Home / Historia / Nie ucz się domu (O kilku poetach polskich z dawnych Kresów)

Nie ucz się domu (O kilku poetach polskich z dawnych Kresów)

Machinalnie napisałem nadtytuł: „Literatura na wygnaniu”, bo tak się nazywa jakiś czas temu rozpoczęty cykl, ale tutaj tytuł ten nie wydaje się na pozór adekwatny. Ci ludzie, ci poeci, o których piszę, nigdy i nigdzie nie emigrowali, oni są lub długo byli tam, gdzie się urodzili, na ojczystej ziemi, tylko choć są Polakami, to ich miejsce bez ich wiedzy i woli, przestało być Polską. A więc jednak nadtytuł zostaje.

Jeżeli uważasz że
tylko to się liczy
skoro koniecznie
musisz się uczyć czyichś
kroków
włosów
głosu
rąk
błagam: nie ucz się domu
niełatwo ci będzie zapomnieć
pośpiech kroków
zapach włosów
barwę głosu
ciepło rąk
muszla zawsze pełna morza.

Lecz dom zawsze pozostaje, w rzeczywistości lub w pamięci, czyli także w poezji. Taki można wyciągnąć wniosek z wiersza Józefa Szostakowskiego (ur. 1953), wilnianina, poety, historyka polskiej prasy na Litwie od dawnych początków aż po koniec XX wieku.

Romuald Karaś, nie tylko największy znawca kresowej kultury literackiej (od czasów pradawnych do dziś), lecz przede wszystkim człowiek, który najwięcej zrobił dla jej podtrzymania i dalszego rozwoju, w wywiadzie udzielonym naszemu pismu („Pod wiatr”, w numerze grudniowym 2008), dał wyraz swemu przekonaniu, że wiersze poetów polskich zza wschodniej granicy są niejednokrotnie więcej warte, niż twórczość krajowa tych, którzy krytykują (bez znajomości rzeczy) swoich kolegów z Wilna i innych miejsc, uważając ich prace literackie za jakiś margines bez większego znaczenia. A gdy zapytałem go o talent największy w tej grupie kilkudziesięciu poetów, odpowiedział bez wahania: Alicja Rybałko.

Urodzona w 1960 r., z wykształcenia biolog, ma doktorat z genetyki, obecnie mieszka w Niemczech, w czterdziestym roku życia szczęśliwie urodziła bliźniaki. Utalentowana poliglotka, tłumaczka z litewskiego i szwedzkiego, wkrótce zapewne też z niemieckiego, ale przede wszystkim poetka, rozporządzająca własnym idiomem, w której wierszach każde słowo, każdy wers, każda fraza, przy maksymalnej lakoniczności, nabrzmiałe są – że tak powiem – rosnącym znaczeniem. Bezradni krytycy (sam też jestem bezradny, gdy próbuję syntetycznie ująć istotę jej poezji) szukają porównań: z Jasnorzewską-Pawlikowską (najczęściej), z Wisławą Szymborską, z wielką (choć tak skromną w życiu i w tekstach) Iłłą, czyli Kazimierą Iłłakowiczówną (Karaś); mają rację cząstkową, ale Alicja Rybałko jest osobna, z wielką Damą Poezji z Krakowa łączy ją liryzm (ale inny niż tamtej), z polską Noblistką – pewne sardoniczne czy ironiczne puenty wierszy, zaskakująco przełamujące liryczny nastrój. Ale nigdy Rybałko nie kontestuje świata w całości, jak Szymborska, natomiast udaje jej się coś, co Jacek Trznadel nazwał „ocaleniem tragizmu”. Trzeba by poświęcić długą rozprawę, by dowieść tych słów, będących zaledwie intuicją.

Tutaj jest środek świata.
Stąd już tylko do nieba.
Wilno soczystokremowe
swym głodomorom przebacz.
Zstąp z zamarłych obrazów
i z amatorskich migawek,
We wszystkich miastach świata
zawalcz o naszą sprawę.
Niech zaglądają nam w dusze
Madonny po obcych kościołach.
To tylko siostry tej naszej.
Odejdą, gdy ona zawoła.

(1997)

Ogromna część wierszy, właśnie tych lirycznych, poświęcona jest przeżyciom osobistym.

Chciałoby się cytować i cytować. A oto tylko jeden z nich.

Z każdym dniem jest mi bliżej
do ciebie i do śmierci.
Ludzie milczą lub szydzą.
Nie wiedzą jak się tęskni.
Strzelają w górę liście,
potem pękają kasztany.
Ty jesteś jak powietrze.
Przykładam je do rany.

Poetka jest mistrzynią we władaniu polszczyzną, jak również językiem litewskim, niejednokrotnie też ujawnia pewne autorefleksje na ten temat. Oto najbardziej lakoniczna z nich:

Język polski jest pełen szelestów,
litewski zaś – pełen syków.
Jak żmija na suchych liściach.
Dwie hostie na moim języku.

Ponad 20 lat temu poetka napisała utwór, który zatytułowała Wiersz o Polonii radzieckiej. Trzeba wiedzieć coś o rozterkach Polaków na Litwie, gdy trwała w ZSRR pierestrojka, choćby z książki Być Polakiem na Litwie Macieja Mieczkowskiego (syna Romualda, o którym za chwilę), wydanej w 2005 roku, żeby w pełni ten czterowiersz pojąć. Dla mnie jest wstrząsający.

Rysują mi na mapach kresy jako kreski.
Ta ziemia taka piękna, a płakać nie wolno.
Tulą się do mych kolan dwa zziębnięte pieski:
Ten się wabi Ojczyzna, a ten drugi
– Wolność.

To jedynie przedsmak tego, co zawierają skromne, ale jakże wartościowe, tomiki wierszy Alicji Rybałko. Wielka poezja.

* * * * *

Romuald Mieczkowski (ur. 1950) to człowiek – instytucja w Wilnie. Człowiek – instytucja polska. Dziennikarz, autor programów telewizyjnych, współtwórca i redaktor czasopisma „Znad Wilii”, animator kultury polskiej w Wilnie i nie tylko, organizator spotkań artystów i pisarzy „Maj nad Wilią”, twórca nowoczesnej galerii artystycznej, w której urządzono wiele wystaw różnorakiego malarstwa. I poeta. Chociaż myślę, że nie przede wszystkim poeta, co przy takiej rozległości działań jest zrozumiałe. Ale na pewno od poezji zaczynał w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Posłowie do tomiku W Ostrej Bramie (1990) R. Karaś zatytułował Wierny Polsce. Mieczkowski był też od początku zwolennikiem niepodległości Litwy, wychodząc z założenia, że tylko w niepodległej Litwie Polacy będą mogli znaleźć swoje miejsce. Wielu miało mu to za złe, ale, oczywiście, nie było innego wyjścia, chociaż Polacy na Litwie nie do końca znajdują należne sobie miejsce. I to nie z ich winy. Natomiast, jeżeli kultura polska, nie tylko literacka, na Litwie trwa i rozwija się nadal, to lwią część zasług w tej mierze należy przyznać Mieczkowskiemu. Jego działalność zna Polonia w Kanadzie, USA i na Zachodzie Europy. W 1975 roku napisał krótki wiersz, który – przynajmniej jako pars pro toto – można by uznać za programowy:

Sekunda po sekundzie
minuta po minucie
mijają lata —
ścierają się sprężynki
chronometrów
lecz nie ścierają się
uczucia

Warto podkreślić, że lakoniczność wypowiedzi poetyckiej cechuje prawie całą tę plejadę artystów słowa. Przy tym, jakkolwiek tematyka wileńska czy w ogóle lokalna, zajmuje sporo miejsca, to jednak wszyscy oni – Rybałko, Mieczkowski, Szostakowski, Wojciech Piotrowicz, o którym poniżej, i inni – sięgają też po problematykę ogólnoludzką, filozoficzną, socjologiczną, psychologiczną, różnicują formę (np.. wiersze Szostakowskiego z tomiku Czerwone gile pobrzmiewają jakimś echem akmeistów rosyjskich), emocje poddają intelektualnej ocenie. Ale uczuciowość, właśnie taka kresowa (nie chodzi jedynie o miłość czy nienawiść, lecz o jawnie uczuciowy stosunek do świata i ludzi w ogóle) jest dla nich wszystkich, w różny sposób, charakterystyczna. To ich broni przed awangardowymi zboczeniami, przed pójściem w kierunku, bo ja wiem, oschłej poezji lingwistycznej (choć nieźle umieją bawić się słowami), w większości jednak wyznają zasadę awangardzisty – Juliana Przybosia – jak najmniej słów. Mieczkowski:

Kiedy staniesz nad przepaścią
Uśmiechaj się —
Nóż przystawiony do gardła
Pachnie chlebem
Niebieskie oczy kata
Mają kolor nieba —
Pod tobą ciepło ziemi

Ten wiersz powstał w roku 1974. Mnie on ponadto przypomina ton i przesłanie listów św. Tomasza Morusa (patrona dziennikarzy!) z więzienia do bliskich. I ten moment, gdy zwrócił się do kata o szczególną precyzję ciosu, gdyż miał krótka szyję. A nadto – jest w nim coś z postawy Herberta: apelowanie o cnotę odwagi…

Wojciech Piotrowicz (ur. 1940, w zaścianku Obiejucie, w powiecie święciańskim), z wykształcenia matematyk – to drugi człowiek – instytucja polska w Wilnie. Matematykę i informatykę, począwszy od roku 1981, zamienił na dziennikarstwo – gazetowe, radiowe i telewizyjne. Tłumacz, poliglota, zna litewski, starolitewski, białoruski, Wilno i Litwa, z jej historią, nie mają dlań tajemnic. Cenny współpracownik Antologii Wileńskiej pod redakcją R. Karasia. W poezji cechuje go precyzja słowa, pewien pozorny chłód, pod którym ukrywa uczucia, ale potrafi też być niezwykle bezpośredni, jak w wierszyku pt. Bieniakonie:

Bieniakonie osada niewielka
ale piękna i cicha o tyle
że usłyszysz jak rosy kropelka
zmywa płytę co kryje Marylę
jak liść żółty odwieczny klon roni
na kamienie na resztki metalu
na legendę w pamięci opalu
i na ciszę żaden dzwon nie dzwoni
Wieków tchnienie omuska ci skronie
i pamiętne będą Bieniakonie

A oto kunsztowne zakończenie wiersza o krajobrazie ziemi święciańskiej (bez tytułu). Zwykłe, lecz jak dobrane słowa:

I na tej ziemi malowniczej
niebogatej może glebie
trud znojny leje mleko w ziarna
pęcznieje urodzaju trzos
w łuk złoty zgina słomę hardą
dojrzewa ociężały kłos
i szepcze z wiatrem najpiękniejszą
odwieczną cichą pieśń o chlebie

I jeszcze tylko krótki wiersz Aliny Lassoty (1962), która, po przeniesieniu się do Warszawy, napisała o sobie, czy też o swoim rodzinnym mieście: Wilno, w którym się urodziłam, studiowałam, pracowałam – stanowi odskocznię wspomnień: pożegnania, powroty, miłość, Ostrą Bramę…

Miłości zabić się nie da Miłości zabić się nie da — bo stanie się cieniem, obłokiem… I w każdą wejdzie modlitwę I w każdym przemówi Ołtarzu… A jeśli nawet – cmentarzem, kamienie krzykną – Hosanna! A chór świec zanuci hymn Życia.

(1995)

To jedynie kilkoro z kilkudziesięciorga tych, dzięki którym żyje polska kultura literacka na dawnych Kresach, skąd wyrosła kiedyś jej artystyczna moc.

Jerzy Biernacki

Artykuł ukazał się w numerze 05/2009.

Dodaj komentarz