Home / Historia / Pamięć godziny „W” po 64 latach

Pamięć godziny „W” po 64 latach

Na co dzień niezauważane, mijane w pośpiechu, nieprzykuwające uwagi swoją spokojną szarością, tak nieprzystającą do dzisiejszej kolorowej, nowoczesnej stolicy – miejsca pamięci powstania warszawskiego. Tego jednego, konkretnego dnia ożywają wszystkie, zakwitają białymi i czerwonymi kwiatami, powiewają wstęgami w barwach miasta, a wieczorem migoczą światłem zniczy zapalanych przez warszawiaków.

Ten 1 sierpnia, 64 lata później, już od rana jest upalny i słoneczny. Wędruję szlakiem mokotowskich miejsc pamięci. Tych, które znajdują się na trasie moich niegdyś częstych spacerów. Choć minęła dopiero dziewiąta, tablice i pomniki ozdobiły już wstęgi i pachnące bukiety. Ulica Puławska jest jeszcze trochę senna, jak zawsze o tej porze roku. Ale przed parkiem im. Generała Orlicz- Dreszera zatrzymuje się coraz więcej samochodów, z których wychodzą dawni powstańcy. Łagodni, uśmiechnięci, promieniejący radością życia, uważnie, ale dziarsko stawiający kroki, jakby na tych parę godzin cofnęli się w czasie do lat młodości zdominowanej przez wojnę.

W cieniu rozłożystych koron wysokich drzew ustawiono rozkładane krzesła visa przeciwko pomnika „Mokotów Walczący 1944”. Przy nim, w ostrym słońcu czuwa już warta honorowa. Rozglądam się w poszukiwaniu znajomych twarzy. Mieszkańców Mokotowa przybywających na doroczną uroczystość jest coraz więcej. Podniosły nastrój narodowego święta przeplata się z atmosferą wakacyjnego poranka pośród zieleni. Majestatyczne konie z aksamitnymi grzywami, służby mundurowe, harcerze, matki z dziećmi, zwyczajni przechodnie i oczywiście oni, siedzący na krzesłach w milczeniu – świadkowie i uczestnicy tamtych dni, z biało-czerwonymi opaskami na ramionach.

Moją uwagę przykuwa drobna dziewczyna sadowiąca się na trawie.

– Ależ ja tu jestem pierwszy raz! W ogóle od niedawna mieszkam w Warszawie – odpowiada mi na pytanie „Co tu robi?”. – Zawsze chciałam wziąć udział w obchodach powstania. Do tej pory oglądałam wszystko w telewizji i żałowałam, że nie mogę przeżyć tego osobiście. Pomyślałam sobie, że jeśli już przyjadę do stolicy, to powinnam koniecznie zacząć od świętowania 1 sierpnia.


Tablica upamiętniająca Powstańców Warszawy na cmentarzu wojskowym na Powązkach
Fot. Katarzyna Kasjanowicz

Oddać hołd, zamiast łowić ryby

Już przebrzmiały słowa uroczystych przemówień żołnierzy Mokotowskich Oddziałów Powstańczych oraz burmistrza Mokotowa. Znicz pali się równym, mocnym płomieniem pamięci. To koniec rocznicowych obchodów w parku im. Generała Orlicz-Dreszera. Uczestnicy uroczystości formują kolumnę gotową do przemarszu ulicą Puławską.

Na moment zostaje wstrzymany ruch pojazdów, sprzedawcy z okolicznych sklepów wychodzą na zewnątrz, patrzą na milczący pochód, wymieniają się uwagami. Do pewnego stopnia i oni oddają hołd poległym mieszkańcom Mokotowa, odrywając się od swoich zajęć.

Marsz kończy się przed pomnikiem pamięci 119. Pomordowanych Powstańców przy ulicy Dworkowej. Tu, jak co roku, zostaje przywołana w mocnych słowach tragedia bezbronnych ludzi, rozstrzelanych przez hitlerowców. Kiedy milknie salwa honorowa, większość uczestników rozchodzi się, ale wciąż wielu zostaje, aby zapalić znicz lub w milczeniu zastanowić się nad losem poległych. To głównie mieszkańcy z małymi dziećmi, które chcą z bliska obejrzeć pomnik i położyć kwiaty.

Pan Piotr i jego dwie kilkuletnie córki to jedne z tych osób, które zostają jeszcze chwilę przy miejscu pamięci.

– Staram się uczyć moje dzieci szacunku dla historii Polski. Mnie wpajano ten szacunek od najmłodszych lat. Bez lekcji mojego ojca pewnie wolałbym siedzieć dzisiaj gdzieś nad wodą i łowić ryby – wyjaśnia.

– Proszę spojrzeć, to tam jest oryginalne wejście do kanału, przy którym rozstrzelano tych ludzi – jeden z kombatantów wskazuje mi namalowane białą farbą ślady stóp, prowadzące od pomnika do brązowej pokrywy.


Warta honorowa pod pomnikiem „Mokotów Walczący ‘44”
Fot. Katarzyna Kasjanowicz

W milczeniu odchodzę kilkanaście kroków i kucam, usiłując wyobrazić sobie tamten dzień sprzed 64 lat. Kiedy unoszę głowę, zauważam małego roześmianego chłopca. Biegnie w kierunku włazu, wymachując powstańczą chorągiewką.

Teraz żyjemy pełną piersią

Pani Hanna Stadnik, przewodnicząca Zarządu Środowiska Żołnierzy AK „Baszta”, w 1944 roku była młodziutką dziewczyną. Kiedy jej konspiracyjna przeszłość wyszła na jaw, została relegowana z Uniwersytetu Warszawskiego, zaś wiele lat później, dzieci pani Hanny w ogóle nie dostały się na studia. Nigdy jednak nie żałowała swojego udziału w powstaniu.

– Wiele razy zadawano mi pytanie, czy było warto. Moim zdaniem, oczywiście, tak! – stwierdza, energicznie kiwając głową. – Obecnie żyjemy w wolnej Polsce, chociaż skłóconej. Żałuję, że potrafimy zjednoczyć się wyłącznie w obliczu dużego nieszczęścia. A jeśli tylko możemy stworzyć coś wielkiego, solidnego i żyć uczciwie, wtedy okazuje, że jest to niemożliwe. To dziś najbardziej mnie gnębi. Mamy jednak wolność słowa, możemy studiować bez ograniczeń i wyjeżdżać za granicę – po prostu prowadzić normalne życie, takie, jakie przystoi człowiekowi wolnemu. Łatwiej będzie umierać w takiej Polsce – dodaje z uśmiechem.

Pani Hanna oddaje hołd poległym kolegom od 1946 roku. Dobrze pamięta dawne problemy towarzyszące obchodom dnia 1 sierpnia.

– Rokrocznie spotykaliśmy się w kościele św. Michała Archanioła i na Powązkach. Oczywiście, nie było wtedy dodatkowych autobusów, zatem sami wędrowaliśmy kawał drogi. Najpierw chodziłam z rodzicami, później z mężem, wreszcie z dziećmi – początkowo z jednym, potem jeszcze z bliźniętami. A od dwudziestu lat chodzę z wnuczkami. W pierwszych dziesięcioleciach musieliśmy wszystko sami zorganizować, kupić znicze i kwiaty za pieniądze zaoszczędzone na ten cel. Składaliśmy wiązanki nawet w tych miejscach, w których nie było jeszcze ani tablic pamiątkowych, ani pomników. Człowiek nigdy nie wiedział, czy wróci do domu, czy go po drodze zaaresztują. Wielu moich kolegów zginęło jeszcze w 1945, 1946 i 1947 roku. Nawet nie wiem, gdzie znajdują się ich groby. Od dziewiętnastu lat w obchodach bardzo pomaga nam państwo, co dla nas, starych już ludzi, jest ogromnie cenne. Pamiętam uroczystość odsłonięcia pomnika przed Sejmem z udziałem Ojca Świętego. Jedna pani zapytała mnie wtedy, czym dla nas jest ten pomnik. Odparłam, że prawie przez 50 lat byliśmy „zaplutym karłem reakcji”, a teraz żyjemy pełną piersią i jeszcze możemy przekazać nasze doświadczenia młodym Polakom.

Rodzinne święto

Pani Hanna dom lat swojej młodości nazywa „miejscem otwartym”. Chętnie podejmowała licznych gości i nie szczędziła im powstańczych opowieści.

– Sama nie raz spotykałam się z prośbami najbliższych: „Mamo, opowiedz, jak to wtedy było”. I opowiadałam, bo to był jedyny sposób przekazania tej wiedzy młodym ludziom – wspomina. – Moje wnuczęta zawsze bardzo silnie przeżywały obchody powstania. Pierwszego sierpnia na Powązkach przypominał dzień Wszystkich Świętych. Ponieważ nie pracowałam, starałam się przychodzić na cmentarz dwa razy: raz przed południem i drugi, wieczorem, już z mężem, kiedy płonęły wszystkie światła. Dziś mam sześcioro wnucząt i jednego prawnuczka. Tylko dwie wnuczki mieszkają w Warszawie, reszta jest za granicą. Ale do dzisiaj, właśnie pierwszego sierpnia, moje wnuki zawsze do mnie dzwonią i pytają, jak się czuję. Pamiętają piękno naszego dawnego świętowania i żałują, że teraz nie mogą uczestniczyć w obchodach. Wiedzą, że należy obchodzić nie tylko Boże Narodzenie i Wielkanoc, ale także 1 sierpnia. Mój prawnuczek ma dopiero rok. Pewnie już nie dożyję tego czasu, w którym moglibyśmy pójść razem na Powązki, ale wiem, że tradycja świętowania zostanie mu przekazana – dodaje.

Pani Hanna pokazuje mi okolicznościową monetę wydaną z okazji 55. rocznicy wybuchu powstania. Podobnych monet kupiła akurat tyle, by obdarzyć nimi swoich najbliższych. Zrobiła z nich medaliony, które będą przypominały kolejnym pokoleniom w jej rodzinie o 1 sierpnia sprzed wielu lat.

Ocalona, aby służyć ludziom

Pani Danuta Pawłowska, emerytowana nauczycielka biologii, mieszkanka Mokotowa, kilka dni temu skończyła 85 lat. Podczas powstania była łączniczką w V Oddziale Komendy Głównej AK. Sześćdziesiąt cztery lata temu, w dzień swoich urodzin, z niecierpliwością oczekiwała Godziny W.


Rokrocznie coraz więcej ludzi uczestniczy w obchodach upamiętniających wydarzenia z 44 roku.
Fot. Katarzyna Kasjanowicz

– Otrzymaliśmy tak zwane znaczki tożsamości, czyli mały emblemacik, z orzełkiem po jednej stronie i numerem, pod którym byliśmy zarejestrowani pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem oraz datą urodzenia, po drugiej– otrzymałam numer 77, a mój kolega, Staszek, także kurier, dostał 74. Wiedziałam, że w Częstochowie miał narzeczoną i często powtarzał: „Tak bardzo chciałbym przeżyć”. Dlatego, gdy wyjaśnił, że dla niego siódemka jest szczęśliwą liczbą i zaproponował zamianę naszych numerków, odparłam: „Oczywiście, masz. Na mnie nikt nie czeka, bo jeszcze nie mam chłopaka. Niech ci służy jak najlepiej”. I proszę sobie wyobrazić, że ten chłopiec zginął jako pierwszy z naszej grupy. Nic mu nie pomogło – głos pani Danuty drży. – Jak się o tym dowiedziałam, wypłakałam chyba wszystkie łzy, za całe powstanie. Bo później stałam się już twarda. I tak sobie czasami myślę, czy ja się powinnam z nim zamienić? Ale znowu nie można wiązać takich zdarzeń… Następnego dnia, 3 sierpnia, ja i koleżanka musiałyśmy zanieść meldunki na Wolę. Miałyśmy przebiegać przez Aleje Jerozolimskie na wysokości Kruczej. Był tam wyborowy strzelec niemiecki, na doskonałej pozycji. Kiedy doszłyśmy do miejsca, w którym mogłyśmy przebiec, zdecydowałam, że pójdę pierwsza. Koleżanka zaoponowała: „Ja mam meldunki, więc ja idę pierwsza”. „Nie, ja”, upierałam się. Koleżanka stwierdziła jednak, że jest starsza, w związku z czym ma prawo wyboru. Poprosiłam ją, by chociaż podzieliła się ze mną meldunkami. Dziewczyna przeżegnała się, pobiegła i tuż przy chodniku padł strzał. Zginęła na miejscu. Dobrze, że dała mi część tych meldunków. Stałam roztrzęsiona, ale widziałam, że muszę biec, więc też przeżegnałam się, zebrałam w sobie i pędzę. Poślizgnęłam się w kałuży krwi i w tym momencie kula przeleciała nad moją głową. Gdybym się nie poślizgnęła i nie pochyliła, leżałabym obok niej. Tak się dla mnie zaczęło powstanie. Kiedy się skończyło, powiedziałam, że chyba żyję po to, aby dalej służyć ludziom. No i tak jest do tej pory. Nie żal mi czasu ani sił, bo póki Bóg daje życie, trzeba pracować.

Pani Danuta opiekuje się osobami za środowiska AK, którym choroba i wiek odebrały już pełną sprawność.

Godzina W

Dochodzi godzina piętnasta, a autobus linii 180 jest już pełny na odcinku Muranowa. Nikt nie wysiada, ale też nikt nie ma szans dostać się do środka. Nic dziwnego, że koniec podróży w ten jeden z najcieplejszych dni tegorocznego lata to wielka ulga. Jeszcze tylko trzeba kupić bukiet białych i czerwonych goździków, a później można nareszcie zanurzyć się w zieleń wojskowego cmentarza. Powietrze lekko drży od upału i płonących już gdzieniegdzie zniczy. Pośród gęstych, wysokich drzew robi się duszno przed nadchodzącą burzą, ale to nikogo nie zniechęca. Niektóre twarze pamiętam z ubiegłych lat, mam je uwiecznione na fotografiach, innych już nie dostrzegam. Oprócz oczywistych bohaterów tego dnia i towarzyszących im rodzin zauważam niemało starszych osób, ale także młodzieży.

Im bliżej godziny siedemnastej, tym większy robi się tłok przy barierkach tnących na skąpe kwadraty przestrzeń w okolicy pomnika Gloria Victis. Niestety, tylko nieliczni mogą znaleźć się najbliżej, ale przecież głównie chodzi o samą obecność, która w takich okolicznościach jest najpiękniejszym uczestnictwem. Rodzice uspokajają marudzące dzieci. Gdzieś obok słyszę łagodny głos snujący rodzinną opowieść o ciotecznej babci, która oddała swoje życie podczas powstania. I w końcu wszystko cichnie jak przed snem; urywają się rozmowy. Wszyscy patrzą na zegarki. Jeszcze dwie minuty, jeszcze minuta… Zapada cisza, w powietrzu czuć napięcie i wyczekiwanie, tak jak przed 64 laty… Już. Przenikliwy jęk syreny zawsze wzbudza we mnie dreszcz. I jak co roku radość oraz poczucie dumy, że znowu jestem na Powązkach o Godzinie W.

Odegranie hymnu i modlitwa ks. Henryka Kietlińskiego za poległych dopełniają ceremonii. Teraz można zapalić światła symbolizujące naszą wiarę w Zmartwychwstanie Pańskie i wiarę każdego Polaka w zmartwychwstanie ojczyzny. Niektórzy rozchodzą się powoli, inni szukają grobów, na których co roku składają kwiaty. To koniec rocznicowych obchodów na warszawskich Powązkach. Sześćdziesiąt cztery lata temu to był początek. Wszystkiego: walki, cierpienia, nadziei.

Katarzyna Kasjanowicz

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2008.

Dodaj komentarz