Home / Opinie | Felietony / Mocni wiarą, mocni życiem

Mocni wiarą, mocni życiem

Z pozoru mogłoby się wydawać, że hasło pielgrzymki Benedykta XVI do Polski jest oderwane od rzeczywistości. Bo czy możemy, już tu, na ziemi, trwać mocni w wierze? Życie podpowiada, że tak. Przedstawiamy sylwetki znanych ludzi życia publicznego, których wiara jest tożsama z życiem.

Anna Dymna: Nie czekam na nagrodę

Któż nie zna Ani Pawlaczki z popularnych filmów o skłóconych wiecznie Kargulach i Pawlakach. Występowała w nich jeszcze pod panieńskim nazwiskiem jako Anna Dziadyk. Gdy wyszła za mąż za Wiesława Dymnego, artystę z „Piwnicy pod Baranami”, postanowili razem pracować na wspólne nazwisko. Widzowie zapamiętali ją także jako Marysię Wilczurówną, Barbarę Radziwiłłównę a w rolach telewizyjnych z serialu „Siedlisko” i „Bożej podszewki”. Mogłaby siebie nazywać dzieckiem szczęścia, bo w krótkim czasie osiągnęła jako aktorka szczyty. Dostała się po studiach do Teatru Starego w Krakowie i gra tam do dzisiaj. Role w przedstawieniach Teatru Telewizji też sypały się jak z rękawa, Dymna wyrobiła sobie markę.


Jest takie przysłowie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Pasuje do Dymnej jak ulał
Fot. Artur Stelmasiak

Ale potem przydarzyła się długa seria nieszczęść. Najpierw doszczętnie spaliło się mieszkanie, potem umarł mąż. Czterokrotnie ulegała groźnym wypadkom samochodowym, z których wychodziła z uszkodzonym kręgosłupem. Mimo długich okresów rehabilitacji, bóle kręgosłupa dokuczają jej do dziś. Stara się o tym nie mówić, wiedząc, że ból i cierpienie są wpisane w ludzki los, a ona i tak miała szczęście, że wyszła z wypadków. Widać czuwa nad nią Pan Bóg. – Mojej wiary w Boga nie zaburzy żaden człowiek ani zdarzenie – mówi Dymna.

Postanowiła pomagać ludziom niepełnosprawnym umysłowo i założyła fundację charytatywną „Mimo Wszystko”, którą prowadzi od 2003 r. wykorzystując „ z premedytacją” , jak to określa, swoją popularność, by nieść pomoc innym .Przyjęła zasadę, że skoro przez wiele lat pracowała na „swoją twarz”, to niech teraz ta „twarz” służy dobru potrzebujących pomocy. Przyznaje, że praca z niepełnosprawnymi daje jej ogromną energię. A zaczęło się niezobowiązująco, od odwiedzenia na zaproszenie ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego ośrodka opieki społecznej w Radwanowicach, prowadzonego przez Fundację Brata Alberta. Wzięła udział w mszy w radwanowickim kościele i przeżyła wstrząs. – Nabożeństwo, w którym modlą się niepełnosprawni umysłowo wywołuje szok u zwyczajnego człowieka. Oni się modlą i śpiewają w bardzo specyficzny sposób. Wszystko robią z otwartością i zaangażowaniem, wielbiąc Boga, który ich kocha – mówi Dymna. Pomagała w realizacji przedstawień teatru „Radwanek” i w warsztatach terapii zajęciowej. A kiedy w 1999 r. otrzymała Medal Brata Alberta, poczuła, że wyróżnienie jest trochę na wyrost i musi na nie zasłużyć. Gdy po nowelizacji ustawy o rehabilitacji i zatrudnieniu niepełnosprawnych rząd wycofał się z finansowania warsztatów terapeutycznych osobom, które jednocześnie mieszkały w domach opieki społecznej – postanowiła działać zakładając fundację. Raz w miesiącu prowadzi w telewizji program „Anna Dymna – Spotkajmy się”. Rozmawia w sposób wzruszający z niepełnosprawnymi o ich problemach, ukazując milionom telewidzów, że ci pokrzywdzeni przez los ludzie mają takie same jak my marzenia i plany. Są jednymi z nas. – Nigdy nie pomagałam ludziom dlatego, by potem czekać na ich wdzięczność albo nagrodę od Boga w życiu wiecznym – mówi Dymna. Taka już jest.

Ewa Tomaszewska: Kiedyś tańczyła w obłokach tiulu

Kto by pomyślał, że dziś szacowna pani senator Ewa Tomaszewska tańczyła kiedyś sportowo cała w obłokach tiulu i wymyślnych falban. Przed pokazami filmów, prezentowała na wybiegu dla modelek stroje rodzimych projektantów. Jako studentka dorabiała sobie w ten sposób do skromnego stypendium. Artystyczną pasją jej życia pozostało malowanie obrazów i pisanie wierszy. Gdyby tylko mogła, ustawiłaby sztalugi w jakimś kącie parlamentu na Wiejskiej. Na ściany swego biura senatorskiego przy Bagateli nie kupowała żadnych reprodukcji, aby je przyozdobić. Powiesiła swoje prace, ale pewnie niewiele osób, które tam przychodzą ma świadomość, że są to obrazy samej pani senator. Komu by to przyszło do głowy?

Teraz na malowanie i pisanie wierszy Ewa Tomaszewska prawie nie ma czasu. Jest ciągle pochłonięta ludzkimi sprawami. – Kandydując do parlamentu zobowiązałam się do pomocy ludziom biednym, poszkodowanym, niepełnosprawnym – mówi. – Jeżeli jesteśmy ludźmi wiary chrześcijańskiej, to trzeba dawać dowody miłości bliźniego – dodaje. Ona chce pomagać tym, którzy przegrywają w dzisiejszej rzeczywistości rządzącej się wilczymi prawami. Na owe wilcze prawa nigdy się nie godziła. Stąd wzięło się jej silne zaangażowanie w działalność NSZZ „Solidarność”. Potem decyzja o kierowaniu Biurem Polityki Społecznej – najtrudniejszym obszarem działalności związkowej. Z „Solidarnością” jest związana od 1980 r. Na dobre i złe.


Jeżeli jesteśmy ludźmi wiary chrześcijańskiej, to trzeba dawać dowody miłości bliźniego. Dlatego chce pomagać tym, którzy przegrywają w dzisiejszej rzeczywistości
Fot. Artur Stelmasiak

W stanie wojennym była internowana i osadzona na kilka miesięcy w ośrodku dla kobiet w Gołdapi. – Pomógł mi bardzo ks. Jerzy Popiełuszko. Napisał do ks. bpa Miziołka prośbę o interwencję. I ksiądz biskup wystąpił do gen Kiszczaka. – Wspomina Tomaszewska, którą po tej interwencji zwolniono ze względu na zły stan zdrowia. Za Tomaszewską nieustannie ciągną ludzie, którzy pomocy potrzebują. Interweniuje, alarmuje, umieszcza w hospicjach i szpitalach, wspomaga jak umie. Często kosztem własnego zdrowia, bo czasu na odpoczynek ciągle jej brakuje. Ona po prostu nie potrafi nikomu, kto jest w potrzebie odmówić. Bardzo poważnie traktuje słowa Jana Pawła II, żeby „jedni drugich brzemiona nosili”. Przyjęła je za motto swoich działań w Senacie i bardzo tego pilnuje; Dla niej, jako senatora RP, nauka polskiego papieża jest drogowskazem do działalności publicznej. Rokrocznie bierze udział w sierpniowych, pieszych pielgrzymkach na Jasną Górę. Nie przyznaje się do tego, ale są dla niej ogromnym wysiłkiem. Czerpie jednak z nich siły i napęd na cały rok. Bo skąd inaczej znajdowałaby energię, by forsować w Senackiej Komisji Rodziny i Polityki Społecznej temat: Problem finansowania leczenia osób bezdomnych?

Ewa Błaszczyk: Nie tracę nadziei

Nie wiadomo jak dalej potoczyłoby się życie aktorki Ewy Błaszczyk, gdyby nie tragedie, które ją dotknęły raz za razem. Najpierw nagle umarł mąż, ojciec bliźniaczek Oli i Mani, a potem mała Ola popijając tabletkę zachłysnęła się, straciła przytomność i zapadła w śpiączkę, w której trwa już sześć lat. – To trochę tak jakby się utopiła w szklance wody – mówiła przed laty zrozpaczona aktorka. Tego rodzaju przeżycia bardzo zmieniają człowieka. Jednych załamują, z innych czynią duchowych gigantów.

Ewa Błaszczyk była u szczytu kariery, występowała w filmach fabularnych, w popularnym serialu „Zmiennicy”, śpiewała w kabarecie „Pod Egidą” u Pietrzaka. Miała dom, męża, dzieci – pełnia szczęścia. I nagle ten świat się zawalił jak domek z kart. Musiała sprostać wyzwaniom innej zupełnie rzeczywistości. Zakasała rękawy, wzięła się za barki z losem, mimo że lekarze nie dawali Oli szans. Ostrzegali też, że nawet jeśli córeczka się wybudzi, nigdy nie będzie mogła normalnie żyć. Istotnie, gdy Ola otworzyła oczy, okazało się, że mieli rację. Nie mogła się poruszać. Wymaga nieustannej opieki i żmudnej, codziennej rehabilitacji. Jednak, kiedy Błaszczyk usłyszała słowo: hospicjum, zbuntowała się i postanowiła sama coś zrobić. Zabrała dziecko do domu i tam, dosłownie stając na głowie, stara się rehabilitować i ratować córeczkę. Jednocześnie zrozumiała, że dzieci zapadających w śpiączkę, będących w podobnej co Ola sytuacji jest wiele. A w szpitalach nie ma specjalistycznych oddziałów, które zajmowałyby się wieloletnim usprawnianiem ruchowym. Gdy mija zagrożenie życia, lekarze oddają dzieci rodzicom, którzy się na specjalistycznej rehabilitacji kompletnie nie znają. Z myślą o tych dzieciach i po zachęceniu przez księdza Wojciecha Drozdowicza, Ewa Błaszczyk założyła fundację „Akogo?”. Skąd taka nazwa? Jest przewrotna. – Kiedy próbowałam zainteresować ludzi problemem dzieci w śpiączce, mówili: „A kogo to obchodzi?!” – odpowiada aktorka. Z pomocy fundacji korzysta coraz więcej osób. Aktorka nawet przez pewien czas zaprzestała działalności aktorskiej a swój dom przekształciła w biuro. Fundacja przeprowadziła akcję „Budzimy do życia”, z której pieniądze mają być przeznaczone na budowę pierwszego w Polsce oddziału o nazwie „Budzik” (przy Centrum Zdrowia Dziecka), zajmującego się rehabilitacją dzieci w śpiączce. Ewa Błaszczyk wierzy, że budowa ruszy w 2007 r, i wiele dzieci uda się uratować. Właśnie szykuje się do wyjazdu do USA, aby zaprezentować fundację tamtejszej Polonii i zebrać trochę grosza. – Nie wiem, jak by wyglądało moje życie, gdybym nie była wierząca. Zapewne pojawiłby się bezsens – mówi aktorka. Przyznaje, że wierzy, iż cierpienie musi mieć jakiś sens. – Ola choruje, bo taka jest jej droga, taka jest jej misja, żeby uratować tysiące innych dzieci. Wierzę też, że jeśli pomogę innym rodzicom zrozumieć, co stało się z ich dziećmi, również ja to zrozumiem i pogodzę sięz chorobą mojego dziecka. To jest moja modlitwa. Nieustannie, każdego dnia proszę, by choroba Oli i mój wysiłek na wielu płaszczyznach, zostały przyjęte. Wierzę, że wszystko musi być po coś.


Przyznaje, że wierzy, iż cierpienie musi mieć jakiś sens. Ola choruje, bo taka jest jej droga, taka jest jej misja, żeby uratować tysiące innych dzieci
Fot. Artur Stelmasiak

Ryszard Rynkowski: Bóg towarzyszył mi zawsze

Jest bez wątpienia od lat piosenkarską gwiazdą. Wielokrotnym laureatem Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu, zdobywcą Fryderyków, kolekcjonerem własnych „złotych płyt”. Na swoje 50. urodziny zaśpiewał w warszawskim Teatrze Wielkim z jedną największych gwiazd światowej wokalistyki – Joe Cockerem. Nie wszyscy wiedzą, że jest też człowiekiem o złotym sercu. Nie ma własnej fundacji charytatywnej, ale gdyby podliczyć, w ilu wystąpił akcjach pomocowych na różne szczytne cele, zebrałby się z tego spory stos pieniędzy. Poproszony o występ – nie odmawia. Zawsze na niego można liczyć. Czy to festiwal piosenki religijnej, czy festiwal piosenki dla osób niepełnosprawnych w Ciechocinku. Lista jest długa. Gdy organizowana jest akcja popularyzująca badania mammograficzne wśród kobiet, w profilaktyce raka piersi lub zbiórka na zakup nowego mammografu – Rynkowski zawsze jest obecny. Dziesięć lat temu przeżył osobistą tragedię. Na raka umarła jego ukochana żona Hania, pozostawiając go samego z córeczką. Wyrzuca sobie, że może powinien wtedy poświecić jej więcej czasu. Więcej jej dać.


Nigdy nie obnosił się ze swoją religijnością, nie demonstrował jej, choć przyznaje, że z domu wyniósł zasady wiary, bo pochodzi z bardzo religijnej rodziny, a siostra ojca była zakonnicą ze stowarzyszenia sióstr sercanek
Fot. www.rynkowski.art.pl

Śpiewał w Chojnicach poproszony o uczestnictwo w koncercie, podczas którego zbierano pieniądze na budowę kościoła. Teraz, gdy przejeżdża przez Chojnice i widzi jak kościelne mury pną się w górę przepełnia go radość. Od sukcesów nie przewróciło mu się w głowie, chociaż „odloty” artystów w showbiznesie zdarzają się często. Gdy zadzwonił do niego ksiądz Janusz Jezusek z Górki Klasztornej z zaproszeniem na festiwal piosenki Maryjnej też nie odmówił. – Jezuskowi odmówić? Nie wypadało. Jeżdżę na tę imprezę regularnie co roku – mówi Rynkowski.

Nigdy nie obnosił się ze swoją religijnością, nie demonstrował jej, choć przyznaje, że z domu wyniósł zasady wiary, bo pochodzi z bardzo religijnej rodziny, a siostra ojca była zakonnicą ze stowarzyszenia sióstr sercanek. – Nigdy nie współtworzyłem piosenek stricte religijnych. Natomiast, jeżeli zdarza się okazja, by wziąć udział w takim czy innym przedsięwzięciu religijnym, to wtedy stawiam się na zawołanie – mówi Rynkowski. – Obojętnie, czy to są rekolekcje, festiwal piosenki religijnej czy propozycja wyśpiewania „Ośmiu Błogosławieństw” – dodaje. – Staram się dzielić swoim talentem. Zdaję sobie bowiem sprawę, że wiele osób żyje gorzej ode mnie. Dzielić się, to także być z kimś. To nie chodzi tylko o sprawy materialne, nie tylko wspomaganie w bycie, ale i w byciu – podkreśla artysta.

Dr Tomasz Dangel: My, katolicy,dalej będziemy użyteczni

Jako lekarz podjął się roli niełatwej i niezwykłej. Z ogromnym poświęceniem prowadzi Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Przekonuje się na co dzień, że gdy dziecko umiera pierwsze, rodzicom zawsze trudno się z tym pogodzić, bo jest to wbrew naturze. I zawsze pada pytanie: dlaczego? Na które tak trudno znaleźć odpowiedź. Jest lekarzem, którego życiowym celem jest pomagać umierającym godnie odejść. Zrezygnował z pracy w szpitalu, bo nie mógł już patrzeć na sposób, w jaki były traktowane nieuleczalnie chore dzieci i ich rodzice. Nie mógł patrzeć na zbędne w beznadziejnych przypadkach, dodatkowe badania i zabiegi, które już tylko męczyły małych pacjentów. Podkreśla, że w medycynie paliatywnej chodzi o to, by ochronić pacjentów przed dodatkowymi cierpieniami, ulżyć w bólu. Dlatego doszedł do wniosku, że jedyną ochroną śmiertelnie chorych dzieci przed cierpieniem jest zabranie ich ze szpitala do domu lub stacjonarnego hospicjum. Uważa, że rodzice chorych dzieci powinni mieć możliwość wyboru. Dr Dangel wysoko stawia poprzeczkę przed katolikami. Uważa, że wspólnoty parafialne ciągle zbyt mało robią, by wspomagać opiekę rodziny nad nieuleczalnie chorym w domu. Zarówno państwo, jak Kościół oraz oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia podejmują za mało starań w kierunku rozwoju medycyny paliatywnej. W sprawie eutanazji, której problem co i raz powraca w dyskusjach po wejściu Polski do Unii Europejskiej, ma pogląd jednoznaczny: – My, katolicy, nie oczekujemy, że każdy człowiek przyjmie cierpienie w taki sposób, jak przyjął Chrystus czy matka Teresa z Kalkuty. I jeśli nawet ustawa wprowadzająca eutanazję zostanie kiedyś przegłosowana, to my dalej będziemy użyteczni dla społeczeństwa poprzez pomoc w ramach hospicjów – zapewnia.

O wolontariuszach, którzy zgłaszają się do dziecięcego hospicjum nieść pomoc mówi, że to wspaniali ludzie. I jest przekonany, że praca w tym miejscu pozwoli im na wewnętrzne dojrzewanie a doświadczenia z umierającymi sprawią, że będą lepszymi matkami, ojcami, lepszymi pracownikami. Dlatego, że w hospicjum proces ich dojrzewania gwałtownie przyspiesza, bo w rozwoju duchowym człowieka potrzebne są również dramatyczne wydarzenia. Dr Dangel widzi w tym wartość, jaką może dać drugiemu człowiekowi opieka nad nieuleczalnie chorymi. To w żadnym razie nie jest czas zmarnowany.


Wysoko stawia poprzeczkę przed katolikami. Uważa, że wspólnoty parafialne ciągle zbyt mało robią, by wspomagać opiekę rodziny nad nieuleczalnie chorym w domu.
Fot. Archiwum

Alicja Dołowska
Artykuł ukazał się w numerze 05/2006.

Dodaj komentarz