Home / Historia / Od bitwy pod Kutnem do dziś

Od bitwy pod Kutnem do dziś

Mieszkańców Kutna doskonale zna proboszcz parafii św. Waw- rzyńca, ks. prałat Stanisław Pisarek. Losy tych ludzi dzieli już 18 lat.

Blisko 50 tys. mieszkańców jest tu pogrupowanych w sześciu parafiach. Ks. dziekan Pisarek jest proboszczem centralnej i największej parafii w mieście. – Coraz lepiej się tutaj żyje. Pojawiają się nowe inwestycje. Na obrzeżach budują się fabryki. Dzięki temu coraz łatwiej znaleźć pracę. Problem tylko w tym, że ludzie często nie chcą pracować… – mówi ks. Pisarek.

Schowani w talerzu zupy

W Kutnie plagą społeczną jest alkoholizm. Widać to gołym okiem na ulicach i miejskich skwerach.

– Najwięcej pijanych ludzi kręci się wokół dworca kolejowego – tłumaczy ks. Pisarek. – Są to osoby chore, które zupełnie nie odnajdują się we współczesnej rzeczywistości. Nie chcą, a niektórzy z nich nie potrafią już pracować.

To właśnie z myślą o nich została otwarta jadłodajnia parafialnej Caritas pw. bł. Męczenników Kutnowskich. Mieści się ona w starym, opuszczonym budynku przy dworcu kolejowym. Pomieszczenia zostały wyremontowane i udostępnione potrzebującym. Dziś każdy może zjeść tu ciepły posiłek w godnych warunkach.

Zapotrzebowanie okazało się bardzo duże. Codziennie w jadłodajni jest gwarno i ruchliwie. Z obiadów korzysta kilkadziesiąt osób.

Ksiądz proboszcz prowadzi mnie do środka. Wchodzimy… Jedni mówią „Szczęść Boże” inni „Dzień dobry”, a niektórzy nic! Tylko spuszczają głowy, jakby chcieli schować się w talerzu zupy.

Wystarczy rzucić okiem, a od razu dać, jacy ludzie tu się stołują. Na twarzach ostrym czerwonym kolorem rysuje się choroba, na którą cierpią.

– To alkoholizm – mówi Elżbieta Szczepaniak, kierowniczka jadłodajni, od wielu lat zajmująca się rozwiązywaniem problemów alkoholowych. – Naszych klientów znam od dawna. Niektórzy z nich to prawdziwi alkoholowi weterani – żartuje.


Paraia św. Wawrzyńca jest najstarszą oraz największą paraią w Kutnie i – jak się okazuje – wyjątkową pod wieloma względami
Fot: Artur Stelmasiak

„Lufa” sensem życia

Wspólnie z proboszczem siadamy do stołu. Zaczynamy rozmawiać. Obok siedzi ojciec z trzydziestoletnim synem. Widać, że obaj doskonale wiedzą, co to alkohol.

– Tych dwóch znam jeszcze z mojej poprzedniej parafii. To są porządne chłopy… Tylko, żeby poszli gdzieś do roboty – mówi ks. Pisarek.

– Ale najpierw trzeba chcieć. Bo zerwanie z nałogiem wymaga nie lada wysiłku – włącza się do rozmowy Maniek, alkoholik, który nie pije od ponad 20 lat. Pomaga w jadłodajni i wskazuje drogę tym, którzy chcą wyjść z nałogu. – Sensem ich życia jest zdobycie pieniędzy na „lufę”. Tak się zaczyna i kończy kolejny dzień życia. Nic więcej ich nie obchodzi.


Z myślą o potrzebujących została otwarta jadłodajnia paraialnej Caritas pw. bł. Męczenników Kutnowskich. Każdego dnia żywi się tu kilkadziesiąt osób
Fot: Artur Stelmasiak

Aby wyjść z tego, trzeba naprawdę chcieć. Jednak do tego trudno jest kogokolwiek przekonać – podkreśla Maniek.

Bywalcami jadalni z reguły są te same osoby.

– Bywa, że jeden z drugim gdzieś mocno popije i nie przyjdzie nawet na obiad – mówi Elżbieta Szczepaniak. – Już wiedzą, że muszą przyjść do nas trzeźwi. Nie chcemy awantur i pijanym obiadów nie wydajemy – dodaje.

Kierowniczka jadłodajni ma wieloletnią praktykę w profilaktyce alkoholizmu. Doskonale sobie radzi z niesfornymi „klientami”. Oprócz wydawania obiadów przekonuje ich, że warto się leczyć.

– Niektórym udało się wyjść z nałogu. Większość to alkoholowi recydywiści – mówi Szczepaniak.

Dla tych, co na dnie

Specyficznym miejscem Kutna są okolice dworca, gdzie kręcą się „pijaczki” i „złodziejaszki”. – Ale przecież Kościół jest od tego, aby pomagać także tym, którzy są na dnie. Moim zadaniem jest dostrzec Boga w każdym człowieku – mówi ks. Pisarek.

Nadzieja jest bowiem zawsze. Między innymi dlatego tuż obok jadłodajni w opuszczonej sali niedawno ks. Pisarek otworzył dużą kaplicę pw. Błogosławionych Męczenników Kutnowskich. Kiedyś obiekt służył jako sala gimnastyczna. Na podłodze widać jeszcze charakterystyczne linie, które wyznaczały niegdyś pole gry w siatkówkę czy koszykówkę.

Kaplica została stworzona zarówno z myślą o ludziach kręcących się po okolicy, jak i dla mieszkańców pobliskich osiedli.

– W każdą niedzielę mamy tu ok. 200 osób na Mszy św. – mówi ks. Pisarek. W tej dzielnicy mieszka także dużo starszych osób, dla których wyprawa do najbliższego kościoła jest zbyt uciążliwa. Dlatego też z chęcią przychodzą tutaj. I nawet panowie z jadłodajni czasami do kaplicy zaglądają.

Wielu z nich przez wiele lat miało do kościoła nie po drodze. Teraz Kościół przyszedł do nich. Najpierw ich nakarmimy, a później zapraszamy na modlitwę. Szansę ma każdy mówi Adam ze wspólnoty AA, który jest kościelnym w nowej kaplicy.

Bohaterowie

Parafia św. Wawrzyńca to nie tylko rozbudowana działalność charytatywna, ale przede wszystkim wielowiekowa historia i tradycja, do której ksiądz proboszcz i parafianie chętnie sięgają.

Na parafialnej plebanii w pierwszych dniach wojny, w drodze z Poznania do Warszawy, zatrzymał się Prymas Polski, kardynał August Hlond. Tę wizytę wspomina w swoich zapiskach ówczesny proboszcz, ks. prał. Michał Woźniak. – Gdy pytałem Prymasa o sytuację, pocieszał, że do nas Niemcy nie dojdą. Sam widział wielkie umocnienia nad Wartą i wielką liczbę naszych wojsk – odnotował we wspomnieniach ks. Woźniak. – Nie wiem, czy Prymas mówił to szczerze, czy tylko, aby nas pocieszyć” – napisał kapłan, doskonale oddając dramaturgię pierwszych dni września 1939 roku. Wówczas nie zdawał sobie jeszcze sprawy, co go czeka.

Jedno jest pewne. Kardynał Hlond wówczas się pomylił. Zaledwie kilka dni później rozegrała się tu największa bitwa Kampanii Wrześniowej. Walki toczone od 9 do 22 września 1939 roku znane są dziś jako bitwa nad Bzurą albo bitwa pod Kutnem.

W pierwszych dniach wojny Kutno było bardzo intensywnie bombardowane. Podczas nalotów zarówno ówczesny proboszcz ks. prał. Michał Woźniak, jak i wikariusz ks. Michał Oziębłowski wzięli ze sobą święte oleje oraz Najświętszy Sakrament i ruszyli w miasto. „Tych, którzy jeszcze żyli, rozgrzeszali i udzielali sakramentów. Kiedy wieczorem wracali na plebanię, byli prawie bez sił, a ich sutanny ociekały krwią. Do tego stopnia, że ludzie, którzy ich widzieli po drodze, myśleli, iż kapłani także są ranni”, czytamy w dziennikachks.Woźniaka.


Nadzieja jest zawsze. Dlatego tuż obok jadłodajni w opuszczonej sali ks. Pisarek otworzył dużą kaplicę. Do niej przychodzą także ci, którym kościół był nie po drodze.
Fot: Artur Stelmasiak

Parafia to posterunek

Kutnowscy kapłani przez pierwsze dwa lata okupacji, mimo wielu represji, byli bardzo gorliwymi duszpasterzami. Aż przyszła jesień 1941 roku. Wtedy zaczęły się aresztowania.

– Tu, w Kutnie, zostali uwięzieni prawie wszyscy księża. Przetrwali tylko ci, którzy zdążyli się ukryć – mówi ks. Pisarek.

Ks. Woźniak wiedział, że zostanie aresztowany. Miał nawet propozycję ucieczki i ukrycia się. Jednak nie skorzystał z tego. Wieczorem 5 października poprosił na rozmowę swojego wikariusza ks. Michała Oziębłowskiego. – Obydwaj jesteśmy na liście przeznaczonych do aresztowania – oznajmił wówczas ks. Woźniak. – Ja jestem tutaj proboszczem. A parafia to jest mój posterunek, na który skierował mnie biskup. Dlatego tu pozostanę do końca – wyznał ks. Woźniak. – Ale ksiądz jest jeszcze młody i będzie potrzebny Kościołowi. Niech ksiądz się ratuje – apelował proboszcz do swojego wikariusza.

Mimo próśb ks. Oziębłowski również był nieugięty. – Mnie ksiądz biskup także tu posłał. Przecież mamy takie same kapłańskie zadania. Ja również zostaję na posterunku. Niech się dzieje wola Boża – stanowczo oznajmił bł. ks. Oziębłowski.

Rankiem po tej wieczornej rozmowie przyjechał pod plebanię samochód. Obaj zostali aresztowani. Nigdy już do Kutna nie powrócili. Zginęli męczeńską śmiercią w Dachau.

Jan Paweł II w 1999 r. beatyfikował obydwu kapłanów z parafii św. Wawrzyńca w Kutnie.

– Pamiętam wielką radość naszych parafian, kiedy dowiedzieliśmy się, że do grona błogosławionych II wojny światowej dołączą również nasi kapłani – wspomina ks. Pisarek. – Uważamy ich za największych bohaterów naszego miasta – dodaje.

Katolickie szkoły i wychowanie

Parafia św. Wawrzyńca jest najstarszą oraz największą parafią w Kutnie i – jak się okazuje – wyjątkową pod wieloma względami. Proboszczowi udało się utworzyć zespoły szkół katolickich.

– Obecnie uczymy już od przedszkola, aż po maturę – mówi ks. prał. Pisarek. W podkutnowskim Wierzbie parafia przejęła budynek po zlikwidowanej szkole państwowej. Obecnie znajdują się tam katolicka szkoła podstawowa oraz gimnazjum.

Natomiast w samym centrum Kutna rozbudowano budynek parafialny i przeznaczono go na katolickie przedszkole, gimnazjum i liceum. – Nasi maturzyści doskonale zdali egzamin dojrzałości i bez większych problemów dostali się na wymarzone kierunki studiów – z dumą mówi ks. proboszcz.

Parafia planuje otwarcie w tym roku jeszcze jednej szkoły. Choć proboszcz św. Wawrzyńca ma już swoje lata, to nie brakuje mu pomysłów i energii do ich realizacji. – Bardzo wiele udało się zrobić. Jednak to wszystko jest zasługa moich parafian – podkreśla proboszcz.

Jego zdaniem, utworzenie szkół katolickich w Kutnie, to nic innego jak realizacja zamierzeń jego poprzednika, bł. ks. Michała Woźniaka. To on bowiem przed wojną robił wszystko, aby dać dobre wychowanie i wykształcenie dzieciom i młodzieży.

Dziekan Kutnowski za jedno z najważniejszych zadań Kościoła wychowanie katolickie i to nie tylko w szkole, ale i w parafii, gdzie od dwunastu lat prężnie działa świetlica dla dzieci z biednych rodzi.

– Przez te lata wiele dzieciaków udało się „wyprostować”. Dzięki ofiarnej pracy nauczycieli wolontariuszy, którzy chcą poświęcić swój czas, wielu z nich ukończyło szkoły – podkreśla ks. Pisarek.

Za największy duszpasterski „sukces” ostatnich lat proboszcz uważa otwarcie kaplicy całodziennej Adoracji Najświętszego sakramentu. Musiał w tym celu przebudować kościół.

– Było warto. Teraz nie ma chwili, aby kaplica była pusta – mówi ksiądz proboszcz. – Widzę, jak bardzo adorowany Chrystus jest potrzebny temu miastu. Powiem szczerze, że sam, gdy mam jakieś kłopoty, to idę, klękam i mówię: „Panie Boże, pomóż…!” I On pomaga.

Artur Stelmasiak

Artykuł ukazał się w numerze 04/2008.

Dodaj komentarz