Home / Opinie | Felietony / Kto się boi nudy?
Źródło: pixabay.com

Kto się boi nudy?

Po szkole – basen, angielski, dwa razy w tygodniu tenis, balet, zajęcia z plastyki, kółko teatralne i nauka gry na pianinie. I oczywiście odrabianie lekcji. Rodzice stają na głowie, żeby zapełnić dzieciom czas. Nuda to przecież tracenie czasu. Otóż, niekoniecznie.

Dziś zawsze musimy być zajęci. Nie możemy sobie pozwolić na „marnowanie czasu” i  to przekonanie wpajamy dzieciom jako coś oczywistego. W  obawie, że się nudzą i  w  przyszłości jako nie dość doskonałe stracą szansę konkurencyjności, zapisujemy je na tak wiele zajęć, że wolne chwile wypadają z grafiku.

Niektórzy rodzice kupują w  ten sposób spokój, bo jak przekonują psycholodzy, to dorośli lękają się dziecięcej nudy, ponieważ bardzo często kojarzy im się z frustracją i nieudacznictwem. Jeśli dodamy do tego popularną opinię, że ludzie inteligentni się nie nudzą, to nuda jawi się jako zło, z którym należy walczyć.

– Nudy nie należy się obawiać. I nie ma czegoś takiego jak nuda zła czy dobra – przekonuje psycholog Klaudia Giese-Szczap. Dodając, że na hasło „nudzę się” nie musimy dziecku od razu szukać zajęcia, aby tę nudę zniwelować.

Jednak wylęknieni rodzice wstawiają telewizory do pokojów nawet pięciolatków, wpychają do rąk smartfony, żeby nadążały za wzorcami współczesnego świata. Nikt nie uczy o  wartości marzeń, owym śnieniu na jawie, które rozwija wyobraźnię i kreatywność. Tymczasem nie pedagog, a fizyk Albert Enstein twierdził, że wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona. A  myślenie o  niebieskich migdałach – nie.

 Claire Leconte, francuska profesor od psychologii edukacyjnej, uważa, że nuda jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju dzieci. – Powinno być wiadome, że na początku dzieci rozwijają się, naśladując. Reprodukują gesty, które widzą, powtarzają słowa, które słyszą. W  następstwie tego stopniowo rozwija się ich mózg, kształtują umiejętności poznawcze, właśnie dlatego, że zwracają uwagę na otoczenie zewnętrzne, które zaczynają rozumieć. Ważne, aby nie przeszkadzać im w poświęcaniu czasu na obserwowanie otaczającego świata – podkreśla prof. Leconte.

– Dajmy im ten czas, bo jest potrzebny do rozwoju życia wewnętrznego, zwłaszcza, że dziecko może się wtedy samo zainteresować rzeczami, o  których istnieniu nie miało pojęcia, odkrywać nieznane, co jest absolutnie fundamentalne dla procesu poznania.

Leconte uważa, że do momentów „nic nie robienia” powinniśmy przyzwyczajać dziecko od maleńkości. Spędzać wtedy z nim czas, gdy obserwuje świat zewnętrzny, ogród, chmury, kwiaty czy ptaki i ten świat tłumaczyć. Żaden telewizor czy smartfon tego nie zastąpi.

– Nie wolno nam zapominać – podkreśla prof. Leconte – że dziecko się nie nudzi, to jego rodzice boją się, że się nudzi. Dlatego chętnie podsuwają mu „ekran”, który wypełni „pustkę” a  im da im poczucie świętego spokoju.

– Zbyt często mamy skłonność do myślenia, że nuda jest uczuciem pejoratywnym, powiązanym ze znużeniem, stratą czasu i  bezczynnością. Jednak nierobienie niczego nie jest bezużyteczne. Daje sygnał, jak ważne jest to, by poświęcić czas dla siebie. Dotyczy to również dziecka. „Nuda” jest okazją do pracy nad swoją wyobraźnią, która bez „nudy” byłaby pusta. Takie momenty pozwalają dziecku wzbogacić zdolność obserwacji, odkryć rzeczy, których inni nie widzą, a  gdy dorośnie, będzie człowiekiem o rozwiniętej, wrażliwej percepcji. Stanie się też bardziej uważne – twierdzi Leconte.

Dzieci potrzebują resetu, by odetchnąć, bo przez wszechobecną elektronikę, bombardowanie informacjami, pospiech i nawał zajęć następuje w  ich mózgach nadmierna stymulacja poznawcza. – Mamy coraz więcej dzieci zdenerwowanych i zmęczonych. Z deficytem uwagi. Ich nadpobudliwość niewątpliwie wiąże się z  ciągłym ponaglaniem, że trzeba się spieszyć, bo czasy, w  których żyją lansują model: szybciej, wyżej, dalej. Tymczasem najważniejsze są nie rekordy pierwszeństwa, lecz jakość życia – tłumaczy szkolna psycholog Anna Radzińska.

Według niej, pod presją rodziców i  wymagań szkolnych coraz więcej dzieci się wypala. Pierwszą oznaką jest zmęczenie. Dziecko ciągle ziewa i  nie chce wstawać rano. W  szkole ma kłopoty z koncentracją, jego oceny spadają, a liczba zaległych zadań rośnie.

Potem przychodzi wyczerpanie nerwowe, niska samoocena. W konsekwencji – trudności z zasypianiem, wycofanie się z  aktywności. U  niektórych rozwijają się zaburzenia depresyjne, często płaczą i przestają się komunikować. W najbardziej ekstremalnych przypadkach może pojawić się anoreksja, konflikty z  rodzeństwem lub przemoc.

Ofiary wypalenia będą coraz liczniejsze i młodsze – przestrzegają psychologowie, bo takie mamy wzorce społeczne. Dla rodziców sukces dziecka jest niczym polisa ubezpieczeniowa w obliczu niepewności jutra.

Zapominają, że istnieje także teraźniejszość.

Alicja Dołowska

/md