Home / Historia / Opowieści Puszczy Nalibockiej

Opowieści Puszczy Nalibockiej

W trakcie podróży po Nowogródczyźnie w czerwcu 2007 roku słuchałem na zamku w Lidzie opowieści miejscowej przewodniczki o dziejach dziejów Jagiellonów i samej budowli sięgającej XV wieku. Przewodniczka dziękowała nam, że interesujemy się „ich” historią. Przestawało jednak być zabawnie, gdy dowiadywaliśmy się, że władze II RP nie interesowały się zamkiem, a zaczęła to robić dopiero… władza radziecka. Dalej usłyszeliśmy po rosyjsku ciepłe opowieści o „miejscowej” partyzantce sowieckiej i tutejszej AK, która przeszła na stronę „Gitliera”. Trzeba więc ku przestrodze przybliżyć ten ciekawy element naszej historii.

Co różniło północną od południowej części naszych Kresów wschodnich, iż na północy obie partyzantki zaciekle się zwalczały. Przypomnijmy, że na południu do momentu wejścia frontowych oddziałów sowieckich we wrześniu 1939 roku współpraca była więcej niż zgodna. Elementem scalającym stała się UPA, organizacja bezwzględna w swoim okrucieństwie, zdolna wyciąć w pień zarówno skoczków sowieckich, jak i polską wioskę. Na północy byli tylko Niemcy, przeciwnik, który prędzej czy później musiał się wycofać, w odróżnieniu od autochtonicznych mieszkańców – Polaków.

Na północy i południu polskich Kresów

Jeszcze przed zerwaniem stosunków dyplomatycznych z rządem polskim w lutym 1943 roku V plenum KCKP (b) Zachodniej Białorusi przyjęło program zwalczania partyzantki polskiej. Zaczęło się kilka miesięcy później od podstępnych rozbrojeń. Dla większego zaskoczenia zaangażowano także grupy wcześniej z nią współpracujące. Niewprowadzonym w ideologiczne tajniki młodym sowieckim partyzantom przygotowano standardową papkę propagandową sięgającą tradycyjnie do kłamstwa i odwracania kota ogonem.

Grigorij Sidorok ps. „Dubow” dowódca iwienieckiego zgrupowania czerwonych partyzantów pisał w rozkazie do jednej z brygad: „Ostatnio legioniści nasilili antysowiecką propagandę, zaczęli rozbrajać i mordować naszych partyzantów, szykują się do wystąpienia przeciwko nam”. Chodziło o rozbrajanie polskich oddziałów partyzanckich, w trakcie których stosowano podstępną metodę: najpierw zapraszano do zgrupowania sowieckiego polski oddział, a następnie rozbrajano. Jeśli ktoś się nie stawił, zalecano wyłapywanie po domach.

Tenże sam „Dubow” następnego dnia wysłał kolejny rozkaz informujący o powstaniu polskiego oddziału partyzanckiego o charakterze faszystowskim, dążącego do przywrócenia na zachodniej Białorusi takiegoż reżimu. Inne wytyczne wypracowane przez sztab brygady im. Stalina mówiły: „(…) Jeżeli podczas rozbrajania legioniści będą stawiać opór, należy użyć siły aż do rozstrzelania. W wypadku użycia broni przez polskich legionistów ťpartyzantówŤ rozstrzeliwać na miejscu. (…)”.

Kilka dni wcześniej 27 listopada 1943 roku sztab zgrupowania iwienieckiego zadbał, by zaprosić polskich oficerów na naradę planowaną na 1 grudnia 1943 roku. Naprawdę jednak w nocy z 30 listopada na 1 grudnia planowano, by sowieckie brygady im. Frunzego i Stalina rozbroiły polskich gości, co miało zakończyć czas pokojowego koegzystowania obu partyzantek. Odtąd napięcie w stosunkach między polskimi a sowieckimi oddziałami narastało błyskawicznie, choć nie od razu spowodowało starcia. Bowiem strona polska chciała uniknąć sporu z sojusznikiem swoich sojuszników, który mógłby dać mu antypolski argument na arenie międzynarodowej. AK na Kresach Północno-Wschodnich nie mogła stać z bronią u nogi, gdy obok narastały grabieże i gwałty dokonywane na polskiej ludności cywilnej.

Dramat Batalionu Stołpeckiego

Sowieci po aresztowaniu zaproszonych przez nich polskich dowódców wtargnęli na teren obozu Batalionu Stołpeckiego AK, rozbrajając zaskoczonych żołnierzy. Zabito wtedy dziesięciu Polaków, w tym pięciu oficerów. W tym samym dniu oddział kawalerii AK chor. Zdzisława Nurkiewicza ps. „Noc” zaczęły w odwecie rozbrajać partyzantów sowieckich.

Inny oddział dowodzony przez Adolfa Pilcha ps. „Góra” zaskoczony nagłą zdradą, ścigany ze wszystkich stron toczył krwawe walki z przeważającymi siłami Sowietów. W końcu został przez nich otoczony. Nie mogąc liczyć na pomoc zbyt oddalonych oddziałów AK, zagrożony całkowitym wystrzelaniem i wymordowaniem żołnierzy po wyczerpaniu zapasów amunicji dowódca zdecydował się na desperacki krok i wysłał wiadomość do Niemców w Iwieńcu: „Ponieważ sytuacja tak się ułożyła, że jesteśmy w stanie wojny z partyzantką sowiecką, proponujemy, abyście dali nam zaopatrzenie w amunicję, nie czepiali się nas i czasem pozwolili przespać się w spokoju kilka nocy koło miasta Iwieńca”. Polacy spotkali się z Niemcami 9 grudnia koło wsi Kulczyce, po czym zostali zaopatrzeni w kilka tysięcy sztuk amunicji. Okres współpracy trwał do końca czerwca. Komenda Okręgu w Lidzie zaakceptowała ten krok dopiero po zapoznaniu się z zaistniałą sytuacją.

Współpraca tej grupy była jednak dość specyficzna. Polacy konwojowali w zamian tabory z żywnością, ale nie posunęli się do wspólnych działań przeciw partyzantce sowieckiej, gdy organizowali je Niemcy. Porozumienie pozwoliło odbudować oddział. Zarówno Polacy, jak i Niemcy traktowali tę sytuację jako przejściową. Niemcy otoczyli nawet drutem kolczastym swoje posterunki na terenach kontrolowanych przez Polaków. Żołnierzom „Góry” nie wolno było utrzymywać osobistych kontaktów z okupantami. Wkrótce jednak wiadomość o tej „współpracy” dotarła do KG AK w Warszawie, a następnie do Londynu, gdzie spowodowała ogromne oburzenie, największe u naczelnego wodza gen. Kazimierza Sosnkowskiego: „(…) Tragedia Batalionu Stołpeckiego nie usprawiedliwia późniejszego postępowania meldowanego przez Nowogródek. Broń na Niemcach należy zdobywać, nie zaś przyjmować od nich w darze. Oczekuję raportu, kto ponosi winę i jakie zastosowano sankcje”.

Pomimo tragedii podstępnie rozbrojonego oddziału w Puszczy Nalibockiej KG AK wydawała się wykazywać wysoką naiwność. W sierpniu 1943 roku został podstępnie zaproszony „na rozmowy” por. Antoni Burzyński „Kmicic” ze swoim 300-osobowym oddziałem. Zamordowano go, żołnierzy rozbrojono, 80 rozstrzelano. Pomimo to KG AK uważała za realne wspólne bicie Niemców w trakcie akcji „Burza”, za której cel uważano przedstawienie się jako gospodarzy miast i okolicznych terenów. Liczono, że Sowieci będą zmuszeni uznać to za fakty, nawet po przybyciu frontowych oddziałów Armii Czerwonej.

Losy Batalionu Zaniemeńskiego

Należy podkreślić, że jedynym powodem nawiązania relacji z Niemcami przez oddział AK była niezwykle agresywna postawa tamtejszych oddziałów partyzantki sowieckiej dążącej do jego likwidacji nawet metodą zbrodni. Na przełomie 1943 i 1944 roku w podobnie tragicznej sytuacji jak oddział „Góry” znalazł się Batalion Zaniemeński AK. Po kilkukrotnych próbach nawiązania porozumienia z Sowietami i zagrożeniu ludności cywilnej zarówno przez Sowietów, jak i pacyfikacją niemiecką zdecydowano się na kontakt z Niemcami. Zaowocowało to porozumieniem w Lidzie. Sami Niemcy określali je jako „lokalne zawieszenie broni”. Czesław Zajączkowski „Ragner” zawierając je, deklarował wprawdzie powstrzymanie się od ataków na Niemców, gdy jednak sytuacja tego wymagała, następowały one po uprzednim ucharakteryzowaniu akowców na partyzantkę sowiecką. Obaj dowódcy nie przekroczyli granic wytycznych przez KG AK.

Uprawnienia swoje w tym względzie naruszył inny dowódca, rtm. Józef Świda „Lech”, który nie tylko kontaktował się z Niemcami osobiście, ale zawarł z nimi umowę na piśmie. W końcu jako śledczego KG w Warszawie mającego zbadać zarzuty dotyczące relacji niektórych oddziałów AK Nowogródzkiego z Niemcami wysłano hubalczyka mjr. dypl. Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza”.

Misja Kalenkiewicza miała na celu „zlikwidowanie szkodliwych odstępstw od linii wytyczonych przez Komendę AK i ostrzeżenie lokalnych dowódców, że prowadzenie zaczepnych akcji przeciwko ťsprzymierzeńcowi naszych aliantówŤ nie będzie tolerowane”. W pierwszej połowie marca „Lech” został postawiony przed sądem i skazany na śmierć. „Kotwicz” zawiesił jej wykonanie do końca wojny. W maju 1944 roku por. Jan Piwnik „Ponury” tak skomentował na odprawie kadry AK odczytanie rozkazu KG AK o unikaniu walki z Sowietami: „To jakże mamy się dawać zarzynać jak barany?”. Dopiero przywołany do porządku przez kpt. Stanisława Sędziaka „Wartę” krzyknął: „Tak jest panie kapitanie!”.

Polsko-sowiecka wojna partyzancka

„Kotwicz” szybko zorientował się w sytuacji na Nowogródczyźnie i poparł stanowisko Komendy Okręgu. Seria zdrad sowieckich, poczynając od tej w Puszczy Nalibockiej, rozpoczęła na Nowogródczyźnie polsko-sowiecką wojnę partyzancką. W okresie od stycznia do lipca 1944 roku doszło do blisko 200 potyczek. Pomimo bardzo częstej znacznej przewagi liczebnej partyzantki sowieckiej dawała o sobie znać wyższa wartość bojowa i morale żołnierzy AK. Przykładem tego jest atak Sowietów na 120-osobowy garnizon polski w miejscowości Kamień 14 maja 1944 roku. Sowietom udało się zlikwidować wartę złożoną z cywilów. Ponad 700 partyzantów podeszło rowami strzeleckimi i zaatakowali z zupełnie innej strony, niż spodziewali się tego Polacy. Większość z zaskoczonych żołnierzy AK spała. Ale nie poszli w rozsypkę, stawiając skuteczny opór do momentu nadejścia odsieczy.

Ostatnim przykładem polsko-sowieckiej współpracy było zdobycie Wilna w trakcie operacji „Ostra Brama”. Później Polacy byli rozbrajani, wywożeni w głąb ZSRR lub mordowani.

W drugiej dekadzie lipca „Kotwicz” objął dowództwo Podokręgu Nowogródzkiego. Po wejściu czerwonych ocaleli AK-owcy mieli się schronić w Puszczy Rudnickiej. Na jej skraju pojawiły się tysiące żołnierzy AK ściganych przez „sojuszników”. „Kotwicz” rozkazał podzielić się na małe oddziały, którym łatwiej się przemknąć niezauważenie. 21 sierpnia 1944 roku w Surkontach 72- osobowy oddział mjra Kalenkiewicza został zaatakowany przez 600-osobowy oddział sowiecki. Pierwszy atak został odparty bez strat własnych. Sowieci zostawili na polu bitwy około 30 ludzi. Obaj sowieccy dowódcy zostali ranni. Tego samego dnia nastąpił jednak drugi atak. NKWDziści dostali posiłki i wprowadzili do walki samoloty. Na początku bitwy zginął mjr „Kotwicz”. Polacy nie mieli żadnych szans. Część żołnierzy zdołała się wycofać. Na polu bitwy pozostało 36 AK-owców. Wszyscy ranni zostali dobici. Sowieci stracili 132 ludzi.

Tak unicestwiano polskość mieszkańców Nowogródczyzny. Oni jako pierwsi dostrzegli, że postawa Sowietów się nie zmieniła, a zawieszenie z nimi broni jest takie jak z Niemcami – krótkotrwałe i kontrowersyjne moralnie.

Aleksander Szycht

Artykuł ukazał się w numerze 03/2009.

Dodaj komentarz