czwartek , 14 Grudzień 2017

Prof. Wiesław Jan Wysocki: Pamięć i tożsamość narodu

Z profesorem Wiesławem Janem Wysockim rozmawia Mariusz Ratajkiewicz

Panie Profesorze, w minionych dekadach mieliśmy do czynienia w naszym kraju z zakrojonymi na szeroką skalę działaniami mającymi na celu dezawuowanie dokonań i wartości składających się na polski dorobek kulturowy i polską tradycję. Zjawisko to dało się zaobserwować w wielu sferach życia publicznego – począwszy np. od systematycznego eliminowania z listy szkolnych lektur obowiązkowych dzieł wielkich polskich romantyków czy utworów Henryka Sienkiewicza oraz całkowitego wyrugowania z niej twórczości Józefa Ignacego Kraszewskiego, po natrętnie lansowaną przez określone ośrodki polityczne i medialne „politykę wstydu”, której najbardziej jaskrawymi przykładami było umieszczenie na wizji polskich barw narodowych w psich odchodach i publiczne lansowanie tezy głoszącej, że „polskość to nienormalność”. W rezultacie tych działań znaczna część naszego społeczeństwa, w tym także, niestety, młodego pokolenia, przyjęła narzucaną mu narrację. Komu, zdaniem Pana Profesora, zależało – i zapewne nadal zależy – na kreowaniu i utrwalaniu w świadomości wielu rodaków tak niesprawiedliwego i krzywdzącego wizerunku naszego kraju?

Fot. instytutpilsudskiego.eu

Niestety, wciąż nie brakuje u nas ludzi, którzy postrzegają siebie przede wszystkim jako nowoczesnych, światłych „Europejczyków” i odrzucają w całości polskie dziedzictwo, traktując je jako dziejowy i mało wartościowy anachronizm. Często są to zwykli oportuniści idący „z duchem czasu”, ale niemało jest także osób kierujących się pobudkami „ideowymi”. I jedni, i drudzy, choć z różnych powodów, przyjmują i upowszechniają inspirowaną z zewnątrz narrację, zgodnie z którą polska historia sprowadza się wyłącznie do martyrologii, na dodatek skażonej niechlubnymi epizodami. A skoro tak, aby zyskać uznanie Europy, należy w przede wszystkim wstydliwie spuścić zasłonę milczenia na naszą przeszłość. Nader często znajdują oni potwierdzenie swego sposobu myślenia w programach i działaniach różnych sił politycznych, którym bliższa jest „dziejowa misja” Brukseli i Berlina, niż polska racja stanu. Ogromnie istotna jest tu także rola najbardziej popularnych mediów, w większości ufundowanych na obcym kapitale.

Czy zatem dostrzega Pan Profesor związek przedstawionej powyżej sytuacji z polityką historyczną innych krajów, w tym przede wszystkim Niemiec, którym w wyniku wieloletnich wysiłków, podejmowanych zarówno przez oficjalne czynniki polityczne, jak i rozmaite instytucje pozarządowe, stowarzyszenia, fundacje etc., udało się zdjąć ze swego narodu odpowiedzialność za wywołanie dwóch globalnych konfliktów, w tym także za masowe ludobójstwo, jakiego Niemcy dopuścili się na wielu nacjach w okresie ostatniej wojny? Dziś w przekonaniu większości młodych Europejczyków winę za wybuch II wojny światowej ponoszą już nawet nie hitlerowcy, a bliżej nieokreśleni naziści.

Zdecydowanie tak. Proszę pamiętać, że już w 1952 r. w wyniku ustaleń, jakie zapadły przy okazji podpisania umowy pomiędzy kanclerzem Konradem Adenauerem a premierem Dawidem Ben Gurionem, na mocy której ówczesna NRF miała w kolejnych latach przekazać rządowi w Tel Avivie kwotę 100 mld dolarów jako oficjalne zadośćuczynienie za niemieckie ludobójstwo popełnione na narodzie żydowskim, Izrael zobowiązał się do konsekwentnego eliminowania w oficjalnych publikacjach i wystąpieniach poświęconych Holokaustowi pojęcia „Niemcy” i zastępowania ich eufemizmami w rodzaju „naziści” lub „faszyści”. Adenauer miał się wtedy wyrazić w nieoficjalnej wypowiedzi, że dzięki temu za 50 lat świat zapomni o niemieckich zbrodniach wojennych, obarczając winą za nie bliżej nieokreślonych sprawców. Po upływie z górą półwiecza widzimy, jak prorocze były to słowa, zwłaszcza że Niemcy, jak Pan wspomniał, ze swej strony dołożyły w tym czasie wszelkich starań, aby usunąć ze swej historii piętno zbrodniczej przeszłości. W końcu lat 90. w sukurs staraniom niemieckim przyszły poczynania światowych organizacji żydowskich, a później także państwa Izrael, które po oświadczeniu kanclerza Gerharda Schroedera, że „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca”, musiały znaleźć „winowajcę zastępczego”, wobec którego można byłoby nie tylko formułować określone zarzuty i oskarżenia, ale także kierować bardzo konkretne roszczenia finansowe. Nie przypadkiem zaczęło się wówczas coraz częściej pojawiać w różnych opracowaniach tematycznych, beletrystyce, a także w oficjalnych wystąpieniach sformułowanie „polskie obozy śmierci” czy sugestie o aktywnym współudziale Polaków w zagładzie Żydów. O ile jednak takie słowa w ustach jakiegoś niewydarzonego polityka czy dziennikarza europejskiego można uznać po prostu za szkodliwą głupotę, o tyle jeśli wypowiada je Niemiec, trzeba to potraktować jako w pełni świadomą, cyniczną prowokację.

Warto w tym miejscu wspomnieć o podnoszonej ostatnio przez wielu polityków i media kwestii niemieckich reparacji wojennych, o które w okresie PRL-u Polska nie mogła się samodzielnie ubiegać, a później nie chciała, bo kwestia ta stała się niewygodna politycznie. Wydaje się, że niezależnie od tego, na ile realna jest realizacja naszych słusznych żądań, warto o nich mówić, choćby dlatego, aby przypomnieć czy wręcz uzmysłowić światu niewyobrażalny ogrom zniszczeń dokonanych przez Niemców w okupowanej Polsce, w  tym m.in. bezpowrotną utratę przez nasz kraj setek dzieł materialnej i duchowej kultury, w wielu przypadkach stanowiących unikatową część światowego dziedzictwa. Jakie jest zdanie Pana Profesora w  tej sprawie?

Uważam, że sporządzenie rzetelnego i uczciwego bilansu strat materialnych, jakie poniosła Polska w wyniku działań wojennych oraz świadomej, niszczycielskiej działalności niemieckich okupantów, jest ze wszech miar pożądane. Po pierwsze dlatego, żeby w sposób niebudzący wątpliwości ocenić skalę zniszczeń naszego majątku narodowego i w tym kontekście przypomnieć światowej opinii publicznej, jak zbrodniczy charakter – także w  aspekcie materialnym – miała okupacja naszego kraju w odróżnieniu od podobnych doświadczeń innych państw europejskich. Po drugie, aby ostatecznie położyć kres wszelkim próbom wysuwania roszczeń finansowych pod adresem Polski, np. takich, jakie w swoim czasie zgłaszał niemiecki Związek Wypędzonych. Jeśli zaś chodzi o realną możliwość wypłaty reparacji, to wydaje się, że opinia tzw. ekspertów, przedstawiona na zamówienie wiceprzewodniczącego Busndestagu J. Singhammera, właśnie 1  września tego roku, nie pozostawia żadnych złudzeń, choć wcześniejsze wypowiedzi ambasadora niemieckiego w  Warszawie zdawały się pozostawiać tę kwestię otwartą. Nawiasem mówiąc, przedstawienie tej opinii przez niemiecki parlament akurat w tym dniu zakrawa również na prowokację.

Jak, zdaniem Pana Profesora, powinna przebiegać realizacja rzetelnie i uczciwie pojętej polskiej polityki historycznej, która nie postponując dokonań innych narodów, mówiłaby mocnym głosem o niezbywalnych wartościach, którym Polacy byli wierni przez wieki, oraz o największych osiągnięciach, które stały się naszym udziałem?

Odpowiadając na to pytanie, chciałbym na wstępie dokonać pewnej korekty pojęć. Otóż, mówiąc o  zjawisku, które powszechnie określa się mianem „polityka historyczna”, wolałbym raczej używać sformułowania „pamięć i tożsamość” nawiązującego wprost do tytułu jednego z  najważniejszych dzieł w spuściźnie duchowej św. Jana Pawła Wielkiego, stanowiącego zbiór jego przemyśleń i refleksji o charakterze filozoficznym i moralnym. Uważam, że dzięki temu w rozważaniach o naszym dziedzictwie możemy uniknąć interpretacji i ocen, wpisujących się w doraźną grę rozmaitych sił politycznych w Polsce i poza jej granicami, prezentując własną, otwartą na innych wizję dziejów. Pozwoli nam to na wyeksponowanie tego, co w polskiej historii wielkie i wzniosłe, co możemy z dumą przekazać następnym pokoleniom jako przykład szczególnej mądrości i dalekowzroczności naszych elit, słowem – na realizację polityki dumy. Wiele jest takich znaczących faktów i wydarzeń, ja chciałbym w tym miejscu przywołać dwa z nich: pozbawione ducha agresywnej ekspansji działania Jagiellonów, budujących swą dynastyczną potęgę w Europie w sojuszu „wolnych z wolnymi, równych z równymi, zacnych z zacnymi”, czy zupełnie niezwykły w swej przenikliwości Manifest Rządu Narodowego z 1863 r., uznający wszystkich ludzi zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej za równych sobie. Kluczowa rola w kultywowaniu etosu pamięci i tożsamości przypada oczywiście szkole i rodzinie, ale bardzo ważną misję do spełnienia w tym dziele mają także Kościół, wojsko, harcerstwo oraz stowarzyszenia i organizacje społeczne, wszystkie mówiące jednym głosem – rozumnego patriotyzmu i etyki chrześcijańskiej. Nie wolno zapominać również o oddziaływaniu tak nośnych form społecznego przekazu, jak produkcje filmowe gromadzące masową publiczność oraz wartościowe propozycje teatralne, ale także przykuwające uwagę najmłodszego pokolenia gry komputerowe czy bardzo atrakcyjne w formie inscenizacje historycznych wydarzeń proponowane przez grupy rekonstrukcyjne.

Kluczowa rola w kultywowaniu etosu pamięci i tożsamości przypada oczywiście szkole i rodzinie, ale bardzo ważną misję do spełnienia w tym dziele mają także Kościół, wojsko, harcerstwo oraz stowarzyszenia i organizacje społeczne, wszystkie mówiące jednym głosem – rozumnego patriotyzmu i etyki chrześcijańskiej.

Jak już Pan Profesor wspomniał, kluczowa rola w procesie przywracania pamięci i budowania narodowej tożsamości – obok szkoły, rodziny czy instytucji wychowawczych – przypada polskiemu Kościołowi, który stojąc niezmiennie na straży najwyższych imponderabiliów duchowych i moralnych, przez wieki towarzyszył naszemu narodowi w różnych kolejach jego losu…

Istotnie. Przeszło 1050 lat temu miał miejsce doniosły akt dziejowy, który dał początek zupełnie wyjątkowemu związkowi chrześcijaństwa i tworzącego się wówczas państwa polskiego. Patrząc na to zjawisko z perspektywy dziejów, można nawet w pełni odpowiedzialnie powiedzieć, że tak jak wysublimowane poczucie państwowości stanowiło zawsze immanentną cechę polskiego Kościoła, tak polska państwowość była przez wieki i nadal jest nierozerwalnie z nim związana. Kościół w Polsce nie tylko reprezentował określony system wartości religijnych i moralnych, ale także, funkcjonując w państwie, które niemal od początku swego istnienia musiało stawiać czoło różnym zagrożeniom, swą postawą budził w Polakach ducha patriotyzmu i umiłowanie wolności. W najtrudniejszych okresach naszych dziejów ogromną rolę w podtrzymywaniu morale narodu odgrywały zawsze charyzma i niezłomna postawa największych Pasterzy, by wspomnieć choćby abp. Felińskiego czy – zwłaszcza – Prymasa Tysiąclecia. Warto wskazać również na szczególne relacje łączące polski Kościół ze Stolicą Apostolską, począwszy od momentu, kiedy Mieszko I zdecydował się na odprowadzanie „denara św. Piotra” bezpośrednio do Rzymu, aż po niezwykle nas wszystkich inspirujący duchowo okres pontyfikatu papieża Polaka. Wszystko to sprawia, że Kościół w Polsce ma nie tylko niezbywalne prawo, ale wręcz obowiązek aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym, w tym także w przywracaniu pamięci i tożsamości narodu.

Fot. pixabay.com

Problemy z właściwą percepcją własnego dziedzictwa narodowego daje się od dawna zaobserwować w wielu krajach europejskich, np. we Francji, gdzie monarchowie w okresie państwa Franków, czerpiąc z duchowej spuścizny antyku oraz z myśli chrześcijańskiej, jako pierwsi w Europie tworzyli zręby cywilizacji Christianitas, a kolejni królowie francuscy określani byli m.in. mianem Majestatu Arcychrześcijańskiego. Tymczasem od wielu lat Francuzi konsekwentnie i świadomie rezygnują ze swej kulturowej i religijnej tożsamości, pogrążając się w multikulturowym niebycie. Podobnie jest w innych państwach, które – co zakrawa na gorzki paradoks dziejów – w wielu przypadkach są monarchiami o wielowiekowej tradycji. Czy w jakiejś perspektywie zagraża nam podobne zjawisko?

Proszę pamiętać, że Francja ma za sobą jedno z najtragiczniejszych doświadczeń w swych dziejach, jakim była wielka rewolucja francuska, która w sferze ideologii zanegowała całe wspaniałe dziedzictwo tysiącletniej monarchii, co jak pamiętamy, w codziennej praktyce sprowadzało się m.in. do masowych zbrodni popełnianych na przedstawicielach arystokracji i duchowieństwa, ale także na zwykłych mieszkańcach miast i wsi, niezłomnie trwających przy tronie i wierze. Warto w tym miejscu przypomnieć choćby przeprowadzone metodycznie ludobójstwo setek tysięcy ludzi po stłumieniu powstania rojalistycznego w Wandei, co nawiasem mówiąc, w 1919 r. bardzo zainspirowało Lenina w trakcie jego „rozprawy” z Kozakami. Tragicznego pokłosia rewolucji nie przezwyciężyła restauracja monarchii; wręcz przeciwnie – zostało ono nawet później w jakiś sposób ugruntowane przez wydarzenia z lat 1830 oraz 1848, a zwłaszcza w okresie istnienia komuny paryskiej, która – naturalnie w innej sytuacji politycznej i w innej skali – przywracała ideologię, sposób działania, a nawet kalendarz i oficjalną terminologię obowiązujące niemal sto lat wcześniej. W ciągu minionych dwustu lat ani francuskie elity polityczne, ani żadna z wpływowych postaci świata kultury czy nauki nigdy zdecydowanie i jednoznacznie nie odcięły się od ludobójczego aspektu rewolucji i jej destrukcyjnego wpływu na losy Francji, tak więc wielu Francuzów nadal moralnie i mentalnie pozostaje pod wpływem jej haseł, co ma – naturalnie poza innymi istotnymi uwarunkowaniami – wpływ na obecną sytuację panującą w tym kraju. Do kontestowania, a następnie sukcesywnego niszczenia tożsamości kulturowej i narodowej przyczyniła się też oczywiście skrajnie zideologizowana polityka imigracyjna francuskich władz. Sądzę, że w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej chrześcijanie we Francji mogą zostać zamknięci w gettach, co – jak pamiętamy – może oznaczać pierwszy krok do eksterminacji. Podobna sytuacja ma miejsce w sąsiedniej Hiszpanii, niegdyś postrzeganej jako kraj arcykatolicki, a obecnie tonącej – jak większość krajów zachodniej Europy – w miazmatach lewacko-liberalnej utopii. Początek unicestwienia równie bogatego, jak francuskie, dziedzictwa kulturowego Hiszpanii miał miejsce w okresie sprawowania władzy przez Front Ludowy, który swą inspirowaną i finansowaną przez Stalina polityką doprowadził do wybuchu niezwykle krwawej wojny domowej, czego moralne i emocjonalne skutki Hiszpanie odczuwają do dziś. Sądzę, że na razie nie zagrażają nam podobne doświadczenia jak w obu tych krajach, zarówno ze względu na nieporównywalnie większe przywiązanie Polaków do tradycji, wiary i Kościoła, jak i bardzo nieliczną społeczność muzułmańską przebywającą w naszym kraju.

pgw

Zobacz także w e-civitas:

Reżyser Michał Kondrat: Święci sami się upominają o filmy

Z reżyserem filmu „Dwie korony” Michałem Kondratem rozmawia Anna Staniaszek