Home / Opinie | Felietony / Nowy wspaniały świat
William Orpen, Podpisanie traktatu pokojowego w Sali Lustrzanej, 1919 / wikipedia.org.

Nowy wspaniały świat

Traktat Wersalski, podpisany końcem czerwca 1919 roku, kończył I wojnę światową. Najbardziej znany spośród pięciu układów pokojowych podpisanych w tamtym czasie, określił powojenne losy Niemiec, uznanych za głównego winowajcę i agresora. Tchnął nadzieję na powrót normalności na Stary kontynent, okupiony wszakże olbrzymimi stratami ludzkimi i niedogodnościami gospodarczymi. Miał stworzyć Europę bez wojen, w której egzystują wspólnie różne narody. Jego efektem miał być nowy, wspaniały świat, który do historii przeszedł jednak pod inną nazwą – dwudziestolecie międzywojenne.

Nie pierwszy to raz, kiedy w obrębie naszej cywilizacji podejmowano próbę zaprowadzenia pokoju. Już w skonfliktowanych greckich polis pojawiały się głosy o konieczności zaprzestania bratobójczych walk. Z nieco bliższych czasów warto zauważyć, że podobną funkcję miały pełnić ustalenia kongresu wiedeńskiego, który odbył się w latach 1814-1815. Podobieństw z traktatem wersalskim jest całkiem sporo. Obydwa zostały podpisane po wielkich, wyniszczających wojnach i miały zapobiec kolejnym konfliktom. W Wiedniu Europa została wówczas „sprawiedliwie” podzielona pomiędzy mocarstwa. W domyśle – każdy z głównych graczy zdobył swój kawałek tortu i nie powinien już wyciągać ręki po cudze terytorium. Choć w przypadku wyścigu kilku mocarstw wiadomym było, że prędzej czy później system ten przestanie działać, to trzeba przyznać, że było to raczej „później”. Aż do wybuchu Wielkiej Wojny 1914 r. w Europie nie toczyły się konflikty na tak masową, wyniszczającą skalę. Oczywiście trzeba pamiętać o wojnie francusko-pruskiej, czy wojnach krymskich. Nie stały się one jednak zarzewiem walk o skali kontynentalnej.

Pokój nie dla wszystkich

Z przekąsem można stwierdzić, że zarzewiem takich walk nie miały prawa stać się kolejne powstania narodowe w naszym kraju. Nie jest moim celem tak modne dzisiaj – z pozycji osoby, które wie, jak potoczyła się historia – roztrząsanie, czy zrywy te miały sens. Bardziej chodzi mi o spojrzenie z perspektywy zewnętrznej. Ta, ogólnie mówiąc, pomimo deklaracji nie sprzyjała nam w żaden praktyczny sposób. Mimo szczerych sympatii niektórych narodów zachodnich, mimo pozytywnych ocen artystów, nie doszło do fizycznego włączenia się do walki po naszej stronie. Po pokonaniu Napoleona i przypieczętowaniu podziału kontynentu w Wiedniu nikt nie chciał ginąć za Polskę. Oprócz samych Polaków oczywiście.

Paradoksalnie, dopiero hekatomba I wojny światowej stała się „świetną” okazją do ponownego pojawienia się państwa polskiego na kartach historii. Spoglądając z perspektywy Opatrzności, trzeba stwierdzić, że czynniki zewnętrzne nam sprzyjały. Niewątpliwie dodać należy, że ówczesne elity polskie stanęły na wysokości zadania i czynniki te wyzyskały.

Pokój i rozwój

Wracając jeszcze do pewnych podobieństw pomiędzy traktatami z 1815 i 1919 roku trzeba odnotować dwie rzeczy. Po pierwsze obydwa, oprócz podziału granic podjęły próbę stworzenia politycznej gwarancji pokoju. Mocarstwa obradujące w Wiedniu nie stworzyły wprawdzie żadnego osobnego ciała, przyznać jednak trzeba, że przyświecała im idea pokoju dla Europy, przynajmniej na jakiś czas. Dlatego uczestnicy zasadniczo zgadzali się co do kontynuowania, a gdzie trzeba restaurowania legitymistycznych rządów monarszych. Panowało także przekonanie o konieczności takiego podziału Europy, by główni gracze mieli wyrównane siły. Rządy kilku równie potężnych domów panujących miały zniechęcać do podejmowania walki na zewnątrz, a skupieniu się jedynie na wewnętrznej sytuacji we własnych krajach. Powołane wówczas Święte Przymierze, początkowo będące sojuszem Rosji, Prus i Austrii za główne cele przyjęło kierowanie się w polityce zagranicznej zasadami sprawiedliwości, w polityce wewnętrznej zaś zobowiązywało do wspomagania się w walce z ruchami rewolucyjnymi, które mogłyby zaszkodzić porządkowi ustalonemu na kongresie wiedeńskim. W Wersalu, powołując Ligę Narodów, sygnatariusze poszli znacznie dalej. Oczywiście, z perspektywy czasu wiemy, jak nieudolną i nieskorą do działań okazała się ta instytucja. W momencie powstania jednak była pewną nową jakością. Oto bowiem zwycięskie państwa powoływały osobną międzynarodową instytucję, która miała być gwarantem pokoju na świecie. Wykrwawieni, marzący o normalnym życiu Europejczycy z pewnością byli podatni na to, by tego rodzaju gwarancje przyjmować z wielką nadzieją.

Drugą wspólną rzeczą, która przewija się zarówno w Wiedniu, jak i w Paryżu, jest próba uregulowania kwestii gospodarczych. Świetnym przykładem będzie kwestia żeglugi rzecznej. W 1815 r. powołano Centralną Komisję Żeglugi na Renie. Jej zadaniem było zapewnienie wolności żeglugi na Renie oraz dbanie o techniczne możliwości spływu towarów. Co istotne, do jej zadań zaliczono także rozstrzyganie sporów pomiędzy państwami-sygnatariuszami. Podobnie w Wersalu pochylono się nad tą kwestią, doprowadzając do umiędzynarodowienia Łaby, Odry, Niemna i Dunaju. Ponownie, gdy dokonamy porównania, zobaczymy, że 100 lat robi różnicę. W Wersalu kwestie gospodarcze ujęto szerzej, wyrazem czego m.in. powstała przy Lidze Narodów Międzynarodowa Organizacja Pracy.

Liga dżentelmenów

Pewne podobieństwa do dotychczasowych rozważań znajdziemy także w wielkich konferencjach zwycięskiej koalicji, na których ustanowiono porządek europejski po drugiej wojnie światowej. Z perspektywy Polaków i ościennych narodów istnieje pewna zasadnicza różnica w stosunku do traktatu wersalskiego. Tu mianowicie nikt nie pytał nas o zdanie. Ale ogólnie zasada była podobna – wielcy tego świata dokonali takiego podziału granic, który uznali za… sprawiedliwy? Czy może raczej za dobry dla ich interesów? Dość przypomnieć o niechlubnej roli Wielkiej Brytanii, która zabiegała o możliwie najmniejsze nabytki terytorialne Polski na zachodzie, wiedząc, że będziemy mimowolnymi sojusznikami Sowietów.

Paradoksalnie, choć w czasie obrad konferencji teherańskiej, jałtańskiej i poczdamskiej obawiano się, że pokój potrwa jeszcze krócej, niż międzywojnie, system wówczas ustanowiony zadziałał w tym sensie, że wojna nie wybuchła. Prowadziłoby to do smutnego wniosku, że wzajemny strach i walka psychologiczna jest skuteczniejszy, niż pokojowe, polityczne próby znalezienia konsensusu. Dla Zachodu niewątpliwie ten epizod europejskiej historii zakończył się szczęśliwie (pomijam tutaj kwestię moralności i poziomu uduchowienia tamtejszych społeczeństw). Nic dziwnego, że stamtąd wciąż płynie narracja o możliwości utrzymania pokoju bez dbania o możliwości obronne, a raczej przez eksport „praw człowieka” (celowo ujętych w cudzysłów, gdyż Zachód jak wiemy zalicza dziś do nich choćby prawo do aborcji).

Nowe, wspaniałe światy

Meritum tego tekstu nie jest bynajmniej ta krótka refleksja historyczna. Bardziej chodzi o to, by przypomnieć, że „nic nowego pod słońcem” i zapewnienia o końcu historii trzeba traktować z przymrużeniem oka. Czy zatem chcę powiedzieć, że Europę z pewnością, prędzej czy później, czeka wojna? Bynajmniej. Czy życzyłbym sobie, aby tąpnięcie, walki, wojna miały dotknąć naszej części świata? Absolutnie. Nie chcę też dołączać do głosów mówiących, że pożar Notre Dame to kara Boża i z popcornem oczekujemy jeszcze surowszych kar. Zostawmy to Panu Bogu, modląc się równocześnie o opamiętanie i nawrócenie Europy, a przynajmniej Polski.

Pragnę tylko uczulić, żeby łatwo nie wierzyć w to, że kierunek dziejów Europy jest już zdeterminowany. Nowy, wspaniały świat głoszono już nie raz.

Mateusz Zbróg

/md