Home / Wiara Wspólnota Kościół / Papieski szlak od Krakowa do Fatimy

Papieski szlak od Krakowa do Fatimy

Rozmowa z prof. Gabrielem Turowskim, przyrodnikiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, bliskim przyjacielem Jana Pawła II.

Należy Pan Profesor do grona przyjaciół Karola Wojtyły – Jana Pawła II. Kiedy Go Pan Profesor spotkał? Jak to się stało, że wokół Niego zaczęło się gromadzić środowisko ówczesnych studentów krakowskich szkół wyższych?

W 1949 roku jesienią uczęszczałem na wykłady ks. dr. Karola Wojtyły dla studentów uczelni krakowskich, a także członków Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej. Te spotkania nie doprowadziły do bliskich kontaktów z ks. Karolem. Był to bowiem okres wielkiego ucisku studentów. Przed 1 maja 1949 roku byłem aresztowany w licznej grupie młodzieży, aby „zachęcić” innych do wzięcia udziału w pochodzie, a także by wśród nas, związanych z Sodalicją Mariańską, zmusić do potępienia „reakcyjnej” części kleru krakowskiego. To aresztowanie dało nam szansę spotkania z wysokim funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa, płk. Józefem Światło. To wszystko nakazywało mi ostrożność w kontaktach z księżmi. Na wykłady ks. Wojtyły chodziłem jednak z potrzeby serca, z zainteresowania filozofią chrześcijańską, teologią, a przede wszystkim osobą księdza Karola, duszpasterza akademickiego z parafii św. Floriana.

Dopiero później w trakcie kontaktów z akademicką parafią św. Anny, gdzie duszpasterzem był ks. Jan Pietraszko, późniejszy pomocniczy biskup krakowski, z moimi najbliższymi kolegami i aktywnie działającymi koleżan- kami, Zofią Jaroń i Teresą Skawińską, dostrzegliśmy potrzebę istnienia drugiego ośrodka duszpasterskiego dla mło- dzieży akademickiej skupionej wokół ks. Karola Wojtyłę, wikarego z kościoła św. Floriana, znajdującego się w pobliżu Politechniki Krakowskiej. Gdy pewnego razu udałem się na spotkanie z kard. Sapiehą, aby uzyskać zgodę na przeprowadzenie zbiórki przed kościołami na potrzeby Akademickie- go Domu Sodalicji przy Kanoniczej 14, którego byłem wówczas administratorem, zostałem wezwany do UB na placu Inwalidów. Wypytywano mnie. Zastosowałem znaną metodę zaprzeczenia posiadanej w UB informacji. Pragnę przy tym nadmienić, że w naszym Domu przy ul. Kanoniczej, który był własnością Kurii Metropolitalnej, mieszkali biedni studenci różnych szkół wyższych Krakowa, niektórzy pozbawieni praw publicz- nych, byli żołnierze AK. Ks. Karol Wojtyła znany był ze wspaniałych wykladów, a jako duszpasterz często spotykał się z młodzieżą na dyskusjach na plebanii, był współorganizatorem chórku dla śpiewu gregoriańskiego, a także uczestniczył we wspólnych rekreacyjnych wędrówkach.

U św. Floriana spotykałem się na porannych Mszach św. z moją przyszłą żoną. Modliliśmy się ze wspólnego mszału i było to zauważone przez ks. Karola Wojtyłę, spowiadającego obok w konfesjonale. Zapamiętał nas z tego okresu. Wspominał o tym wielokrotnie nawet, gdy był Ojcem Świętym.

Skąd się wzięło to familiarne określenie „Wujek”?

Ze wspomnień Danusi Rybickiej, opisanych w „Zapisie drogi” wiemy, że w czasie wycieczki do Zakopanego w 1952 roku na kwitnienie krokusów zapytano, czy ksiądz pozwoli nazywać się „Wujkiem”. Ks. Karol zgodził się bez wahania, jak podaje Danusia. I tak zostało aż do Jego śmierci. Wtedy zwrot „proszę księdza” był ze wszech miar niewskazany. Wokół było pełno różnych szpiclów i donosicieli. Groziło to przesłuchaniami i różnego rodzaju represjami. Gdy po wyborze na stolicę św. Piotra w Rzymie Ojciec Święty, odpisując na przesłany telegram gratulacyjny od środowiska, podał: „Wujek zostaje i Środowisko Wujka też”.

Środowisko studenckie Krakowa miało pewnie wielu ulubionych duszpasterzy. Czy do nich należał także ks. Wojtyła?

Tak jest – oprócz ks. Karola Wojtyły było ich wielu. Pragnę wymienić tych, z którymi w sposób szczególny byłem związany.

Gdy przyjechałem w 1947 roku do Krakowa na studia, miałem szczęście uczestniczyć kolejno w spotkaniach z charyzmatycznymi kapłanami. Pierwszym z nich był o. Paweł Kielar, domini- kanin, współtowarzysz w instruktorskiej drużynie harcerskiej „Watra”, twórca tatrzańskiego duszpasterstwa „Wiktorówki” na Rusinowej Polanie. Nasze włączenie w krąg oddziaływania duszpasterskiego Księdza Karola Wielkiego Wujka początkowo było umiarkowane ze względu na liczne obowiązki nie tylko zawodowe, ale i rodzinne. Zawsze znajdowaliśmy czas na letni wypoczynek podczas spływów kajakowych, a także na okazyjne spotkania. W pełni odpowiedzieliśmy na prośby Wujka o włączenie się do pracy w Pasterskim Synodzie Krakowskim. Po tragicznej śmierci Jerzego Ciesielskiego i jego dzieci, Katarzyny i Piotra, ze wskazania ks. Karola kard. Wojtyły pełniłem po- mocniczą rolę w Środowisku Wujka.

Jak na tamte czasy to dość niezwykła forma duszpasterzowania?

Wujek stworzył coś na kształt „parafii personalnej”. To pojęcie zostało wprowadzone do Kościoła dopiero po Soborze Watykańskim II. Był jej niemianowanym „proboszczem”. Odwiedzał nas w domach, prowadził dla nas katechezy, odprawiał Msze św. Współpracowaliśmy z nim w dziele pomocy samotnym matkom, kobietom w ciąży. Do pałacu arcybiskupów krakowskich – w okresie Świąt Bożego Narodzenia – byliśmy zapraszani, by wzajemnie złożyć sobie życzenia i wspólnie kolędować. Były urządzane kinderbale dla naszych dzieci. On razem z nami wzrastał, chrzcił nasze dzieci, odprowadzał naszych rodziców na wieczny spoczynek. Stawał się wreszcie „dziadkiem” dla naszych wnuków. Gdy został wyświęcony na biskupa 28 września 1958 roku, zaraz po ceremonii konsekracji zaprosił grupę osób ze Środowiska do Seminarium Duchownego a wieczorem udał się z nami jako biskup na pierwszą pielgrzymkę do Częstochowy. Następnego dnia rano w Kaplicy Cudownego Obrazu odprawił Mszę św.

Ks. Karol Wojtyła wpływał również na postawy publiczne ludzi ze Środowiska.

Wujek także wpływał na nasze postawy społeczne i patriotyczne. Wielkie było Jego umiłowanie Ojczyzny, o czym świat dowiedział się dopiero, gdy został wybrany na Stolicę Piotrową. Ukochał historię Polski, historię Kościoła, katedrę na Wawelu i ziemię ojczystą. To swoje umiłowanie przekazywał nam w czasie gawęd przy ognisku, spotkań na turystycznych szlakach. Jako Papież był najlepszym i wyjątkowym ambasadorem Polski na świecie. Gdy towarzyszyłem Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II z wizytą u Agostino kard. Casarollego z okazji jego imienin, słyszałem, jak opowiadał o Polsce Jagiellonów i wielkim mocarstwie Rzeczpospolitej obojga narodów w Europie.

Powstanie i istnienie środowiska Wujka niektórzy postrzegają jako szczególne dzieło Boże.

Po latach dostrzegam, że młodzież garnęła się do spotkań z Wujkiem, który okazał się charyzmatycznym kapłanem przy- ciągającym młodych ludzi, głównie ze środowiska akademickiego. Dziś widzę, że Jego działalność była nadprzyrodzona. To on stworzył wokół siebie – między innymi – nasze środowisko, w którym miał zawsze modlitewne oparcie i które nadal trwa. Po Jego śmierci spotykamy się co miesiąc na Mszy św. i modlimy się o szybkie wyniesienie Jana Pawła II do Chwały Ołtarzy.

Do legendy przeszły letnie spływy kajakowe z ks. Wojtyłą

Od 1953 roku spotykaliśmy się na letnim wypoczynku, na kajakowych szlakach, pieszych wędrówkach górskich, dniach skupienia.

Na letnich spływach kajakowych obserwował, jak zachowuje się młodzież. Młodzi zresztą lgnęli do Niego, przedstawiali swoje problemy, sympatie. On z nimi rozmawiał, prowadził swojego r o d z a j u przedmałżeńskie „kursy katechetyczne”. Z tych spotkań i rozmów wyrosła książka „Miłość i odpowiedzialność”, a później za Jego pontyfikatu Światowe Dni Młodzieży.

W czasie spływów kajakowych brał do swojego kajaka kogoś z nas i rozmawiał, radził, przede wszystkim zaś słuchał, odpowiadał na pytania. To dlatego dobrze znał problemy młodych, zakochanych ludzi i młodych małżeństw. Było to więc przemyślane oddziaływanie formacyjne.

Ścisłe kontakty z Waszym środowiskiem zachowały się i po wyborze Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową?

Po wyborze ks. Karola kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową przyjechał do Krakowa kard. Stefan Wyszyński. Spotkał się z doktorem Wisłockim i ze mną, prosząc, żebyśmy się dalej opiekowali zdrowiem Ojca Świętego. Dostaliśmy roczne wizy do Rzymu, mieliśmy paszporty w domu, co jak na owe czasy było niezwykłe. Żeby być w każdej chwili gotowym, w razie potrzeby, służyć Ojcu Świętemu.

I tak dostąpiliśmy wielkiego zaszczytu – dwaj członkowie środowiska Wujka, doktor medycyny Mieczysław Wisłocki i ja, towarzyszyliśmy papieżowi – na zmianę – w Jego pielgrzymkach zagranicz- nych. Ojciec Święty żartował, że dawniej my Jemu urządzaliśmy wycieczki, a teraz On organizuje nam „pielgrzymki” w różne strony świata. Chciał, abyśmy zobaczyli inny świat.

Fot: ZK

Uc z e s t n i c z y ł e m w 1980 roku w pierwszej apostolskiej pielgrzymce Ojca Świętego Jana Pawła II do sześciu krajów Afryki. Mogłem wtedy z bliska obserwować Jego posługę wśród Afrykanów. Później w 1981 roku byłem na Dalekim Wschodzie, w Pakistanie, na Filipinach, wyspach Guam, w Japonii i na Alasce. Po powrocie do Krakowa opowiadałem o tych papieskich podróżach.

Dzięki posiadaniu paszportu i wizy włoskiej mogłem w trzy dni po zamachu znaleźć się w Poliklinice Gemelli przy łóżku rannego i operowanego Papieża.

Podobno niemal całe środowisko gościło u Papieża?

W 1980 roku zorganizowaliśmy wyjazd do Castel Gandolfo. Było nas wtedy ponad 60 osób. Spotykaliśmy się z Ojcem Świętym codziennie na Mszy św., przy ognisku, gdzie były śpiewy, wspomnienia naszych letnich górskich wędrówek, spływów kajakowych.

Jeździliśmy również do Ojca Świętego po kilka osób na Święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz w wakacje. Opowiadaliśmy Papieżowi o naszych rodzinach, pracy zawodowej. Jan Paweł II szczególnie się cieszył z naszych osiągnięć naukowych. Te spotkania były dla nas bardzo cenne, traktowaliśmy je jako rekolekcje u boku „świętego i miłującego nas Ojca – Wujka – Papieża”.

W 2000 roku latem do Castel Gandolfo przyjechało około 100 osób. Przyjechały rodziny trzypokoleniowe. Były spotkania pełne radości i wzruszeń. Ojciec Święty już w podeszłym wieku znowu poczuł się jak przed laty naszym duszpasterzem. Cały czas odpisywał na nasze listy, telefonował w różnych sprawach, a my tradycyjnie, telefonicznie śpiewaliśmy kolędy w czasie Bożego Narodzenia. Byliśmy – jak myślimy i czujemy – grupą bliskich Mu ludzi, Jego personalną parafią, z którą przeżywał swoją młodość, a potem „wędrował” do Domu Ojca w Niebie.

Środowisko – w grupie ponad 70 osób – uczestniczyło 8 kwietnia 2005 roku w pogrzebie naszego umiłowanego Wielkiego Wujka – Jana Pawła II.

Sprawa zamachu jest wielką tajemnicą pontyfikatu Jana Pawła II. Pisano zresztą o tym wielokrotnie.

Ten zamach wyzwolił cały splot wydarzeń, które zresztą trwały aż do Jego przejścia do Domu Ojca. Można się zastanawiać, dlaczego ten zamach miał miejsce już w trzecim roku pontyfikatu? Moim zdaniem jest kilka hipotez. Jedną z nich to istnienie i działanie tzw. antykościoła. Druga to fakt, że Jan Paweł II już od początku pontyfikatu myślał nie tylko o wkroczeniu w trzecie tysiąclecie, ale pragnął rzucić pomost między dzisiejszymi czasami i Kościołem sprzed schizmy, zaprosił hierarchów Kościoła Wschodniego i Zachodniego specjalną bullą do Watykanu na 7 czerwca 1981 roku w 1500. rocznicę I Soboru Konstantynopolitańskiego i 1550. rocznicę Soboru Efeskiego. Ojciec Święty przygotowywał na to spotkanie Akt Zawierzenia Świata Matce Boskiej.

Siły zła na to nie pozwoliły. Zamach na Ojca Świętego miał to pokrzyżować. Jestem żyjącym jeszcze świadkiem, jak Papież w Poliklinice Gemelli boleśnie przeżywał fakt, że nie będzie mógł wziąć udziału w tym spotkaniu.


Chwila modlitwy i zamyślenia podczas sławnych spływów kajakowych
Fot: Archiwum

7 czerwca 1981 roku spotkanie co prawda się odbyło, ale nie tak jak On to sobie wyobrażał. Z balkonu Bazyliki Św. Piotra, w czasie sprawowanej Eucharystii, wygłosił homilię do zgromadzonych w świątyni zaproszonych hierarchów Kościoła. Jego organizm został bowiem zaatakowany przez wirusa cytomegalii. Był bardzo słaby i nie mógł osobiście uczestniczyć w tych uroczystościach. Wieczorem wygłosił przemówienie radiowe „Uwielbienie, dziękczynienie, zawierzenie NMP Matce Boga (Theotokost)” do zgromadzonych w Bazylice Matki Boskiej Większej w Rzymie.

To jakiś szczególny znak?

Zważmy, że pięciu papieży przed Janem Pawłem II, to jest Benedykt XV, Pius XI, Pius XII, Jan XXIII i Paweł VI, nie zwróciło szczególnej uwagi na orędzie fatimskie.

W rozmowie ze mną profesor Manuel Lopez-Linarez, geofizyk z Madrytu, zwrócił mi uwagę na zbieżność daty i czasu dokonania zamachu na Placu Św. Piotra i pierwszego objawienia w Fatimie w 1917 roku tj. 13 maja o godz. 17.17. Gdy o to zapytałem Jana Pawła II, nie uzyskałem odpowiedzi, tylko zamknął oczy i się modlił.

Dzisiaj wiemy, że następnego dnia, po tym, jak zapytałem Ojca Świętego o tę zbieżność dat, zwrócił się do Świętego Oficjum o dostarczenie Mu treści tajemnicy fatimskiej w oryginale i po włosku. Ponadto prosił o inne materiały odnoszące się do mieszkańców okolic Fatimy w czasie objawień. Był zainteresowany przeżyciami dzieci – świadków objawień.

Ten wątek fatimski będzie trwał do końca pontyfikatu?

W rok po zamachu w 1982 roku Ojciec Święty pojechał do Fatimy, by podziękować Matce Bożej za ocalenie. Tam się wtedy wydarzył tzw. „operetkowy” zamach na Papieża, dokonany przez niezrównoważonego psychicznie księdza. Stał się on pretekstem do manipulacji medialnych; media donosiły nie o tym, jak modlił się i co mówił Ojciec Święty, tylko że był ponowny zamach. To zaciemniło treść orędzia Fatimy, a także dokonanego Aktu Zawierzenia Ludzkości Matce Bożej.

Po jakimś czasie siostra Łucja przekazała, że Matka Boska oczekiwała kolegialnego zawierzenia.

I tu zaczyna się szlak fatimski Jana Pawła II…

W 1983 roku, dokładnie 8 grudnia, Ojciec Święty rozesłał do biskupów całego świata ponownie zredagowany tekst Zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi wraz z zaproszeniem do Watykanu na 25 marca 1984 roku, by kolegialnie dokonać tego aktu. Tym zaś biskupom, którzy nie mogliby przyjechać, zalecił odczytanie wiernym przekazany tekst. Jan Paweł II pisał wtedy: „O, jak głęboko odczuwamy potrzebę ofiarowania się za ludzkość i za świat, za świat naszych czasów w zjednoczeniu z samym Chrystusem. Świat bowiem musi mieć udział w odkupieńczej ofierze Chrystusa za pośrednictwem Kościoła”.

Należy nadmienić, że to zaproszenie nie dotarło do wszystkich biskupów. Po prostu diabeł posługiwał się ludźmi, by uniemożliwić dotarcie pisma Papieża do rąk adresatów. Gdy Ojciec Święty po Mszy św. na Placu Św. Piotra zawierzał świat, uczestniczyło w tym akcie ponad 150 tys. wiernych.

Zawierzenie z 1984 roku zostało przez Pana Boga przyjęte?

Po 1984 roku stan zdrowia Ojca Świętego pogorszył się. Zaczęły się pobyty w szpitalu, operacje. Cały świat zobaczył trzęsącą się rękę Papieża. Uznano to za chorobę Parkinsona. Był to widoczny znak, że Ojciec Święty bardzo cierpi. Te dolegliwości stały się uciążliwe w Jego posłudze Kościołowi.

Wielokrotnie myśląc o niesłychanych cierpieniach Ojca Świętego, doszedłem do wniosku, że ofiarowane 25 marca 1984 roku życie w Akcie Zawierzenia Ludzkości Matce Bożej zostało przez Boga przyjęte.

Jednak papieskie zawierzenie odniosło skutki.

Pierwszym skutkiem był rozpad Związku Radzieckiego. Tego procesu nie rozpoczął Gorbaczow, związany raczej z siłami globalnymi, raczej Jelcyn, nie bardzo zresztą świadomie. Znamienne, że akt podpisania rozpadu Związku Radzieckiego miał miejsce 8 grudnia 1991 roku, w święto Matki Boskiej. Dzięki rozpadowi Związku Radzieckiego wiele krajów odzyskało niepodległość: Ukraina i kraje nadbałtyckie. Następstwem rozpadu Związku Radzieckiego był upadek muru berlińskiego. Miało to skutki dla całego świata. Jak dwa lata temu ujawnił minister obrony narodowej, Radosław Sikorski, w konfrontacji zbrojnej Układu Warszawskiego z NATO w Polsce miało zginąć 2 mln ludzi, a z powierzchni ziemi miały zniknąć 42 miasta.

My wtedy nie rozumieliśmy prośby Ojca Świętego do Niepokalanej: „Od głodu i wojny wybaw nas! Od wojny atomowej, od niewyobrażalnego samozniszczenia, od wszelkich wojen, wybaw nas!”.

W dziesięć lat po zamachu na Ojca Świętego w 1981 roku Papież pojechał jeszcze raz do Fatimy, żeby podziękować Matce Bożej za zmiany, które się dokonały w Europie i na świecie. Podjął wtedy decyzję o beatyfikacji dzieci i ujawnieniu trzeciej tajemnicy fatimskiej w 2000 roku.

A jakie były te cudowne zdarzenia?

Podczas zamachu cudownym zdarzeniem między innymi było to, że Ali Agca, wyborowy strzelec, oddał tylko dwa strzały. Rozmawiałem z jezuitą z Niemiec, który pojechał do Belgii do producenta broni, jakiej użył zamachowiec na Placu Św. Piotra. On mu ujawnił, że takie zacięcie pistoletu zdarza się raz na milion strzałów. To był 9-strzałowy pistolet. Gdyby nie ten fakt, Agca mógł skutecznie wykonać swoje zlecenie.


Przed cudowną igurą Matki Boskiej Fatimskiej
Fot: Archiwum

Ojciec Święty po zamachu dojechał do Polikliniki Gemelli w rekordowym czasie, około 8–10 minut, podczas gdy najlepsi kierowcy tę drogę przebywali w ciągu około 20 minut. Dodam, że w nowej karetce, która wiozła Papieża, zepsuła się syrena alarmowa oraz klakson.

Prof. Francesco Crucitti, który operował Papieża, powiedział mi, że kula przeszła 5–7 mm od tętnicy biodrowej wspólnej. Gdyby ją uszkodziła, wykrwawienie nastąpiłoby w ciągu 5 minut. W czasie długotrwałej operacji był moment negatywnego wahnięcia w stanie klinicznym Ojca Świętego. W tym samym momencie obraz Matki Bożej Częstochowskiej umieszczony na tronie papieskim na Placu Św. Piotra, gdzie Jan Paweł II miał usiąść w czasie audiencji, przewrócił się. Można to ująć w perspektywie widocznego znaku.

A dalsze niezwykłe zdarzenia?

Gdy Ojciec Święty był transportowany w karetce do Polikliniki Agostino Gemelli, poinformowano, że został uderzony. W pierwszej chwili lekarze nie wiedzieli, jaki uraz wystąpił. Okazało się, że są rany postrzałowe i należy natychmiast operować. W tym samym czasie miała się odbyć wcześniej zaplanowana operacja i zespół lekarski był do niej przygotowany. Zatem operacja Ojca Świętego mogła się odbyć natychmiast, a planowany zabieg można było przesunąć w czasie. Na uwagę zasługuje fakt, że na czele tego zespołu był człowiek o niezwykłej sprawności, tzw. „złota rączka” wśród chirurgów. On właśnie rozpoczął operację, zanim przybył prof. F. Crucitti.

Jak było przy umieraniu?

Jak wynika z oficjalnego komunikatu podpisanego przez osobistego lekarza Papieża dr. Renato Buzzonettiego, przyczyną zgonu był wstrząs septyczny, a toksyny nagromadzonych w organizmie bakterii spowodowały porażenie układu naczyniowego i oddechowego, zablokowane zostały ner- ki. Wstrząs doprowadził do nieodwracalnej zapaści sercowo-krążeniowej

Pochylmy głowę nad tą „tajemnicą cierpienia” i uznajmy, że Dobry Bóg przyjął „Żertwę” następcy św. Piotra, Biskupa Rzymu. Przyjął wolę Papieża w składaniu siebie w Ofierze, w wielkim cierpieniu dał Mu łaskę godnego przejścia do Siebie, przy nieustannej modlitwie wszystkich ludzi. Przy zamachu było więc cudowne ocalenie, a przy śmierci – cierpienie.

Artykuł ukazał się w numerze 04/2008.

Dodaj komentarz