Home / Historia / Nieznane Orlęta Grodzieńskie

Nieznane Orlęta Grodzieńskie

W społecznej pamięci mocno zapisane są czyny Orląt Lwowskich, bohaterstwo harcerzy Powstania Warszawskiego. Oba miasta zostały odznaczone orderem Virtuti Militari – Lwów za obronę przed wojskami ukraińskimi w 1918 roku, Warszawa nie tyle za Powstanie, co obronę przed najazdem niemieckim w 1939 roku. Jest jednak i trzecie miasto, którego mieszkańcy godni są tego odznaczenia. To Grodno za obronę przed Sowietami w 1939 roku.

Grodno było miastem, w jakim, pomimo jego ogromnej wagi, wyżsi dowódcy Wojska Polskiego, po agresji sowieckiej, nie planowali stawiać oporu. Los zostawił je na pastwę Sowietów. Przeważyła gorączka ewakuacji. Paradoksalnie bolszewicy traktowali ten punkt na mapie, jako bardzo trudny do zdobycia. Przed wojną i we wrześniu 1939 usytuowana tam została siedziba bardzo silnego garnizonu. Jednak przytłaczająca większość żołnierzy pomaszerowała na zachód, by bronić kraju przed Niemcami. Stawiać opór mogły, w teorii tylko oddziały w sile dwóch niepełnych batalionów. Obrońców liczyć należy między tysiącem a tysiąc pięciuset ludźmi, do czego trzeba dodać jeszcze żołnierzy biorących udział w walce – tylko częściowo, dopiero od 21 września.

17 września uaktywnili się w mieście dywersanci sowieccy, w sporej części, wg relacji świadków byli to ludzie narodowości żydowskiej, którzy nosili czerwone opaski. Wojsko Polskie poradziło sobie szybko z takim przeciwnikiem. Nie należy obciążać całej społeczności żydowskiej miasta. Obywatele polscy tej narodowości stanowili, bowiem ok. połowy mieszkańców 58. tysięcznego Grodna. Komuniści stanowili niewielki odsetek. Ponadto mieszkańcy pochodzenia żydowskiego również brali udział w obronie. Należy wspomnieć, że pewności siebie dodała sowieckiej V kolumnie ewakuacja urzędników, łącznie z prezydentem miasta.

Tego dnia wrócił do Grodna gen. Józef Olszyna-Wilczyński. Obrona miasta jego zdaniem nie miała sensu. Doradził oficerom ewakuację pozostałych tutaj wojskowych i udał się w kierunku granicy z Litwą. Zmieniający się dowódcy, stojący na czele szczątkowego garnizonu, albo nie wierzyli w możliwość obrony miasta i traktowali ten obowiązek jako beznadziejną konieczność, albo wręcz byli nastawieni na ewakuację.


Sowieci w marszu na Grodno  | 

Pozytywną, wręcz odżywczą rolę w historii odegrali wiceprezydent miasta Roman Sawicki oraz komendant Rejonowej Komendy Uzupełnień – dowódca 31 batalionu mjr Benedykt Serafin. Obaj popierani przez mieszkańców miasta, nie pokazywali po sobie defetystycznych nastrojów.

Przygotowania do obrony

Mieszkańcy, zgodnie z zaleceniami dowodzących, zaczęli wznosić zapory przeciwczołgowe i kopać rowy. Oczywiście nie było sił na organizację obrony na przedpolach miasta. Panował jednak powszechny zapał do obrony, zaś siły polskie uzupełniła policja państwowa. Pojawiali się cywile – ochotnicy, którzy dopiero, co włożyli mundur wojskowy. Jednym z nich był np. wg relacji szkolny woźny, obsługujący kuchnię polową. Jego postawa patriotyczna, nie była odosobnionym przykładem. Śpiewał piosenki wojskowo – patriotyczne, żartował i dowcipkował. Wbrew tragicznej sytuacji wśród Polaków panował humor porządek i dyscyplina. Przywdziali także mundury chłopcy ze szkoły ogrodniczej. Kobiety przygotowywały nosze oraz bandaże, wlewały benzynę do butelek, które zarekwirowano z miejscowej rozlewni spirytusu.

19 września do „rozpoczęcia roku szkolnego” została wezwana przez megafon młodzież szkolna. Przykładowo ok. 100 uczniów zgromadziło się w kaplicy gimnazjalnej. Obecny tam ksiądz Wiktor Potrzebski wspominał chłopcom o walkach z bolszewikami w 1920 roku. Powiedział, że teraz czas na nich. Jedna trzecia otrzymała stare francuskie karabiny, używane na lekcjach przysposobienia wojskowego. Do grona ochotników dołączali żołnierze z rozbitych oddziałów, szkół zawodowych, harcerze, młodzież robotnicza ze Związku Młodej Polski młodzi ludzie z okolicznych wsi.

Bolszewicki najazd na miasto Rankiem 20 września pierwsze czołgi sowieckie wdarły się do miasta, od południowego zachodu. Ten fakt, pogorszył położenie obrońców, którzy spodziewali się uderzenia od wschodu. Stało się to dla Sowietów możliwe, ponieważ ich jednostki wykonujące manewr, miały uprzednio uderzyć na Białystok. Tanki przejeżdżały spokojnie przez most. Dopiero czwarty czołg został trafiony z działka przeciwlotniczego. Pierwszy tank dojechał na ul. Mostową i strzelił w kierunku koszar. Dostał jednak butelką z benzyną od jednego z żołnierzy. Czołg pali się, jeden z tankistów wyskakuje i płonąc, pada koło dymiącej maszyny – pisał świadek wydarzeń.

Jeden z czołgów zatrzymał się, gdy młody żołnierz wraz z cywilnym mieszkańcem podciągnęli przeciwlotniczą armatkę na 400 metrów i strzałami uszkodzili gąsienicę. Zaraz zjawili się uczniowie gimnazjum, którzy nocowali jako „rezerwiści” na komisariacie policji i napełniali butelki z benzyną. Obrzucili nimi uszkodzony czołg, który spłonął. Nikt nie usiłował z niego uciekać. Nastąpił wybuch amunicji, który zabił całą załogę.

Walka z czołgami

Kolejny pojazd, zaatakowany przez mieszkańców wbił się w wystawę sklepową, a czołgiści, zostali wzięci do niewoli. Inny czołg sowiecki ryglujący ul. Dominikańską prowadził silny ogień. Rzucono w niego dwoma granatami, a gdy to nie poskutkowało, jeden z żołnierzy rzucił butelką z benzyną. Atak zaś został poprawiony z balkonu przez cywila, który zrzucił na czołg uzbrojoną benzyną… karafkę. Tank spłonął.

W innym miejscu czołg przez moment przestał strzelać, dostał granatami. Z włazu wychylił się czołgista w hełmofonie. Posypały się strzały. Czołgista został ranny w twarz. Żołnierze dobiegli do rannego, krzyczącego „Tawariszcz, nie ubijaj”. Wokół pojazdu zebrało się kilku żołnierzy, robotników i uczniów. Rannemu wyciągnięto dokumenty. Okazało się, że to Żyd z Grodna, który uciekł z miasta kilka lat temu. Ledwo udało się powstrzymać ludzi od samosądu. Rannego odniesiono na noszach.


Generał Andriej Jeremienko ze swoim sztabem na grodzieńskiej ulicy  | 

Tymczasem harcerz Anatol Iwaszczyński oraz jego dowódca (Brunon Hlebowicz), po śladach zostawionych na ul. Hoovera tropili kolejny pojazd. Po dojściu na szosę skidelską, zobaczyli czołg stojący na wzgórzu, a koło niego kręcących się czerwonoarmistów. Do „tropicieli” dołączył por. rez. Piotr Bogucki – weteran wojny z 1920 roku. Czołg po nadejściu żołnierzy został, najpierw przyciągnięty strzałami, które nie mogły go uszkodzić, następnie zaatakowany butelką z benzyną. Z otwartego włazu wyskoczył czołgista, którego położył strzał jednego z żołnierzy. Na pojazd wskoczył druh Jaworski. Gdy zobaczył wychylającą się rękę z naganem strzelił, po czym wyciągnął rannego czołgistę, który został odwieziony do szpitala. Do koszar podjechał czołg, z którego wychylił się tankista, który strzelił trafiając w pierś polskiego oficera. Na szczęście tylko go ranił. Ktoś jednak rzucił granatem do środka, co załatwiło sprawę.

V kolumna

Powtarzały się wypadki, że pośród wziętych do niewoli znajdowali się niekiedy mieszkańcy Grodna (przeważnie narodowości żydowskiej), którzy wcześniej uciekli do ZSRR, a teraz mieli służyć za przewodników. Jeden z nich Żyd grodzieński o nazwisku Lipszyc, zabił kilka lat wcześniej nożem na zabawie marynarza, absolwenta szkół grodzieńskich, Borkowskiego. Po rozpoznaniu został zabity uderzeniem kolby przez ucznia. Stało się to w czasie, gdy przełożeni byli zajęci przesłuchiwaniem dowódcy sowieckiego czołgu.

Policjant grodzieński Józef Herman relacjonował inny przypadek: Pobiegliśmy ulicą Orlicza Dreszera, gdzie płonął drugi czołg. Tam zobaczyłem taką scenę: na ziemi leżał jeden bolszewik zabity, a drugi ranny, jakiś cywil uniósł karabin i chciał kolbą zabić tego rannego, lecz posterunkowy Moskaluk przeszkodził mu w tym, co wywołało niezadowolenie wśród tłumu. Ten ranny wołał: „Nie ubiwajtie, ja priechał was oswobodit’”, co jeszcze bardziej rozjuszyło tłum. Tankistę odprowadzono pod ramiona do komendy miasta.

Na jednym z grodzieńskich wzniesień ok. 20 metrów nad rzeką, na rogu skarpy, stała grupa ludzi: strażacy, straż obywatelska oraz sanitariuszki. Znajdujący się nieopodal czołg nie mógł im nic zrobić. Gdy tylko wieżyczka zdążyła się odwrócić w ich stronę, natychmiast padali i pociski nie mogły ich sięgnąć, trafiając w mur pobliskich koszar. Granaty rzucane przez grupę również nie mogły skutecznie uszkodzić pojazdu. Do tanka, wzdłuż brzegu próbował podczołgać się polski oficer artylerii, trzymając dwie butelki z benzyną. Niestety Sowieci zauważyli go i wystrzałem działka został trafiony i zabity.

Nagle Polacy spostrzegli trzech lotników, którzy dawali im znaki. Domyślili się, że chodzi o odwrócenie uwagi czołgistów. Ze strony mieszkańców posypało się więcej kul i granatów, zaś wieżyczka została przygotowana na atak z tej strony. Piloci wykorzystali ten moment, skokami znaleźli się przy czołgu. Sierżant z butelką benzyny wszedł na wieżyczkę krzycząc: wylizaj tawariszcz, nie bojsia, a to zażygu. Ponieważ nie było odpowiedzi, a wieżyczka nadal strzelała, wojskowy otworzył butelkę i nalał benzyny w szczeliny czołgu oraz na wierzch. Zeskoczył, zapalił zapałkę i rzucił na czołg. Po chwili grupę zaczęły z karabinów pokładowych atakować trzy sowieckie samoloty. Jeden z tej grupy został ranny, ponieważ ludzie odskoczyli w bok. Później obok tego spalonego czołgu ułożone zostały trzy trupy załogi. Nie mieli na sobie śladów popalenia ani ran, prawdopodobnie nie chcąc wyjść podusili się w środku.

Generał Andriej Jeremienko, głównodowodzący Sowietami, w tym rejonie postanowił osobiście dowodzić atakiem, nie miał jednak żadnych danych o obrońcach, bowiem cała grupa zwiadowcza została unicestwiona. Ostatni czołg zniszczono wedle relacji mieszkańców ok. 11. Po nadejściu Jeremienki, kolejnych czołgów i piechoty Rosjanie użyli artylerii powodującej znaczne straty, którą jak się okazało naprowadzał kontaktujący się przez telefon grodzieński komunista.

Miejscowi komuniści będący sowieckimi przewodnikami zdołali przeprowadzić sołdatów na grodzieńskie cmentarze. Zaowocowało to starciem na bagnety z polskimi podchorążymi, w którym bolszewicy ustąpili pola. Z kolei grupa polskich żołnierzy przeprawiła się, na łódkach na przedmieście Folusz, likwidując placówki Rosjan i powodując tam zamieszanie. To tylko jeden z wielu polskich wypadów. W jego efekcie zostało wziętych sporo jeńców bolszewickich. Inny wypad został wykonany 21 września przez grupę ułanów ze 102 pułku. Sowieci chcieli zniszczyć wieżyczki kościoła. Ułanów poprowadził bocznymi uliczkami 13-14. letni harcerz uzbrojony w winchester 6 mm. Na kolbie zaznaczonych miał już kilka nacięć. Żołnierze wrócili z kilkudziesięcioma jeńcami.

Drugi dzień obrony

21 września miasto otaczały dwa sowieckie korpusy Jeremienki i Pietrowa. Jeremienko miał atakować od Niemna i mostów tj. od południa, Pietrow od południowego wschodu. Natarcie, choć lepiej przygotowane, znów nie przyniosło rezultatu. Rosjanie wycofali się z miasta, zostawiając kilka spalonych wraków. Czołg Jeremienki został ciężko uszkodzony. Sowiecki dowódca był trzykrotnie zmuszony przesiadać się do innego czołgu. Za czwartym razem on i załoga zostali ranni. Po wysadzeniu zapór przeciwczołgowych przez sowieckich saperów nieprzyjacielskie czołgi wtargnęły z dwóch kierunków. W centrum miasta rozgorzała zaciekła walka. Rosjanie nie kwapili się do przeprowadzenia decydującego ataku – jakby się bali. Ppor. Franciszek Kryś, kawaler orderu Virtuti Militari, obrońca Grodna relacjonuje: Widziałem jak dziewczynka w mundurku gimnazjalnym wyskoczyła z bramy na ulicy Orzeszkowej i rzuciła butelkę z benzyną na czołg sowiecki posuwający się w kierunku ulicy Dominikańskiej. Czołg natychmiast stanął w płomieniach i cała jego załoga została spalona. Na ulicy Dominikańskiej, która jest przedłużeniem ulicy Orzeszkowej, inna dzielna dziewczyna spaliła drugi czołg sowiecki.

Ofiara grodzieńskich Orląt

Jednym z wielu uczniów, poległych śmiercią żołnierską, w takich właśnie atakach był 16 letni Janusz Budzanowski, syn posła na sejm z Ziemi Grodzieńskiej Tadeusza Budzanowskiego, nauczyciela gimnazjum im. Mickiewicza w Grodnie, ochotnika 1920 i 1939 roku.

W pewnym momencie mieszkańcy zauważyli, że do atakującego sowieckiego czołgu przymocowany jako żywa tarcza jest 13-latek Tadeusz Jasiński, który wcześniej bezskutecznie usiłował rzucić butelkę z benzyną. Chłopiec ten został oswobodzony przez obrońców. Był pobity przez Sowietów, a w ciele miał kilka kul, które siekły prawdopodobnie ze strony Polaków. Jedyny syn skonał w rękach matki na niezdobytym przez sowietów skrawku Grodna. Matka zrozpaczona, ale i pobudzona czynem syna wyszeptała mu: Tadzik, ciesz się! Polska armia wraca! Ułani z chorągwiami! Śpiewają!!!.

Polacy bronili się do wieczora 21 września, kiedy to ewakuowali się inicjatorzy obrony wiceprezydent Roman Sawicki i mjr Benedykt Serafin. Pojedyncze skupiska oporu walczyły do 22 września. Mieszkańcy mogli i chcieli bronić się dłużej.

Tego samego dnia, w drodze do granicy polsko-litewskiej, został zatrzymany przez Sowietów generał Józef Olszyna Wilczyński. Wyciągnięto go z samochodu i zastrzelono. „W odwecie” za postawę grodnian rozstrzelano około 300 obrońców.

Dwa lata później gen. Władysław Sikorski, dokonując inspekcji 6 DP, w grudniu 1941, w rozmowie z ocalałymi obrońcami miał powiedzieć: Jesteście nowymi Orlętami. Postaram się, żeby Wasze miasto otrzymało Virtuti Militari i tytuł Zawsze Wiernego. Niestety Naczelnemu Wodzowi nie było dane dotrzymać obietnicy

Aleksander Szycht

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2009.

Dodaj komentarz