wtorek , 22 Sierpień 2017

Na zachód od Odry

Naród, jeżeli nie ma jasnej myśli politycznej, idzie zawsze tam, gdzie trafia na mniejszy opór.

Ostatnio wznowiona przez Instytut Wydawniczy Pax Troja Północy Zofii Kossak i Zygmunt Szatkowskiego jest książką niezwykłą, a jej ponowne ukazanie się jest, jak się wydaje, nie tylko faktem z dziedziny przypomnienia kolejnej książki naszej znakomitej pisarki, ale ma szansę stać się czymś znacznie więcej. Przede wszystkim dlatego, że publikacja ta, pisana niewiele lat po wojnie według pewnego paradygmatu, miała być jedną z tych pozycji, którą historia i jej rzekome prawa – a raczej stojący za nimi ludzie – skażą na zapomnienie. Przypomnienie czytelnikowi tego tytułu po pierwsze pokazuje istniejące w naszej kulturze zainteresowanie kwestiami zachodnimi, po drugie, ponieważ nic w przyrodzie nie ginie, opisana przez pisarkę historia może się tu i ówdzie przekuć w myśl teraźniejszą, odnoszącą się do państwa i kierunków jego zaangażowania. Oby tak się stało.

Mapa przedstawiająca tereny zamieszkiwane przez plemiona słowiańskie na terenie dzisiejszych Niemiec / Fot. m.taraka.pl

Troja Północy jest zbiorem esejów o bardzo luźnych formach literackich. Łączy w sobie reportaż, nowelę, elementy charakterystyczne dla pracy popularno-naukowej. Rzecz spięta została opisem dziejów Słowian Zachodnich, a właściwie tej ich części, która nie doczekała współczesności, zniszczona w okresie średniowiecza przez napór germański. Opowieść zaczyna się od powstania Państwa Wielkomorawskiego, a kończy na zerwaniu więzów pomiędzy Pomorzem Szczecińskim a Polską. Nie jest to rzecz optymistyczna. Autorzy pozostawiają na kartach książki przestrogę, że zaniedbania ojców zawsze mszczą się na dzieciach i wnukach, oraz starą jak świat prawdę, że nic nie jest dane raz na zawsze. W odróżnieniu od naszych dziejów narodowych, za które wszyscy jakoś tam czujemy się odpowiedzialni, historii naszych zachodnich, nie tak dalekich krewnych nie miał kto napisać. Obodrzyce, Lucice, Czerezepianie, Wagrowie, Ranowie i wiele innych plemion, zamieszkałych między Odrą a Łabą, pozostawiło po sobie jedynie nazwy, a i te są mocno zatarte. Poza tym, od czasu do czasu przejeżdżając przez obszary byłej NRD, zastanawiamy się nad swojsko brzmiącymi nazwami miejscowymi, które zdają się być niemymi, ale jednak obecnymi na tablicach drogowych, mapach i w dokumentach świadkami wielosetletniej obecności Słowian na tych ziemiach.


Być może ktoś przewrotnie zapyta, po co pisać o dziejach czegoś, czego nie ma, o kimś, kto po sobie nie zostawił żadnego znaczącego dziedzictwa. Po właściwej Troi pozostały ślady archeologiczne, wreszcie pamięć o niej zachowana została choćby w Iliadzie. W wypadku Słowian Połabskich nie znalazł się żaden, choćby najbardziej mityczny Homer. To, co zostało w ziemi, nie świadczy o wybitnej kulturze, zaś niechęć Połabian do pisma zdaje się tylko ową niepamięć uzasadniać. Można powiedzieć, że sami sobie są winni. Nawet w naszej historii nie pozostawili po sobie dobrych wspomnień. W końcu to oni, mimo że tak bliscy, tak niechętnie patrzyli na rodzące się państwo pierwszych Piastów, od początku traktując je bardziej jako konkurenta niż potencjalnego sojusznika, z którym wspólnie można było utworzyć wał antygermański, biegnący potencjalnie wzdłuż Łaby. Być może dziś mielibyśmy słowiańskie miasta: Berlin, Lubekę, a nawet Hamburg. Gdyby losy zachodnich Słowian potoczyły się inaczej, dziś jeździlibyśmy koleją z Wrocławia nie do Drezna, a do Drježdźan.


Oczywiście, to są wszystko dosyć luźne fantazje. Tak jak wiele opisów przedstawionych przez Zofię Kossak, i te stanowią jej wizję. Nie wiemy, co dokładnie myśleli ludzie, o których opowiada na poszczególnych kartach. Jedno jest pewne: Słowian nad Bałtykiem i Łabą zgubił przede wszystkim brak pomysłu na siebie. Mimo że w poszczególnych fragmentach książki tego typu sugestia znajduje się raczej jako odniesienie literackie, to nie sposób takiemu spojrzeniu odmówić słuszności. W czasie kiedy Piastowie nad Wartą, a potem w państwie obejmującym dorzecze Wisły i Odry próbowali wykuwać przyszłość dla narodu, co do którego z pewnością mieli co najwyżej mgliste wyobrażenie, wodzowie połabscy tkwili w rzeczywistości, o której byli przekonani, że pozostanie niezmieniona do końca świata. Przywiązani do swoich obyczajów, ustroju i, co najważniejsze, do starych bogów nie zwracali uwagi na zmiany, jakie dookoła zachodziły. Według autorki epopei, mając siłę i potencjał do zatrzymania naporu Sasów, co kilkakrotnie pokazali nad wyraz boleśnie dla tych ostatnich, nie chcieli korzystać z możliwości ostatecznego zniszczenia wroga, który przy nadarzającej się okazji nie miał żadnych skrupułów, by ich po prostu fizycznie zmieść z powierzchni ziemi.


Tezy zawarte w Troi Północy nie są napisane po to tylko, by przywrócić pamięć o owych zagubionych przez historię ludach. Zamiar autorki był znacznie szerszy. Nie chodziło jej tylko o przywrócenie czegoś do obiegu historycznego, tak jak bywa z odkrywanymi przez archeologów artefaktami z cywilizacji, które jak się wydaje, nie pozostają w żadnym związku z  naszą teraźniejszością. Choć w historii w zasadzie wszystko ma związek ze wszystkim, niemniej pewne rzeczy są na tyle odległe, że nie mamy obowiązku poczuwania się do takiego spadku. Nie chodzi o to, że jesteśmy spadkobiercami Obodrytów. To raczej i my, i oni jesteśmy potomkami jakichś praojców Słowiańszczyzny. I nie miejsce tu na spór o to, gdzie i kiedy owi praprzodkowie żyli. Faktem jest natomiast, że Zachodnia Słowiańszczyzna, mimo wymienionych powyżej braków, stawiła czoło pochodowi germańskości na wschód i nim ostatecznie zgasła, zaczął się kształtować etnos, którego jesteśmy spadkobiercami. Obok wizji optymistycznej, według której nad Łabą do dziś żyją Słowianie, możemy przecież wyobrazić sobie również coś odwrotnego, a mianowicie rzeczywistość, w której już w X w. stają się oni integralną częścią germańskiego ośrodka państwowego, przyjmują władzę cesarzy, od nich chrześcijaństwo i za tym całą resztę. W ten sposób już za Bolesława Chrobrego Polska miałaby za sąsiada na całej zachodniej linii granicznej państwo Henryka II. Można powiedzieć, że gdyby to się dokonało, dziś ktoś głęboko zainteresowany mógłby podobną do Troi opowieść pisać o pra-Polakach. Tak się nie stało i dlatego ich obecność w naszej historii jest ważna.


Książka powstała w określonych realiach geopolitycznych i ustrojowych. Bez wątpienia, czytając ją dziś, trzeba o tym pamiętać. Hasła odnoszące się do powrotu na ziemie piastowskie czy nawiązywanie do odwiecznej słowiańskości Nadodrza, polane sosem socjalizmu, bez wątpienia były właściwą oprawą takiego tematu wówczas, natomiast dziś mogą budzić pewien dyskomfort. Być może ktoś już w zanadrzu ma zarzut o tym, że poprzez tę publikację odgrzewa się antyniemieckie resentymenty, czy że tworzy ona klimat dla doktryny panslawistycznej. Na to nic się nie poradzi. Autorzy książki żyli, kiedy żyli. Doświadczenie ludobójstwa, którego dopuścili się Niemcy na narodzie polskim, było ich doświadczeniem zarówno jako członków wspólnoty narodowej, jak i osobistym. Niepokój, jaki Niemcy wywoływali samą swoją obecnością, był w pełni uzasadniony. Stąd też być może poszukiwanie antidotum. Nie wiadomo, czy Zofii Kossak znane były wojenne lub powojenne plany Karola Stojanowskiego, polegające na przymusowej reslawizacji obecnych wschodnich Niemiec. Biorąc pod uwagę jej zaangażowanie polityczne w czasie wojny, coś o nich musiała słyszeć. Przed wojną interesowała się zachodnimi rubieżami polskości, co owocowało tomem Nieznany kraj (który notabene zasługuje na kolejne wydanie), poświęconym Śląskowi. Już wówczas zainteresowanie tymi ziemiami było coraz silniej odnotowywane. Z  pewnością musiało to irytować tych Niemców, którzy zapatrzeni byli w swój Drang nach Osten. Ten przedwojenny klimat na kartach tomu odcisnął swoje piętno i czytając jego poszczególne rozdziały, trzeba o tym pamiętać. Na pewno ważne jest wyczucie przez autorów złotego środka w slalomie pomiędzy tym, co sami autentycznie chcą pokazać, a tym, co chciałyby widzieć ówczesne władze. Do tego musieli przeskoczyć to, co mogłoby być niestrawne dla ówczesnej cenzury. Rzecz nie była łatwa, ale pomijając pewne passusy, w których uważny czytelnik dopatrzy się ceny za możliwość publikacji, rzecz nie zestarzała się na tyle, by nie zasłużyć na wnikliwą lekturę, również jako tekst publicystyczny. Bez wątpienia bowiem wiele uwag i spostrzeżeń niby to wkładanych w usta prawdziwych lub mniej prawdziwych bohaterów poszczególnych rozdziałów, jest rodzajem miniprogramu politycznego.


Wreszcie uwaga dla wytrwałych krytyków. Troja Północy nie jest przyczynkiem badawczym do czegokolwiek. Przeszłość ukazana nieco bajkowo niekoniecznie musiała być tak idylliczna. Nie wszystko, co racjonalnie opisują autorzy, rzeczywiście musiało takim być, ale czy ktoś dziś stawia daleko idące zarzuty Sienkiewiczowi odnośnie do Krzyżaków lub Trylogii? Tamta historia doczekała się swojej bajecznej epopei, z którą nie polemizujemy. Spróbujmy spojrzeć na dzieje Połabia widziane tak, a nie inaczej oczami Zofii Kossak i jej małżonka. Być może dzięki temu wiele się będziemy mogli nauczyć.

Piotr Sutowicz
Zofia Kossak, Zygmunt Szatkowski, Troja Północy, Warszawa 2017.

pgw

Zobacz także w e-civitas:

W Powstaniu na Mokotowie [Instytut Wydawniczy PAX]

Imię i nazwisko autora tej książki prawie każdy skojarzy z bohaterem telewizyjnego serialu „Czas honoru”. …