Home / Wiara Wspólnota Kościół / Papież umocni nas w wierze

Papież umocni nas w wierze

Z o. Dariuszem Kowalczykiem, jezuitą, teologiem dogmatycznym, rozmawia Piotr Chmieliński

Fot. Piotr Chmieliński

– „Trwajcie mocni w wierze”. Dlaczego, zdaniem Ojca, właśnie takie jest hasło pielgrzymki papieża Benedykta XVI do Polski?

– Umacnianie braci w wierze to podstawowa misja biskupa Rzymu. Jezus Chrystus sam polecił św. Piotrowi, aby umacniał swoich braci w wierze. Stąd nic dziwnego, że takie właśnie hasło zostało wybrane na tę pielgrzymkę. Ono jest jednak na tyle ogólne, że trudno dokładnie powiedzieć, co się za nim kryje. Możemy na pewno oczekiwać, że poczujemy się umocnieni w wierze, osobiście i jako wspólnota wierzących w Polsce.

Poza tym myślę, że temat wiary, jej obrony i umacniania wierzących jest bardzo bliski obecnemu Papieżowi, bo w końcu przez ostatnie lata i jako teolog i jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary właśnie zajmował się wiarą. Niektórzy tę Kongregację postrzegają negatywnie, kojarzy im się ona głównie z młotem na heretyków. Tego rodzaju aspekt w działaniach tej Kongregacji występuje, ale nie jest to element zasadniczy i kard. Ratzinger wielokrotnie tłumaczył, że on służy wierzącym, a nie goni za heretykami.

– To hasło „Trwajcie mocni w wierze” sugeruje, że jest poważne niebezpieczeństwo utraty wiary. Czy dzisiaj takie niebezpieczeństwo jest może szczególnie mocno widoczne?

– Benedykt XVI nie jest pesymistą i malkontentem, ale ocenia obecną kondycję świata, a szczególnie Europy, dość negatywnie. Widzi bardzo wiele niepokojących zjawisk: sekularyzacja, laicyzacja, brak trwałego systemu wartości itd. Bardzo ciekawy jest wstęp kard. Ratzingera z 2000 r. do kolejnego wznowienia jego najsłynniejszej chyba książki „Wprowadzenie w chrześcijaństwo”. I tam Ratzinger stwierdza, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci dla Kościoła najważniejsze były dwie daty: 1968 r. i 1989 r. W przypadku 1968 r. Ratzinger podkreśla, że wtedy wielu młodych ludzi poddało w wątpliwość cywilizację zbudowaną na chrześcijaństwie. Podniesiono wówczas hasła budowy lepszego świata, gdzie będzie równość, wolność, braterstwo, tolerancja. Ale świata w dużej mierze jednak ograniczonego do doczesności. I ruchy wyrosłe z 1968 r. odwoływały się do filozofii marksistowskiej, czyli do wizji zbudowania szczęśliwego świata tutaj, w doczesności.

Z kolei w 1989 r. jeden po drugim zaczęły padać systemy komunistyczne. Można się było wtedy spodziewać, że chrześcijaństwo zatriumfuje. Tak się nie stało. 1989 r. nie przyniósł, również w Polsce, wielkiego ożywienia moralnego, ale nawet jakieś pogłębiające się zagubienie i bezradność. Z punktu widzenia moralnego, w niektórych obszarach zagubienie jest nawet większe niż przed 1989 r.

– Czy Ojciec się zgadza z tymi ocenami Ratzingera?

– Tak! To jest pogląd, który jest mi bliski. I chociaż w Polsce wciąż bardzo wiele osób zachowuje tradycje związane np. ze świętami, to jednak jak patrzy się na kształt życia społecznego, media, kulturę, codzienność, to można się obawiać, że nie wzrastamy w wierze i nie umacniamy się w niej. Raczej gubimy coś cennego i tylko od czasu do czasu podejmujemy jakieś zrywy jako społeczeństwo katolickie.

– Czyli po 1989 r. jest gorzej pod tym względem niż wcześniej?

– Trudno to oceniać w kategoriach „gorzej – lepiej”. To jednak są inne czasy. Ale mamy chyba wszyscy poczucie, że spodziewaliśmy się dużo więcej. Możemy być rozczarowani, ale niech to nas nie pogrąży w marazmie, ale będzie impulsem do rozejrzenia się wokół i działania. Warto jednak zapytać: dlaczego nam nie wyszło? I tutaj nikogo nie oskarżam. Nie mówię, że winni są ci, albo tamci. Stwierdzam tylko, że jako wspólnota Kościoła w Polsce nie zdołaliśmy po 1989 r. stworzyć jakiejś nowej jakości z której moglibyśmy być dumni.

– Jakie są wyzwania stojące więc w tej sytuacji przed Kościołem?

– Na przykład poszukanie odpowiedzi na pytanie: jak łączyć wiarę w Pana Jezusa wyznawaną w Kościele katolickim z zaangażowaniem społeczno – politycznym? Bo z jednej strony mają rację ci, którzy mówią, że wiara nie może się ograniczać tylko do pewnych rytów, sprawowania sakramentów, ale musi się też przejawiać na płaszczyźnie społecznej i politycznej. Przecież nie można polityki pozostawić tylko niewierzącym albo nie można dopuszczać, że ludzie wierzący uprawiają politykę tak jakby Boga nie było. Ale z drugiej strony jest pytanie, jak być wierzącym w porządku demokratycznego państwa w taki sposób, aby nie przejawiać tendencji fundamentalistycznych i nie być oskarżanym, że narzuca się niewierzącym swoje poglądy wynikające jedynie z wiary?

– Czy tematyka wiary jest jakoś szczególnie obecna w dziełach kard. Ratzingera?

– Nie może być inaczej. Jako teolog dogmatyczny podejmował wielokrotnie temat wiary. Zachęcałbym wszystkich, aby przed czy po pielgrzymce sięgnęli do jednej albo kilku książek Ratzingera wydanych po polsku, np. wywiady „Bóg i świat”, „Sól ziemi” czy też wspomniane „Wprowadzenie w chrześcijaństwo”. To są naprawdę wspaniałe, świetne książki i tam jest sporo o wierze.

– Na co w twórczości Ratzingera warto zwrócić szczególną uwagę? Co on wniósł ważnego do teologii?

– Jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary był wielką pomocą dla Jana Pawła II, stał za wieloma listami, dokumentami czy nawet kazaniami swojego poprzednika. W początkach pracy Ratzingera jako prefekta, to myślę, że najważniejsze były instrukcje dotyczące teologii wyzwolenia, którą można scharakteryzować jako próbę odpowiedzi na problem wielkiej nędzy i biedy społeczeństw w Ameryce Łacińskiej. Użyto pewnych pojęć z Marksa, jak np. walka klas, aby rozwiązać ten problem. Wzywano do rewolucji a Eucharystia zaczęła być celebrowaniem czynu rewolucyjnego. Ewangelia przestała być czymś, w czego centrum jest Jezus Chrystus, a stała się wersją marksizmu – leninizmu z Panem Jezusem jako wzorem dobrego rewolucjonisty. Takie tendencje Ratzinger ostro potępił!

Warto też zwrócić uwagę na treść deklaracji „Dominus Iesus”, która spotkała się z krytyką wielu środowisk. Przez niektórych ta deklaracja została odebrana nawet jako kontrpropozycja w stosunku do pewnych gestów Jana Pawła II.

Ale trzeba mocno podkreślić, że Ratzinger podtrzymuje opcję ekumeniczną w Kościele. Wyraża jednak zaniepokojenie tym, iż pewnego rodzaju nie przemyślane gesty nie owocują jednością, ale pomieszaniem wszystkiego ze wszystkim i sprzyjają tworzeniu postmodernistycznej papki, której główną tezą jest to, że wszyscy mają w sprawach światopoglądowych rację, każdy ma swoją prawdę, a Bóg jest niepoznawalny i wszystkie drogi do Niego są równie dobre. Raztinger w takiej postawie widzi duże niebezpieczeństwo dla wiary i dla człowieka w ogóle.

Podoba mi się, że obecny Papież szczerze i otwarcie mówi o napięciu jakie istnieje w każdym człowieku: pomiędzy wiarą a zwątpieniem, a nawet niewiarą. I mówiąc o tym napięciu Ratzinger nie boi się dać osobistego świadectwa przeżywania tego rodzaju trudności. To jest autentyczne i dotyka tego, co dla nas w Europie jest bardzo istotne. Bo myślę, że trochę za mało się mówi o sekularyzacji, laicyzacji i ateizacji.

– Jakie Ojciec widzi obecnie zagrożenia dla wiary?

– Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć, o czym właściwie myślimy, kiedy mówimy o wierze. Są trzy perspektywy naszej wiary. Jest wiara w Boga, Jezusa Chrystusa i Kościół. Dla wiary w Boga zagrożeniem jest doświadczenie ciemności egzystencji, cierpienia. Wielu ludzi widząc cierpienie, marność życia, pyta się jak to jest możliwe i dlaczego dzieją się takie rzeczy skoro Bóg jest miłością. I na to pytanie musimy sobie nieustannie odpowiadać.

Na poziomie wiary w Jezusa Chrystusa zagrożeniem może być wynaturzone rozumienie słów pluralizm i tolerancja. My mamy wdrukowane przez przeważający nurt w mediach to, że w sprawach światopoglądowych nie wypada mówić, że ktoś ma, a ktoś nie ma prawdy. Nie wypada bronić swojej wiary jako prawdziwej, bo taka postawa utożsamiana jest jako nietolerancyjna.

Wierzący nie powinien uważać, że ma prawdę w kieszeni i na każde pytanie przygotowaną najlepszą odpowiedź, ale z drugiej strony absurdalne są wymagania adresowane do osoby wierzącej, żeby uważała iż to, w co ona wierzy w niczym nie jest bardziej prawdziwe niż to, w co wierzy ktokolwiek inny. Oczywiście z tego, że ja wierzę iż to Jezus jest zbawicielem a nie Budda, wcale nie wynika, że ja nie powinienem szanować buddystów.

Ale wielu ludzi pod naporem tego źle rozumianego pluralizmu i tolerancji zadaje sobie pytania, dlaczego mają wierzyć, że Jezus jest jedynym zbawicielem, skoro inni wierzą w Buddę czy Allacha. I tu Ratzinger powiedziałby, że jeśli odrzucimy wiarę w Jezusa Chrystusa jako prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka to cała Ewangelia nam się sypie.

Trzecim poziomem wiary, chyba najbliższym wielu ludziom, jest wiara w Kościół. Na tym poziomie zagrożeniem dla wiary może być po prostu zgorszenie grzechem ludzi Kościoła.

– Co to w ogóle znaczy wierzyć?

– Rozróżnię trzy poziomy wiary. Pierwszy to przyjmowanie za prawdziwe zdań, stwierdzeń, np. zawartych w Credo. Ten poziom jest ważny, ale trudno powiedzieć, że to jest istota wiary. Drugim poziomem wiary jest wykonywanie pewnych gestów, rytów, aktów. I o ile w tym pierwszym przypadku mówimy o treści wiary, to w drugim o akcie wiary. Ja coś robię, modlę się, uczestniczę w liturgii, razem z innymi klękam, stoję, śpiewam, dokonuję pewnych aktów indywidualnych i wspólnotowych. To też jest bardzo istotne, bo wiara musi się jakoś wyrażać. Jeżeli się nie wyraża w niczym, to można mieć podejrzenia, że jej w ogóle nie ma. I trzeci poziom wiary, chyba najistotniejszy, to jest wiara jako spotkanie. Czy mam doświadczenie obecności żywej osoby – Boga we mnie, obok mnie, nade mną?

– Czy Ojciec ma takie doświadczenie? Spotkał Ojciec Boga?

– Historia mojego powołania jest dla mnie doświadczeniem Pana Boga. Tzn. jak się budzę, czy idę spać, to, pomimo moich słabości czy niewierności, nie mam zasadniczych wątpliwości, że jestem na swoim miejscu i pan Bóg mnie właśnie tutaj chce.

– I nigdy nie miał Ojciec takich wątpliwości?

– Nie. Spotkanie z Bogiem na modlitwie i zadanie Mu kilku pytań dotyczących mojego powołania, kończy się zawsze potwierdzeniem tego powołania.

– Doświadczenie wielu świętych pokazuje, że w drodze do Boga kryzysy są nieuniknione. Np. św. Teresa od Dzieciątka Jezus tuż przed śmiercią mówiła, że prześladują ją myśli najzagorzalszych materialistów.

– Ja nie jestem na tyle święty, żeby doświadczać jakichś wielkich ciemności czy kryzysów. Tego rodzaju doświadczenia wymagają jednak świętości. Takich „ciemnych nocy” nie doświadcza byle kto. Trzeba mieć mocne doświadczenie Boga, żeby równie mocno w Niego wątpić.

– Jak dobrze przeżyć kryzys wiary?

– Życie chrześcijanina powinno opierać się na trójnogu: Słowo Boże, Eucharystia i inne sakramenty oraz wspólnota ludzi, którzy nawzajem się wspierają i umacniają. Dziś chyba ludziom najbardziej brakuje wspólnoty, porozmawiania z kimś, spędzenia czasu w grupie. Kościół oferuje wiele możliwości, żeby rozważyć czy posłuchać słowa Bożego, natomiast są to często doświadczenia wyizolowane od wspólnoty. Dobrze więc, że po Soborze Watykańskim II jest coraz więcej wspólnot, ruchów, stowarzyszeń.

Kryzys religijny ma różne oblicza. Św. Ignacy radzi, żeby w doświadczeniu kryzysu tym bardziej być wiernym słowu Bożemu, Eucharystii, wspólnocie i przypominać sobie momenty dobre, okresy pocieszeń. A z kolei w okresie pocieszenia, kiedy wiara jest źródłem radości, nie należy popadać w euforię i przypominać sobie momenty strapienia. To daje konieczną równowagę.

– Jak dobrze przygotować się do pielgrzymki Papieża?

– Warto uświadomić sobie, czego oczekujemy od tego wydarzenia. Konkretnie to nazwać. I modlić się, żeby ten owoc osiągnąć. A jak przyjedzie Papież, to dzięki temu nastawieniu na coś konkretnego, będziemy bardziej uważnie odbierać wydarzenia związane z pielgrzymką. Oczywiście trzeba być też otwartym na niespodzianki, które może przygotować dla nas Duch Święty.

Fot. Piotr Chmieliński

O. Dariusz Kowalczyk

od 2003 r. jest prowincjałem Prowincji Wielkopolsko – Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego. Wcześniej był m.in. rektorem kolegium jezuitów w Warszawie. Studiował teologię w Warszawie i Rzymie. Pracował w Radiu Watykańskim. Jest autorem wielu książek i artykułów popularyzujących teologię.

Artykuł ukazał się w numerze 05/2006.

Dodaj komentarz