzony nie będzie, ustanawia się dwu dniowe zawieszenie broni by wojska polskie mogły miasto w spokoju opuścić na Pragę przez Wisłę przechodząc.” Panowie toż to jest….

Warszawa szalała, lud wył, krzyczał: „ Zdrada’. „Stryj Polskę zaprzedał, a ten nas sprzedaje”, „Do broni”.

Ale wojska karnie kolumnami przechodziły ku mostowi na Wiśle, a Gwardia Narodowa z zasobnych mieszczan złożona powstrzymywała zapaleńców, wszak ona miała teraz odpowiadać za porządek w mieście.

Książę jechał wśród sztabu, w eskorcie ułanów, i zdawał się nie słyszeć wznoszonych tu i ówdzie obraźliwych krzyków, był ponury, lecz zdeterminowany, wiedział co będzie dalej.

W dwa dni później Arcyksiążę wjeżdżał do Warszawy, witały go ciche wyludnione ulice i tylko gdzieniegdzie widać było posterunki Gwardii Narodowej porządku pilnujące. Arcyksiążę obrócił się do towarzyszących mu oficerów i z uśmiechem powiedział:

– Panowie jednak mamy Warszawę bez wystrzału, no może prawie bez wystrzału, teraz czas słać do króla Prus informację, ze mamy to miasto, on je czternaście lat temu oblegał i nie zdobył!

Generał Mohr skrzywił się i powiedział:

– Pod Raszynem bili się dzielnie, a my mamy miasto, które czternaście lat temu siedem tysięcy Rosjan na swych ulicach w trzy dni wyrżnęło. Tak Wasza Arcyksiążęca Mość, miasto mamy…

W Jabłonnej Książę Józef Poniatowski wydawał krótkie rozkazy:

– Generale Sokolnicki. Pan pierwszy na południe rusza, zniszczyć austriacką próbę przeprawy przez Wisłę pod Górą i dalej ku Sandomierzowi się posuniesz ze swoją dywizją. Rożniecki z kawalerią na Zamość i dalej. Ja za wami, jak tylko pułki z Torunia przyjdą, ruszam. Wszędzie gdzie żołnierz stanie nowe jednostki formować! Galicję całą poruszyć macie, wszak broni nam nie brakuje, wszystko z arsenałów Warszawy zabraliśmy, a Arcyksiążę musi w mieście z dziesięć tysięcy wojska garnizonem trzymać, nim się spostrzeże my już w Krakowie będziemy.

Panowie Generałowie, Wykonać!

Z okien wielkiej sali balowej Zamku Królewskiego Arcyksiążę Ferdynand d’Este spoglądał przez zmrok na praski brzeg Wisły gdzie na wielkim podświetlonym pochodniami transparencie umieszczonym na polskim szańcu widniał wielki napis: Kraków wzięty!

– Panowie – zwrócił się do licznie zgromadzonych oficerów – opuszczamy Warszawę, my tu siedzieliśmy, a Poniatowski robił co chciał i rezultat widzicie, a i w kraju pod Wagram Korsykanin znowu nas pokonał. Już dziś od rana kolumny marszowe formować, tabory wyprowadzić i przez Raszyn i Tarczyn wychodzimy.

Panowie oficerowie, Wykonać!

Maciej Dybowski

Artykuł ukazał się w numerze 04/2008.

Dodaj komentarz