pixabay.com

Niepodległość a… niepodległość

Okrągłe rocznice zdają się sprzyjać rozważaniom szerszej natury. Niby co roku wspominamy okoliczności odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r., ale sto lat, jakie minęło od tamtych wydarzeń, jest perspektywą, która pozwala na pewne rzeczy spojrzeć z jednej strony z dystansem, a z drugiej zastanowić się szerzej nad tym, czym tytułowa, odmieniana przez wszystkie przypadki „niepodległość” była właśnie wiek temu, czym jest dzisiaj, a czym winna być. 

W  wypadku tej ostatniej kwestii powstają pytania dodatkowe: czym ma być dla nas, a czym dla tych sił, które patrzą na nas z perspektywy zewnętrznej, przyjacielskiej lub wrogiej. Wszystkie postawione tu zagadnienia można osadzić w  perspektywie historycznej, uaktualniając o  okoliczności i  relacje charakterystyczne dla naszego „dzisiaj”. Nie oznacza to, oczywiście, że wszystko już było, ale tylko to, że historia, jak zawsze, jest nauczycielką życia.

100 lat temu

W  wyniku I  wojny światowej i wydarzeń, jakie w powiązaniu z nią miały miejsce, pojawiła się realna szansa na odbudowę państwa polskiego. Oczywiście, na wydarzające się fakty należy nałożyć wiele procesów, w tym kluczowa pozostaje akcja i wola samych Polaków, którzy dali jej wyraz. Mimo braku jednomyślności w kwestii dróg prowadzących do celu, ten był jasny – niepodległość. Społeczeństwo wszystkich trzech zaborów przejawiało ujawnioną działaniem chęć zerwania z  trwaniem w  dotychczasowych układach politycznych. Ten ostatni fakt pozostaje o tyle kluczowy, że równolegle do tworzenia się zrębów polskiej państwowości tworzone były, czy też próbowały się tworzyć w naszej części Europy, inne państwa, przy czym wola społeczeństw na ich terenach była na tyle słaba, że poza pewnym efemerycznym zaistnieniem nie udało im się ugruntować swego miejsca na mapie. Przede wszystkim chodzi tu o Ukrainę powołaną do życia przez państwa centralne w  początkach roku 1918, czy Białoruś, której nie udało się wyjść poza szczątkowe formy bytu państwowego. Elity narodowe dążące do wytworzenia się jednolitej władzy politycznej w wypadku obu ośrodków okazały się zbyt słabe, by przekazać rzeszom idee niepodległości.

Nieco inaczej potoczyły się losy państw nadbałtyckich czy Finlandii W przypadku Litwy, Łotwy i Estonii niepodległość udało się utrzymać przez najbliższe dwadzieścia lat po zakończeniu I wojny, a następnie odwołać się do niej w okolicznościach rozpadu Związku Radzieckiego w początku lat 90., Finlandia natomiast okazała się trwałym elementem na mapie Europy, jej zmagania z  sowiecką Rosją w latach 1939–40, a następnie 1941-44 pokazały, że nie jest jedynie historycznym wypadkiem przy pracy. Istnienie trzech słabo zaludnionych państw na północny wschód od Polski wywołało kwestię: jaką drogą powinny one zmierzać, by ich byt polityczny stał się w tym miejscu mapy czymś trwałym.

Dla jasności należy wspomnieć o  całym szeregu nowych państw, które powstały choćby na ruinach monarchii austro-węgierskiej: Czechosłowacja, narodowa Austria, ograniczone do państwa etnicznego Węgry czy Jugosławia, która była końcowym procesem tworzenia słowiańskich państw na Bałkanach. Niektóre z wytworzonych wówczas organizmów istnieją do dziś, niektóre dalece się przebudowały, niemniej jedno jest pewne: idea państw narodowych w tej części Europy nie okazała się jedynie epizodem. Odrodzona w takich okolicznościach Polska nie była wprost kontynuacją tej, która zniknęła z mapy w roku 1795, choć w swych tradycjach się do niej odwoływała, a jej historię uważała za swoją, co jest rzeczą kluczową.

Niepodległość

Ludzie deklarujący przynależność do narodu polskiego chcieli żyć w niepodległym państwie. Oczywiście, poziom wyrażania tej chęci w  różnych okolicznościach światowego konfliktu różnie wyglądał. Niejednokrotnie artykułowano kwestię autonomii kulturalnej, monarchicznych unii personalnych, nadrzędność kwestii zjednoczenia Polaków w jednym państwie względem postulowania tworzenia odrębnego państwa tu i teraz, czy też tworzenia, nawet w  obrębie państw zaborczych, wojska odwołującego się do polskiej przynależności narodowej po to, by w określonych okolicznościach mogło ono skierować swe bagnety nawet w  stronę dotychczasowych sojuszników w  imię niepodległości właśnie. Do dziś historycy kłócą się, jaka postawa była bardziej słuszna i  póki co spór ten będzie trwał, nikomu nie czyniąc krzywdy.

Przywódcy poszczególnych obozów politycznych chcieli Polski oraz władzy nad nią, przy czym sposób jej sprawowania był sprawą wtórną. Najważniejszy był sposób jej funkcjonowania, a  wiec jak największe uniezależnienie się od czynników zewnętrznych. Po ponad wieku braku możliwości samostanowienia funkcjonowanie państwa wiązało się dla konstruujących go elit z maksymalną niezależnością. W  tym względzie społeczeństwo zdawało się akceptować takie założenie niepodległości, czyniąc z  niego fundament nowej rzeczywistości. Ujawniło się to zarówno w czasie powstań śląskich, zrywu wielkopolskiego, obrony Lwowa czy całego szeregu mniejszych akcji, kończących się odbieraniem władzy obcym siłom. Polakom generalnie się udało – nie tylko stworzyli państwo, lecz także zarówno wysiłkiem dyplomatycznym, jak i militarnym skonstruowali go jako stosunkowo duże, mogące w przyszłości odgrywać znaczącą rolę w konkretnej rzeczywistości tej części Europy. Być może ten swoisty sukces zaważył na powstałym w  dwudziestoleciu międzywojennym i rosnącym w latach trzydziestych apetycie na więcej. Wyrażało się to w  aspiracjach, będących raczej mrzonkami, kolonialnych, ale również w  propagandzie wmawiającej społeczeństwu „imperialność” państwa. Trudno dziś wyrokować, czy Polska mogła uniknąć katastrofy wrześniowej roku 1939, ale propaganda głosząca niezwyciężoność państwa z  pewnością przyczyniła się do szoku społecznego wywołanego tym, co się później wydarzyło. Pomijając głęboki spór, czy można było zmienić bieg dziejów, trzeba stwierdzić, iż na pewno polska polityka w  tamtym czasie popełniała błędy, lecz jednego nie można jej odmówić: „niepodległość” była jej paradygmatem, do którego zmierzały następne pokolenia.

Traktaty i „wartości” jako nowe paradygmaty

Po roku 1989 ogłoszono w  Polsce wolność. Na poziomie politycznym miała ona się ujawniać w różny sposób – najczęściej poprzez demokrację polityczną, w ramach której społeczeństwo mogło wypowiadać się w kwestii dobra wspólnego. Założenie, że tak się stanie, z gruntu gdzieś tam słuszne, szybko zostało obwarowane całym ciągiem pojęć, zjawisk i  traktatów, które wraz z  postępem historii coraz wyraźniej ograniczały swobodę myślenia. W życiu publicznym wprowadzono pojęcie „politycznej poprawności” do tej pory u  nas nieznane, co nie znaczy, że samego zjawiska nie było. Bardzo szybko dotychczasową, komunistyczną nowomowę zastąpiono inną, a nic nieznaczące „wartości demokratyczne” zastąpiły „niepodległość”. Społeczeństwo wobec tych procesów zachowało się generalnie biernie. Na pewno złożyło się na to wiele przyczyn. Jedną z nich bez wątpienia jest fakt, że podmiana elit, jakie wyłoniły się w nowej rzeczywistości, była generalnie fikcją. Oczywiście również w 1918 roku Polska skorzystała z polityków, wojskowych, czy urzędników narodowości polskiej do tej pory służących obcym, jednak w większości ich lojalność wobec nowego państwa nie pozostawiała wątpliwości. Złożyło się na to wiele przyczyn, których geneza sięga głęboko w historię wieku XIX i trzeba by na ich analizę poświęcić wiele miejsca. Najogólniej można je oddać w  stwierdzeniu, że narodowość okazała się ważniejsza, niż polityczna przynależność do państw rozbiorczych.

Po roku 1989 elity okazały się myśleć dokładnie na odwrót. Zdobytą w Polsce władzę chciały jak najszybciej przerzucić na barki kogoś innego. Zakres niepodległości czy jakiejś autonomii narodowej stawał często na drugim planie. Europeizacja, która według niektórych mocnych krytyków przemian końca wieku XX była lustrzanym odbiciem ładu sowieckiego, widziała w  obywatelach państw przede wszystkim konsumentów i  robotników, mobilną siłę roboczą, której trzeba było szybko nadać jakąś stosowną do tych potrzeb tożsamość. Naród i  narodowość stawały się bardzo szybko eksponatami muzealnymi. Oczywiście głębokiej przemiany społeczeństwa takiego jak polskie – przywiązanego do pewnych pojęć i  symboli – nie da się przeprowadzić z  dnia na dzień, niemniej pracowano cierpliwie. Czasami ktoś się w jakimś momencie reflektował, ale szybko go uciszano, najczęściej głosem „wolnych mediów”. Niepodległość zastępowano traktatami i  paradygmatami, które miały być wprowadzane w życie w zgodzie z nowymi wartościami. Skutek miał być taki, że pytania o stare paradygmaty miały nie padać.

A  jednak padały i  padają. Jest oczywiste, że nowe czasy są inne. Globalizacja wymusza stawianie kwestii granic wolności państwa i  współpracy międzynarodowej w skali, której kiedyś nie było. Wiemy, że nie jesteśmy imperium, lecz średniej wielkości narodem, co prawda wielkim kulturą i  dorobkiem myśli, ale jednak o  określonym niezbyt wielkim potencjale. Zadaniem państwa jest go pomnażać, jeśli czyni ono coś innego, to trzeba pytać, kto jest jego mocodawcą. W imię dziedzictwa pozostawionego przez pokolenia, które swe życie poświęciły niepodległości narodu nie możemy uciec od brzemienia bycia wolnymi, bo tak nam może być wygodniej. Akuratność nie jest wartością, dla której warto żyć.

Piotr Sutowicz

/md

Zobacz także w e-civitas:

Święci nieznani, święci zapomniani

1 listopada Kościół katolicki wspomina nie tylko znanych, ale również zapomnianych, nieznanych i anonimowych świętych. Każdego …