Home / Opinie | Felietony / Nadchodzą niespokojne czasy dla Polski
Fot. www.fernandogomezherrero.com

Nadchodzą niespokojne czasy dla Polski

Globalny prymat USA jest kwestią pierwszorzędnej wagi dla niepodległości państwa polskiego

Kryzys finansowy zapoczątkowany w  2008 r. uruchomił procesy, które mogą zdemontować architekturę bezpieczeństwa światowego stworzoną przez USA po zwycięskiej II wojnie światowej i wzmocnionej pokonaniem Sowietów na początku lat 90. XX w. Podstawowy wynik tych zmian to pilna konieczność przeniesienia ciężaru polityki USA do Azji i na Zachodni Pacyfik w  celu powstrzymania potęgi Chin, które w najbliższych latach mają szansę stać się państwem o największym potencjale gospodarczym w  świecie. Dominacja Chin w globalnej gospodarce (Sowieci nigdy nie mieli na to najmniejszej szansy) błyskawicznie zmieniłaby świat, a pax americana odszedłby do historii.

Od kiedy Polska na początku XVIII w. stała się słabsza zarówno od Prus, jak i od Rosji, mamy olbrzymie trudności z utrzymaniem własnej suwerenności. Tylko wtedy, gdy zewnętrzny gracz – Stany Zjednoczone – stawał się najsilniejszy na kontynencie europejskim, powstawało geopolityczne miejsce dla istnienia Polski. Tak było przez krótki okres po I wojnie światowej i po pokonaniu ZSRR w „zimnej wojnie”. Obecnie Amerykanie konsolidują swoje zasoby i wychodzą z Europy w  kierunku znacznie ważniejszego Pacyfiku. W Europie nie ma żadnej ciężkiej jednostki lądowej US Army. Są tylko skromne siły lotnicze i batalion szkoleniowy. W Azji Chiny postawiły Amerykanom prawdziwe wyzwanie, a konflikt na Ukrainie zmienia amerykańskie kalkulacje tylko do pewnego stopnia.

SILNI NIE OGLĄDAJĄ SIĘ NA SŁABYCH

Stany Zjednoczone mają swoją grand strategy, której są posłuszne wszystkie administracje amerykańskie od czasu I  wojny światowej. Sprowadza się ona do dwóch wytycznych. Po pierwsze – Ameryka jest potęgą morską oddzieloną od istotnych konkurentów bezmiarem Pacyfiku i Atlantyku. Jej bogactwo i siła opiera się na handlu morskim, którego zasad i  bezpieczeństwa strzeże dominująca na oceanach US Navy. To pozwala architektowi porządku światowego kontrolować globalizację, promować korzystne dla siebie zasady handlu światowego, utrzymywać rolę dolara w  rozliczeniach międzynarodowych oraz podtrzymywać korzystne dla siebie sojusze i  systemy kolektywnej współpracy, w  których USA są największym udziałowcem. Po drugie – jedynym obszarem, gdzie może się narodzić konkurent do dominacji, jest Euroazja z  jej ogromem, przestrzenią, populacją oraz zasobami naturalnymi. Z geopolitycznego punktu widzenia reszta globu to mało istotne wyspy. Podstawowym zadaniem przywódców Stanów Zjednoczonych jest nie dopuścić, by w Euroazji jeden podmiot zdominował jej zasoby, co pozwoliłoby gospodarczo lub militarnie pokonać Stany Zjednoczone. Powyższa obawa zadecydowała o przystąpieniu USA do obu wojen światowych w celu powstrzymania perspektywy hegemonii Niemiec oraz do zimnej wojny w celu powstrzymania Związku Sowieckiego. Aby osiągnąć ten cel, Stany Zjednoczone potrzebują (poza kontrolą mórz i oceanów otaczających Euroazję) mieć pod kontrolą polityczną wyspy-przyczółki decydujące o  równowadze sił w Azji (Japonię) i Europie (Wielką Brytanię) oraz politycznie podporządkować lub przynajmniej przyjaźnie kontrolować pas krajów przylegający do wód okalających Euroazję, zwany w geopolityce Rimlandem. Tak się składa, że wszystkie państwa Rimlandu da się podporządkować gospodarczo i  militarnie tzw. projekcją siły morskiej. W głębi Euroazji znajduje się geopolityczny Heartland, który – zamknięty w kontynentalnej przestrzeni – jest odporny na oddziaływanie potęgi morskiej, ale w istotny sposób dseparowany od zawsze zyskowniejszego handlu morskiego, co wpływa na mniejszą prosperity Heartlandu i większe koszty obrotu kapitału, co ma określone konsekwencje dla aktywności ludzkiej. Sercem Heartlandu jest Rosja.

Prymarną cechą geopolityczną Euroazji jest wieczne napięcie pomiędzy Heartlandem a Rimlandem, wynikające z samej geografii oraz natury pracy ludzkiej i pracy kapitału. Czasami w to napięcie interweniują Stany Zjednoczone zainteresowane utrzymaniem korzystnej dla siebie równowagi w Euroazji. Natomiast pomiędzy zamkniętym kontynentalnie Heartlandem a otwartym na szerokie wody i żywszym gospodarczo Rimlandem leżą państwa buforowe, upchnięte w uskoku geopolitycznym pomiędzy potężnymi siłami, niejako w  korytarzu. Państwa buforowe to przede wszystkim położona na Nizinie Środkowoeuropejskiej Polska oraz stanowiąca drzwi do centrum rosyjskiego Heartlandu Ukraina. Kontrola nad nimi ma kluczowe znaczenie dla równowagi sił w Euroazji, tyle że interesy poszczególnych graczy: USA, Niemiec i Rosji, są rozbieżne. Ukraina i  Polska mają też własne interesy, ale zyskałyby one znaczenie tylko wówczas, gdyby waga geopolityczna tych państw (tj. ich siła militarna i/lub ekonomiczna) zmusiła potężniejsze Niemcy, Rosję i  USA do brania ich pod uwagę. W innym wypadku państwa te są jedynie przedmiotem gry silniejszych i – co warte podkreślenia (choć polskie uszy nie lubią tego słuchać) – stanowią często przeszkodę dla stabilizacji systemu międzynarodowego opartego o „poszukiwaną” w międzynarodowych napięciach i w ich wyniku znalezioną nową formułę równowagi. Stąd zdarzało się, że wobec państw powyżej opisanej crashzony pojawiały się epitety o „bękartach wersalskich” czy „państwach sezonowych”.

Rady dla Polski

Tak wygląda sytuacja wyjściowa Polski. Zadaniem na teraz jest odnaleźć się w bardzo złożonej i  trudnej sytuacji w obliczu nieuchronnych zmian w systemie międzynarodowym, konfliktu mocarstw na linii Heartland – Rimland, próby emancypacyjnej polityki Niemiec wobec USA i NATO oraz, przede wszystkim, wobec narastającego konfliktu na Ukrainie.

Bardzo prawdopodobne jest, że wchodzimy w  okres zwiększonego ryzyka wojny w  regionie. Rosja musi utrzymać kontrolę nad Ukrainą, jeśli chce być imperium i  mniej lub bardziej równorzędnym partnerem dla USA, Unii Europejskiej i Chin. W przeciwnym razie na długie lata stanie się krajem podrzędnym, zacofanym ekonomicznie i zostanie podporządkowana któremuś w trzech wyżej wymienionych podmiotów. Amerykanie mają szansę „przejąć” Ukrainę i przesunąć granice swojego imperium w głąb Heartlandu, tym bardziej, że ukraińska armia zaczyna sobie lepiej radzić z utrzymaniem jedności państwa ukraińskiego. Rosjanie w nadchodzących miesiącach zostaną postawieni przed sytuacją, w której będą musieli się zdecydować, czy w obliczu niepowodzenia swoich planów destabilizacji Ukrainy dokonać pełnej inwazji wojskowej. Są już sygnały świadczące, że ta opcja jest bardzo poważnie brana pod uwagę na Kremlu. Jeśli tak się stanie, Polska znajdzie się wówczas w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Armia ukraińska, dotychczas niedoinwestowana i źle uzbrojona, rozproszona jest wzdłuż frontu o długości 700 kilometrów na wschodzie Ukrainy. Armia rosyjska może tymczasem dokonać uderzenia z kierunku białoruskiego, kurskiego, rostowskiego, krymskiego oraz z Naddniestrza, a  zatem właściwie z każdej strony z wyjątkiem kierunku polskiego. To bardzo komplikuje obronę Ukrainy. Ukraińcy i Amerykanie mogą wówczas wywrzeć na Polskę ogromną presję, by dostarczyć pomocy walczącej stronie ukraińskiej. Pomoc ta może przyjąć różne formy, może też chodzić po prostu o nasze wojska. To bardzo niebezpieczna logika zdarzeń. Musimy być na to wojskowo i politycznie przygotowani. Tym bardziej, że może ona być już obecna w głowach rosyjskich oficerów sztabowych i  planistów, co oznacza, że Polska w kalkulacjach wojskowych jest postrzegana jako przeciwnik, którego należy wyeliminować.

Sytuacja potencjalnej polskiej pomocy na Ukrainie jako żywo przypomina wyprawę kijowską Piłsudskiego wiosną 1920 r., gdy chcieliśmy pomóc stworzyć państwo ukraińskie niezależne od Moskwy. Wtedy się to nie udało i sami musieliśmy ratować nasze państwo od unicestwienia.

Obecnie nasze siły zbrojne pozostawiają wiele do życzenia. Potrzebujemy czasu, by przeprowadzić proces modernizacji. Niezbędne wydaje się zwiększenie liczebności profesjonalnej armii operacyjnej oraz wydatków na obronność. Konieczne jest pozyskanie zdolności odstraszania przeciwnika na poziomie strategicznym. Chodzi o możliwość uderzenia w kluczowe ośrodki władzy i kierowania siłami zbrojnymi Federacji Rosyjskiej. Powinniśmy się spieszyć. W każdym scenariuszu przyszłości naszego regionu możliwe są konflikty zbrojne, zwłaszcza jeśli demontaż obecnego systemu międzynarodowego będzie kontynuowany w  wyniku dalszej dynamicznej zmiany układu sił pomiędzy graczami. Stary system wyczerpał swoją formułę i  stracił równowagę, a wykuwanie nowego to bolesny i często okupiony stratami proces. Ktoś zyskuje, ktoś traci. Rzeczpospolita musi być gotowa przejść przez ten okres. Do tego są jej potrzebne siły zbrojne, które mogłyby to zapewnić, nawet w otwartym konflikcie, który staje się coraz bardziej prawdopodobny.

Jacek Bartosiak

Członek Rady Fundacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych, zajmuje się analityką związaną z bezpieczeństwem narodowym oraz sprawami międzynarodowymi

Artykuł ukazał się w sierpniowo-wrześniowym numerze Miesięcznika “Civitas Christiana”

mm