poniedziałek , 25 Wrzesień 2017
Fot. pixabay.com

Piąta pora roku

Nie ma jednej daty, od której zaczyna się karnawał – sylwestrową nocą czy od Trzech Króli? Oznaczany bywa różnie, choć zawsze kończy się wraz z nastaniem Środy Popielcowej. Co kraj, to obyczaj.

Wraz z nastaniem karnawału rozpoczyna się czas zawracania głowy… nogami. A słowa piosenki Agnieszki Osieckiej „Niech żyje bal!” nabierają wyjątkowej aktualności. Nie musi być od razu w Operze Wiedeńskiej czy drogim, modnym lokalu. Można przetańczyć noc na składkowej domówce u przyjaciół.
Lekarze twierdzą, że taniec i śmiech wentylują płuca, dotleniają mózg, poprawiają krążenie, działają korzystnie na układ immunologiczny. Chronią przed chorobami serca, depresją, pozytywnie wpływają na postrzeganie siebie i świata. Wzmacniają relacje z ludźmi, pomagają nawiązywać kontakty, przełamywać nieśmiałość. Pod względem zdrowotnym karnawał niesie ze sobą obietnicę prezentu od losu. Pod warunkiem, że odrzuci się przesadę, wyuzdanie, nadużywanie alkoholu.

„Chrześcijanie dostają wariacji”
Do karnawałowych szaleństw przyzwyczaja się nas już od wczesnego dzieciństwa. W rodzinnych albumach roi się od zdjęć balujących przedszkolaków, poprzebieranych w najbardziej wymyślne stroje, fotografii z roztańczonych szkolnych „choinek”, czy wreszcie studniówek, które właśnie w karnawale rytmem poloneza oznajmiają, ile dni jeszcze zostało do matury.
Z wiekiem poważniejemy. Ktoś zbadał, że o ile dzieci w wieku przedszkolnym śmieją się ok. 300 razy dziennie, dorośli tylko ok. 14 razy. Karnawałowa „rozpusta” kończy się dla przeciętnego Polaka na pączku w tłusty czwartek i ostatkowych faworkach, choć wtorkowe ostatki nazywa się u nas „śledzikiem”.
A przecież nie zawsze tak skromnie bywało. W Encyklopedii staropolskiej Glogera przeczytamy, że ambasador sułtana tureckiego Solimana II w Polsce, informując o zabawach karnawałowych donosił, że „w pewnej porze roku chrześcijanie dostają wariacji i dopiero jakiś proszek posypany im potem w kościele na głowę leczy takową”. Karnawałowa gorączka musiała być w XVI w. naprawdę wysoka, skoro aż arcybiskup gnieźnieński Stanisław Karnkowski, prymas Polski, zarządził podczas karnawału 40-godzinne nabożeństwo dla ostudzenia oszalałych rodaków.
Zmieniliśmy się, ale potrzeba wspólnego przeżywania radości pozostała. Nie wypełni jej wszechobecna w naszym życiu telewizja. Przynajmniej raz do roku wypada się zabawić. Najlepiej w karnawale, bo po to jest. Nie należy jednak traktować go jako czasu zawieszającego przestrzeganie chrześcijańskich zasad moralnych. Kościół nie jest przeciwny zabawom ludowym. Są one przecież wyrażeniem ekspresji socjalnej, publicznej – prawdziwą radością, ale tylko wtedy, gdy respektują godność osoby. Wówczas możemy się odwołać do słów Starego Testamentu: Jest czas płaczu i czas śmiechu (Ekl 3,4).
W mojej parafii na warszawskiej Woli proboszcz zaprosił wiernych na bal karnawałowy z wodzirejem, by bardziej zintegrować wspólnotę wiernych, w przypadku tej parafii niebogatych ludzi. Przecież już Jan Kochanowski pisał w pieśni Miło szaleć, kiedy czas po temu.

Świat na opak
Na południu Europy za początek karnawału przyjmuje się dzień św. Antoniego Opata, czyli 17 stycznia. Stało się ogólnoświatową zasadą, że apogeum szaleństw przypada na dni: od tłustego czwartku do wtorkowych ostatków przed Środą Popielcową. Wtedy roztańczone tłumy przebierańców zalewają ulice włoskich, francuskich i niemieckich miast. Już nie wspomnę o Rio de Janeiro. Po karnawałowym amoku zbiera się tam trupy zatańczonych na śmierć miłośników samby, których poniósł temperament. To tragiczne żniwo nadużywania alkoholu i narkotyków.
A przecież czytając Stary Testament, zauważamy, że taniec był jedną z form okazywania radości, wyjątkowym uwielbieniem Boga. Wyrażał to, czego nie potrafiły przekazać słowa. Już psalmista Dawid zachęcał do oddawania czci Bogu właśnie przez taniec: Chwalcie Go dźwiękiem rogu, chwalcie Go na harfie i cytrze! Chwalcie Go bębnem i tańcem, chwalcie Go na strunach i flecie! Chwalcie Go na cymbałach dźwięcznych, chwalcie Go na cymbałach brzęczących (Ps 150,3-5).
Kardynał Józef Ratzinger w rozważaniach Służyć prawdzie z 2008 r. poświęcił fragment teologii karnawału i odniósł do współczesności, stwierdzając że dziś karnawał jest znów niszczony przez smutek, który wywołują nowi „bogowie” chcący nim zawładnąć – „mamona wraz ze swoimi sprzymierzeńcami”. „Dlatego my, chrześcijanie, walczymy nie przeciw zabawie, lecz o prawdziwą zabawę”. Mamy sprzeciwiać się zatraceniu, zniewoleniu i pojmowaniu zabawy jako substytutu pełnego życia.
Psychologowie twierdzą, że w karnawałowym szaleństwie, gdy ludzie zakrywają twarze maskami, wcielając się w inne postacie, wyprawiają harce przy akompaniamencie zwariowanej muzyki i huku fajerwerków, obrzucają cukierkami, serpentynami, koralikami i konfetti – manifestują tęsknotę do wolności, chęć wyzwolenia z gorsetu konwenansów. Odreagowują stresy, niedowartościowanie, samotność i frustracje. Czy zatracenie jest warunkiem osiągnięcia radości z zabawy? A może pragnienie zatracenia się w zabawie jest tylko rozpaczliwą próbą oderwania się od problemów życia, ucieczki przed rozpaczą?

Dziedzictwo bachanalii
Karnawałowa tradycja narodziła się w średniowieczu. Wywodzi się ją ze starorzymskich i greckich świąt ku czci Dionizosa, boga życia, słońca, miłości i wina. W Europie, głównie w krajach śródziemnomorskich, które uważane są za kolebkę zabaw karnawałowych, był to czas tańców, maskarad, ulicznych korowodów i widowisk.
Nazwa pochodzi od starowłoskiego carne vale, oznaczającego obrzędowe pożegnanie mięsa przed Wielkim Postem. Wywodzi się ją także od łacińskiego carrus navalis, jak określano w Rzymie wielki ukwiecony wóz na kołach, w kształcie okrętu, używany w rytualnych procesjach. Również dziś wozy takie są nieodłącznym rekwizytem karnawałowych parad. Bachanalia i Saturnalia miały orgiastyczny charakter, Kościół z oczywistych względów nie mógł zaakceptować rozpusty, toteż formy zabawy wyraźnie złagodniały. Zresztą po „wariacjach” przychodził czas Wielkiego Postu, okazja, by wszystkie grzechy odpokutować.
Marcin Luter widział w karnawałowych obyczajach źródło zła: „Można by sądzić, że narody całe rozsądek tracą, od zmroku do świtu, a i dnia większą część trawią na tańcach, pijatykach, swawolach wszelakich, a grzech i potępienie czasem tym rządzą” – głosił niewzruszony. Walczył z patologiami karnawału również Savonarola, na którego wezwanie mieszkańcy Florencji, poruszeni siłą jego perswazji, złożyli potulnie na stos wszelkie przedmioty zbytku i uciech. Savonarola stos ten podpalił.
Karnawał okazał się jednak niezniszczalny. Potrzeba wspólnej zabawy, beztroskiej uciechy, jest w ludziach wieczna. Kościół katolicki nigdy jednoznacznie nie potępił karnawału jako czasu radości.

Jak za Casanovy
W karnawale w Wenecji, najstarszym bodaj na świecie, od wieków królują maski. Tak było za Casanovy, tak jest i teraz. By dopełnić kostiumu, wypada jeszcze posiąść czarny płaszcz i trójgraniasty kapelusz. W ciągu ostatnich dziesięciu dni karnawału ponad 200 000 przebranych i zamaskowanych ludzi rusza w tany, zapełniając ulice i place. Największym wydarzeniem jest ostatkowy bal na placu św. Marka, zakończony tuż przed północą wielką paradą masek, która ma swoją dramaturgię. Marsz ciszy na zakończenie imprezy daje znać rozpalonym głowom o nadejściu Postu i konieczności utrzymania powagi.
We Włoszech znane jest jeszcze z karnawałowej parady o satyrycznym i politycznym charakterze miasteczko Viareggio. Od ponad 50 lat parady transmituje włoska telewizja RAI. Z kolei w miasteczku Iurea na południu Włoch organizowana jest tradycyjna bitwa na pomarańcze.
Z kwiatowego szaleństwa słynie karnawał w Nicei, o którym pierwsze wzmianki znaleźć można w księgach z końca XIII w. I pomyśleć, że ongiś podczas zabaw ulicznych zamiast – jak dziś kwiatami – obrzucano się mąką, jajkami, otrębami i kolorowym gipsem. Specyfiką trwającego przez 18 dni szaleństwa są słynne parady kwiatowe, w których jednorazowo bierze udział półtora tysiąca ludzi. Zamach terrorystyczny w Nicei z 14 lipca 2016 r. (zginęły 84 osoby) bez wątpienia odciśnie ślad na przebiegu tegorocznych imprez karnawałowych. Trudno będzie o entuzjazm, dawną beztroskę i luz.
Najsłynniejszy w Niemczech karnawał w Kolonii nazywany jest tam „piątą porą roku”. W ostatnie dni karnawału zamyka się biura i sklepy, by mieszkańcy mogli brać udział w fieście, która gromadzi nawet milion ludzi. Zapewne też straci na wesołości. Po napaści uchodźców na kobiety w noc sylwestrową bezpieczeństwa imprez karnawałowych w 2016 r. strzegło 2500 policjantów, a i tak doszło do 22 ekscesów seksualnych. Ale po grudniowym ataku terrorystycznym Tunezyjczyka w Berlinie, w którym zginęło 9 osób, a 50 zostało rannych, mimo silnego nadzoru policyjnego karnawał w Kolonii nie będzie już tak radosny. Niemcom już wcale nie jest do śmiechu.
Tak oto na naszych oczach karnawał traci beztroskie oblicze masowej, ulicznej zabawy z przyczyn, o których parę lat temu nam się nie śniło. I to nie Kościół, lecz życie robi korektę.

Alicja Dołowska

pgw

 

Zobacz także w e-civitas:

Samorząd szkołą obywatelskiej aktywności

Współczesny samorząd terytorialny zaczął się kształtować w Europie na przełomie XVIII i XIX w., najpierw …