czwartek , 16 Sierpień 2018
Fot. pixabay.com

Niszczycielska moc słów

Destrukcyjny język pogardy i nienawiści. Gdy używa się wojennej terminologii zespolonej z językiem pogardy i nienawiści, łatwo rozbudzić nieokiełznaną zapalczywość i wywołać krwiożercze demony wojny.

Język pogardy i nienawiści wobec drugiego człowieka ma niszczycielską moc sprawczą. Obraża i poniża, odziera z szacunku i dobrego imienia, prowadzi do zaszczucia i do unicestwienia czyjegoś funkcjonowania w sferze publicznej. Język ten wykazuje cechy podobne do wstrzykniętej w organizm zabójczej dawki jadu: zakłóca percepcję, otępia umysł, paraliżuje umiejętność rozeznania faktów, wywołuje zwidy i emocjonalne konwulsje, uśmierca duchowo, moralnie i intelektualnie. W umysłach omotanych treściami z języka pogardy i nienawiści zaszczepia się i umacnia obłędną wizję wrogiego świata. Patologiczny język systematycznie stosowany w życiu publicznym nabiera wzmożonej siły rażenia, zagłusza wrażliwość moralną i degeneruje relacje międzyludzkie, dopuszcza i usprawiedliwia niegodziwości względem osób naznaczonych pogardą i nienawiścią. W konsekwencji posługiwania się nim może nawet dojść do zabójstw.

Przywykliśmy uważać, że współczesne życie polityczne, a zwłaszcza konkurowanie o zdobycie i utrzymanie danego urzędu, jest cywilizowaną i wyzbytą fizycznej przemocy formą walki o władzę. Onegdaj walkę taką toczono wprost na placu boju, zbrojnie ścierając się z sobą na śmierć i życie lub dokonując skrytobójstwa, aby fizycznie wyeliminować przeciwnika i ostatecznie rozstrzygnąć, kto zostanie zwycięzcą przejmującym władzę i jej profity. Jednakże w dzisiejszym opisie politycznych zmagań pozostała – podszyta emocjami – terminologia militarna i jest ona z upodobaniem stosowana. Powiada się, że trwa walka polityczna i przeciwnik jest wciąż groźny, że konieczna jest jego skuteczna eliminacja, aby odnieść upragnione, pełne zwycięstwo, że „trzeba odwinąć się ostrą wypowiedzią” i „dowalić mocnym słowem, niech popamiętają”. Mobilizuje się zwolenników, aby swą siłą wsparli nas w politycznej walce. Ośmiesza się przeciwników, aby wykazać ich słabość i zarazem własną wyższość nad nimi. Gdy używa się takiej wojennej terminologii zespolonej z językiem pogardy i nienawiści, łatwo rozbudzić nieokiełznaną zapalczywość i wywołać krwiożercze demony wojny.

Działalność polityczna musi mieć w sobie sprawny mechanizm konkurencji, musi być wyraźny podział na aktualną władzę i na jej opozycję, która dąży do przejęcia władzy, aby ją sprawować bardziej efektywnie. Jeśli nie funkcjonuje taki mechanizm, to dana władza polityczna „zasiedzi się” i zgnuśnieje. Jednak współzawodnictwo między aktualną władzą i jej opozycją nie powinno prowadzić do używania języka pogardy i nienawiści, do rozniecania nastroju wojny. W opisie życia politycznego – z etycznego punktu widzenia – o wiele trafniejsza od nagminnie stosowanej terminologii wojennej jest terminologia sportowa, przepojona wartościami olimpijskimi. Jeśli konkurenci w danej dyscyplinie sportu są mocni, to właśnie dzięki wykazywanej przez nich sprawności, która motywuje nas do doskonalenia dotychczasowych umiejętności i przekraczania osiągniętych już sukcesów, możemy zdobyć się na wypracowanie lepszego wyniku, o którym nawet sami nie marzyliśmy. Jeśli natomiast nasi konkurenci są tylko mierni i wręcz słabi („lipni”), to i nasz wynik nie będzie tak wyśmienity, jak przy wysokiej klasy konkurentach, a nasze ewentualne zwycięstwo nie będzie miało pożądanej wartości, będzie mierne lub nijakie.

Czy jednak polityka, częstokroć bywająca polem aktywności – a nawet chorobliwej nadaktywności – ludzi małej klasy i zarazem wielkiego mniemania o własnych walorach, potrafi przyswoić sobie szlachetnego ducha olimpijskich zmagań o najlepszy wynik? Czy współczesna polityka – rozgrywająca się w dużej mierze w mediach, które uganiają się za sensacją i skandalem – wyzbędzie się prymitywnych acz gromkich bojowych okrzyków, wszędzie słyszalnych, ale pozbawionych pozytywnej treści, czy wyjdzie poza zaklęty krąg wojennej mobilizacji i potęgowania zawziętości w walce przeciw urojonym wrogom, czy wyzwoli się z patologicznego języka pogardy i nienawiści? Te pytania nie mają pełnić funkcji retorycznego ozdobnika ani być wyrazem naiwności. Powinny być natomiast przyczynkiem do refleksji. Powinny także pełnić zadanie praktyczne: nakłonić nas do wyrażania moralnego oburzenia, gdy politycy wciąż wypowiadają wojenne wezwania i do wyrażania obrzydzenia ohydnym językiem pogardy i nienawiści.

Warto dopowiedzieć, że do rzetelnej i konsekwentnej „pracy nad mową” wezwał Jan Paweł II w homilii (6 VI 1991) w Olsztynie. Rozważając przykazanie „Nie mów fałszywego świadectwa”, papież nawiązał wówczas do słów Cypriana K. Norwida o „wolności mowy”: „Przed czterema laty mówiłem, że czeka nas praca nad pracą. Dziś czeka nas wielka praca nad mową, jaką się posługujemy. Ogromna praca. Nasze słowo musi być wolne, musi wyrażać naszą wewnętrzną wolność. Nie można stosować środków przemocy, ażeby narzucać jakieś tezy. […] Słowo ludzkie jest i powinno być narzędziem prawdy”. Dobitnie wyrażone zostało tu – wciąż aktualne – przesłanie Jana Pawła II o „wolności mowy”, także wolności mowy od destrukcyjnego języka pogardy i nienawiści, który niszczy drugiego człowieka.

Dr hab. Marek Rembierz

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Cisza – kontemplacyjna droga do Boga

Zakon kartuzów to miejsce bardzo specyficzne. Obowiązujące tam zasady są surowe: milczenie, modlitwa, post, praca …