Fot. Kadr z filmu Ben Hur z 1959 r.

Kultura inspirowana Ewangelią

Chrześcijaństwo wnosi do kultury ten ważny czynnik, że dostarcza całościowego sensu.

Jako że pojęcie kultury cechuje się wielością znaczeń i odcieni znaczeniowych, pisanie i mówienie czegokolwiek na ten temat przeważnie bywa obarczone niemałym ryzykiem ogólnikowości, a nawet dowolności. Nie może zresztą być inaczej, skoro owym mianem określamy zjawiska tak odmienne gatunkowo, jak np. twórczość muzyczna Jana Sebastiana Bacha i reguły konsumowania owoców morza. W ujęciach bardziej systematycznych zwykło się przyjmować, że kulturą jest względnie trwały, spójny i charakterystyczny dla danego narodu, okresu, obszaru itd. system pojęć, przekonań, wartości, norm i obyczajów, a także związany z nim całokształt wytworów materialnych i umysłowych. Niektórzy antropologowie twierdzą jednak, że kultura, pomimo całego jej zróżnicowania, mieści się całkowicie w sferze ducha, wszelkie zaś artefakty to tylko jego materialne emanacje, a może nawet nieudolne odbicia. Takie właśnie, duchowe rozumienie kultury przyjmiemy w dalszych rozważaniach. Aby jakoś naświetlić możliwy związek między Ewangelią a kulturą, sformułujmy kilka prostych pytań i spróbujmy udzielić na nie odpowiedzi.

Czy kultura musi inspirować się Ewangelią?

Oczywista odpowiedź brzmi: nie, nie musi. Znamy wiele kultur z całego świata, nierzadko równie dawnych jak godnych podziwu, które z orędziem ewangelicznym zetknęły się późno, po całych wiekach i tysiącleciach własnego rozwoju. Co więcej, jeżeli spojrzymy na dwie bardzo bogate i bliskie nam kultury lub wręcz cywilizacje starożytne – grecką i rzymską – z których po dziś dzień czerpiemy różnorodne treści i wzorce, to musimy stwierdzić, że ich spotkanie z chrześcijaństwem przynajmniej w  początkowej fazie przebiegało raczej burzliwie, konfliktowo i niezbyt owocnie. Dużo można by o tym pisać i w rzeczy samej bardzo dużo już napisano; wspomnijmy więc jedynie, w jaki sposób mieszkańcy Aten, tego sławnego ośrodka hellenizmu, potraktowali św. Pawła Apostoła, który wygłosił do nich mowę o jedynym Bogu-Stwórcy i Jezusie Chrystusie: Gdy usłyszeli o zmartwychwstaniu, jedni się wyśmiewali, a inni powiedzieli: «Posłuchamy cię o tym innym razem» (Dz 17,32). A przecież nie byli to bynajmniej „poganie”, ludzie niewierzący, za jakich zwykliśmy ich uważać; wprost przeciwnie – ich wrażliwość na transcendencję uznał otwarcie sam św. Paweł, najwyraźniej nie uciekając się ani do zbędnego pochlebstwa, ani do ukrytej ironii: Mężowie ateńscy, […] widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni (Dz 17,22). Jeżeli Apostołowi Narodów w tamtym akurat czasie i miejscu nie udało się zaszczepić orędzia Chrystusowego wśród przedstawicieli kultury hellenistycznej, to dlatego, że nie zaakceptowali oni idei Boga tak radykalnie innego od znanych im z dawna bóstw: w pojęciu Ateńczyków panteon był już zapełniony i nie wymagał żadnych zmian (zob. Dz 17,18-21;32). Generalnie wszakże panowała wówczas epoka wiary. Owszem, często nie była to taka wiara, jakiej oczekiwał i jakiej domagał się Bóg przez proroków Starego Testamentu. Niemniej duch ludzki w ogólności, nie tylko w narodzie izraelskim, cechował się nastawieniem i światopoglądem religijnym. Starożytny filozof Tales z  Miletu, głosząc, że „wszystko jest pełne bogów”, na swój sposób wyrażał powszechne przeświadczenie ówczesnych, nie tylko Greków. Zresztą także z łona kultury hellenistycznej mimo początkowych niepowodzeń wyrosła w końcu potężna gałąź chrześcijaństwa wschodniego.

Czy kultura, która przez długi czas inspirowała się Ewangelią, może obywać się bez niej?

Tak właśnie wygląda kazus współczesnej Europy i w ogóle cywilizacji zachodniej. Pod tym względem nasze położenie diametralnie różni się od sytuacji, którą zastał św. Paweł w Atenach – bądź co bądź, mieście „pełnym bożków” (Dz 17,16). Współcześni mieszkańcy Zachodu żyją w epoce „odczarowania”, „zmierzchu bóstw”, „śmierci Boga”. Wszystkie te metaforyczne określenia znaczą w sumie tyle, że nad nowoczesnym światem zaćmił się nieboskłon transcendencji. Im głębiej i dokładniej człowiek bada wszechświat, tym mocniej utwierdza się w przekonaniu, że nie ma w nim niczego prócz „danych doświadczenia”, które można poddawać różnorakiej obróbce: gromadzić, segregować, analizować, interpretować. To fundamentalne założenie scjentystyczne promieniuje na całą dziedzinę kultury. Dzisiejszy panteon nie jest więc zapełniony – on po prostu nie istnieje; nie istnieje żadne z góry przewidziane i usankcjonowane miejsce dla bogów ani dla Boga. Gdyby Jezus Chrystus narodził się w XXI w., tak samo jak przed dwoma tysiącami lat nie znalazłby dla siebie „miejsca w gospodzie” (Łk 2,7). W takim świecie, z którego celowo bądź „przez zapomnienie” wyrugowano Boga, zachodzą w sferze kultury co najmniej dwa interesujące zjawiska. Po pierwsze, zamiast pełnić funkcję odsłaniającą, czyli prawdziwościową (aleteiczną), staje się ona zasłoną, okrywając nieprzyjaznym milczeniem żywotne kwestie, które sięgają poza doczesność i materialność, poza namacalne „tu i teraz”; taka kultura, z pozoru autonomiczna, nierzadko skupia się na sobie i popada w schematyczność, powtarzalność i autotematyzm, w rezultacie trącąc banałem i nudą. Po drugie, kultura „czysto laicka” często okazuje się taka tylko z nazwy i pozoru: wyrosła bowiem z podłoża chrześcijańskiego i  wbrew własnym chęciom, na przekór staraniom wszelkiej maści artystycznych aspirantów, nie potrafi się od niego oderwać. Nawet jeżeli ukazuje rzeczy nadprzyrodzone wyłącznie w krzywym zwierciadle karykatury, parodii, pastiszu, to przecież wciąż obraca się w kręgu tematyki religijnej, nie umiejąc się zdobyć na nic prawdziwie własnego, oryginalnego.

Czy kultura powinna się inspirować Ewangelią?

Można to zagadnienie ująć nieco inaczej i zarazem konkretniej, w terminach spersonalizowanych: czy chrześcijanie, a w  szczególności katolicy, powinni dążyć do tego, by kulturę, w której żyją, znamionowały lub wprost przepajały wartości ewangeliczne? Na to pytanie należy odpowiedzieć twierdząco: tak, na wyznawcach Chrystusa spoczywa taki obowiązek. Potwierdza to choćby II  Sobór Watykański, przypisując rolę ewangelizowania kultury szczególnie osobom świeckim, choćby w tym oto passusie: „Ten święty Sobór poucza, że właśnie dzieci Kościoła są zobowiązane do utrzymywania i wspierania dzienników katolickich, wydawnictw periodycznych i przedsięwzięć filmowych, stacji nadawczych oraz audycji radiowych i telewizyjnych, których szczególnym celem winno być szerzenie i obrona prawdy oraz troska o chrześcijańskie wychowanie społeczeństwa ludzkiego. Równocześnie Sobór usilnie wzywa stowarzyszenia i poszczególne osoby, które posiadają odpowiednio duże możliwości ekonomiczne lub techniczne, aby swoimi zasobami i doświadczeniem chętnie i szczodrze wspierały te środki, ponieważ służą one zarówno kulturze w prawdziwym tego słowa znaczeniu, jak i apostolstwu” (Dekret o środkach społecznego przekazu, 17).

Dlaczego warto, aby Ewangelia inspirowała kulturę?

Chrześcijaństwo wnosi do kultury ten ważny czynnik, że dostarcza całościowego sensu. Zasadniczo bowiem, zwłaszcza w pokawałkowanej, medialno-globalnej współczesności, skłaniamy się do postrzegania świata tak fragmentarycznie, jak bohaterowie wiersza Mieszkańcy Juliana Tuwima: „Patrzą na prawo, patrzą na lewo. A patrząc – widzą wszystko oddzielnie. Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…”. Jest to składnik zjawiska, które papież Benedykt XVI nazywa dyktaturą relatywizmu: „Relatywizm, to znaczy poddawanie się każdemu powiewowi nauki, jawi się jako jedyna postawa godna współczesnej epoki. Tworzy się swoista dyktatura relatywizmu, który niczego nie uznaje za ostateczne i jako jedyną miarę rzeczy pozostawia tylko własne ja i jego zachcianki”. W  takim zamęcie i rozczłonkowaniu kultura przepojona Ewangelią może zaoferować pogubionemu człowiekowi wizję kompleksową. Proponuje zatem światopogląd, jakiego nie zapewniają twierdzenia i teorie naukowe. Bywa on mniej lub bardziej spójny, mocniej lub słabiej ugruntowany, ale przecież może stanowić całkiem niezawodną podstawę osądu i działania. Oczywiście wolno się wyprzeć Boga również w kulturze, lecz wtedy wypadałoby przynajmniej zastanowić się nad tym, co Jan Paweł II wypowiedział 10 czerwca 1979 r. na krakowskich Błoniach: „Czy można odepchnąć to wszystko? […] Czy można odrzucić Chrystusa i wszystko to, co On wniósł w dzieje człowieka? […] Jaki argument […], jaką wartość […] można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i Narodowi, ażeby […] powiedzieć «nie» temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?!”.

Dr Paweł Borkowski

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Bohater dwóch wojen

Brytyjski historyk Michael Foot zaliczył Witolda Pileckiego do grona sześciu najodważniejszych działaczy ruchu oporu w …