Home / Rozmaitości / Pisarz, którego wciąż warto czytać
Jan Dobraczyński / Fot. wikipedia.pl

Pisarz, którego wciąż warto czytać

W bieżącym roku mija 70 lat od pierwszego wydania Najeźdźców Jana Dobraczyńskiego. Wydanie to – choć zamysł i projekt powieści zrodziły się, jak podają historycy literatury, już  w  1940 r. – datuje się na rok 1946. Nietrudno zatem wysnuć wniosek, że musiała być pisana w trudnych czasach niemieckiej okupacji.

 

Najeźdźcy to na pewno powieść niełatwa dla kogoś, kto nie doświadczył wojny lub nie ma choćby podstawowej wiedzy o tamtych trudnych czasach. Pisana w  dramatycznych okolicznościach wojny przez żołnierza AK, została skazana na „niebyt” w latach stalinowskich. Jest w tej powieści mowa o wydarzeniach wojennych, ukazanych jako złożona i wielowątkowa panorama. Autor stawia sobie tam karkołomne wręcz zadanie – zrozumieć Niemców, gdzie słowo „zrozumieć” znaczy zawsze w jakimś stopniu „uznać rację”. Żeby jednak zrozumieć Niemców w latach 40., trzeba było być albo kolaborantem, szaleńcem, albo wręcz wizjonerem. A  więc człowiekiem myślącym w innym rytmie, w takim, jakim potrafią tylko najwybitniejsi pisarze. A do takich należał niewątpliwie Dobraczyński.

W warstwie fabularnej Najeźdźcy są opowieścią o przyjaźni dwóch oficerów niemieckich, asów Luftwaffe – Herberta Köstringa i Hugo Kostrzewy. Powieść ukazuje duchową przemianę jednego z nich pod wpływem katolicyzmu. Ma to zilustrować poglądy samego pisarza na temat duchowego odrodzenia narodu niemieckiego po wojnie. Pierwszy z bohaterów jest reprezentantem niemieckiej rodziny z tradycjami, która do nazizmu podchodzi z dystansem. Jednak dystans ten w żaden sposób nie oznacza dopuszczenia myśli o niewykonaniu rozkazów czy historycznej powinności, aczkolwiek gdzieś w tle tli się iskra sceptycyzmu i niezależnego myślenia. Z kolei Kostrzewa to młody, oddany bez reszty partii członek NSDAP. Jego rodzina, z dziada pradziada osiadła na Mazurach, mówiła po polsku. Hugo w powieści ginie, Herbert zaś dostaje się do sowieckiej niewoli…

Jan Dobraczyński / Fot. wikipedia.pl
Jan Dobraczyński / Fot. wikipedia.pl

Do tej powieści Dobraczyński niejako wkłada powstałą kilka lat później książkę A znak nie będzie mu dany. Jej tytuł i motto: …a znak nie będzie mu dany, jeno znak Jonasza proroka, pochodzą z rozdziału XII Ewangelii św.  Mateusza. Wbrew tytułowi w tej, ale też i w innych powieściach Dobraczyńskiego, może wielu rzeczy brak, tylko właśnie nie znaków. One zawsze grają ważną rolę w życiu bohaterów. Ta książka to rozprawa o tożsamości narodowej Niemców. Oto we wsi Butrymy, na południe od Olsztyna, na starym, opuszczonym cmentarzu stał kiedyś krzyż, na którym widać było napis: „Hier ruht Hedwig Kostchewa geb. 1899–1969” (Tu spoczywa…). Kiedy pisarz pisał Najeźdźców, raczej nie znał tego napisu. Wątpliwe, czy znał go i wtedy, gdy później pisał powieść A znak nie będzie mu dany. Pewnie tylko pisarska intuicja kazała mu dać jej bohaterowi nazwisko Kostrzewa. W Najeźdźcach Kostrzewa zginął, jednak jego duch patronuje w tej drugiej powieści, w której spotykamy jego bratanka – może syna?… To Franz Kostrzewa będzie bohaterem powieści stanowiącej jakby dalszy ciąg Najeźdźców. Tragiczne dzieje ludzi, którym nie pozwolono być Polakami i których nie przyjęto także do narodu niemieckiego, pasjonowały Dobraczyńskiego. Jako baczny obserwator problemów polsko-niemieckich nieraz pewnie takich ludzi w  życiu spotykał.

Zarówno więc Najeźdźców, jak i A  znak nie będzie mu dany można traktować jako powieści wizjonerskie, wyprzedzające swój czas. Jeśli zatem któryś z utworów literackich tego pisarza mógł torować drogę wielkim i wielkodusznym słowom biskupów polskich ze słynnego Orędzia z roku 1965 – „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie” – to byli to Najeźdźcy. I jest nie bez znaczenia, że powieść jako motto nosi słowa Modlitwy Pańskiej: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom… Dobraczyński chyba jako pierwszy zwrócił uwagę także na to, co dziś nazywa się „śląską” czy „mazurską krzywdą” – na los autochtonów żyjących na terenach byłego państwa niemieckiego, bardziej lub mniej utrzymujących polską tożsamość, którzy w 1945 r. zostali potraktowani jak Niemcy i wysiedleni lub w  najlepszym przypadku byli „znoszeni” przez komunistów jak obywatele drugiej kategorii.

Jeżeli więc w jakiejś napisanej po polsku powieści ktokolwiek sformułował proroczą wizję czegoś, co dziś nazywamy „zjednoczoną Europą”, uczynił to znów Dobraczyński i tylko on, w powieści A znak nie będzie mu dany. Z tą wszelako różnicą, że widziana tam Europa miała być zjednoczona na silnym fundamencie swych chrześcijańskich korzeni i – jak mówił Jan Paweł II w Gnieźnie w 1979 i 1997 r. – na jedności ducha. Dziś jednak, jak nietrudno zauważyć, tę wspólnotę wielu chciałoby oprzeć na negacji chrześcijaństwa w imię absurdalnie pojętej wolności, której negatywne skutki zaczynamy odczuwać coraz bardziej.

Zdaje się niektórym sądzić, że Dobraczyński jako pisarz praktycznie dziś nie istnieje. Na pewien przejaw „niepamięci”, o ile ona rzeczywiście ma miejsce, został skazany wtedy, gdy zniechęcenie do swojej osoby sam sprowokował, popełniając dramatyczny, a może tylko żenujący „błąd starości”. Jeśli coś może ten błąd usprawiedliwić, to jedynie to, że nie on jeden, ale wielu innych, czasami wspaniałych ludzi w tamtym – przyznajmy – niełatwym czasie musiało podejmować trudne i często sprzeczne ze swoim wyobrażeniem wolności decyzje. W biografiach i dziele niektórych twórców, w tym także pisarzy z czasów PRL, odbija się cała komplikacja i uwikłanie w warunki polityczne, dylematy intelektualne, a także moralne, jakie powstały w Polsce po 1980 r. Dobraczyński nie był tu wyjątkiem.

Skoro więc dziś jeszcze ten pisarz katolicki, zmarły w 1994 r., odpokutowuje ów „błąd starości” w czyśćcu, to być może miejsce to w jakimś sensie mu się należało za jedno – za legitymizację „junty” Jaruzelskiego, jako szef PRON-u. Być może tę pokutę, przynajmniej w części, odbył już tu na ziemi, wtedy gdy jako już stary człowiek ubrany w generalski mundur kroczył obok generała na pochodzie pierwszomajowym. Bo śmieszność i wynikający z niej brak szacunku mogły być dla niego największą karą. Ale mimo to Dobraczyńskiemu czytelnicy nigdy nie odsyłali książek, jak to czynili w przypadku innego pisarza, „piewcy” stanu wojennego – Wojciecha Żukrowskiego. Nie czynili tak, bo wśród tych książek były dzieła wybitne, takie jak wspomniani tu Najeźdźcy czy A znak nie będzie mu dany. A wybitność tych dzieł przejawiała się głównie w tym, że wyprzedzały one czas i dawały wizję przyszłości.

Jednak przeciętnemu czytelnikowi Dobraczyński kojarzy się przede wszystkim z Listami Nikodema (1953). To biblijna opowieść o życiu Jezusa, z punktu widzenia Nikodema, żydowskiego dostojnika, którego rozmowę z Mistrzem zanotował Ewangelista Jan w rozdziale 3. swojej Ewangelii. To właśnie Nikodem – razem z Józefem z Arymatei – pochował zdjęte z krzyża ciało Jezusa. Ta powieść, jak twierdzą znawcy, to jedna z najwybitniejszych książek. Choć nie brakuje też opinii, że pośród powieści Dobraczyńskiego o tematyce biblijnej to Cień Ojca (1977) – powieść poświęcona postaci oblubieńca Maryi, św. Józefa, cieśli, jest bardziej interesująca. Bo to książka ucząca pokory, wiary i miłości do Boga, do ludzi i do rodziców; powieść budząca lęk przed złem, które nas otacza i z którym musimy walczyć. Dzięki bohaterom tej powieści wiemy, jak sobie z tym złem radzić.

Kiedy dziś, w 22 lata po śmierci Jana Dobraczyńskiego wywołujemy jego postać z naszej pamięci, staje on przed nami przede wszystkim jako pisarz katolicki, związany głównie z  Instytutem Wydawniczym PAX. Był bowiem tej oficyny wydawniczej autorem sztandarowym. To tam wydał większość swoich książek. Nic więc dziwnego, że po 1989 r., kiedy to tzw.  „michnikowszczyzna wzięła górę”, jakiekolwiek więzi z PAX-em, w tym też z jego Instytutem Wydawniczym, musiały skutkować swoistym „wykluczeniem”. Z czytelniczej świadomości zostali wtedy wyeliminowani wybitni twórcy, tacy właśnie, jak Jan Dobraczyński czy poeta Ernest Bryll. Temu drugiemu zresztą, jak się zdaje, długo jeszcze przyszło ponosić konsekwencje wydawania swoich książek w tej właśnie oficynie.

Na zakończenie wypada podkreślić, że o czymkolwiek Dobraczyński pisał, to w centrum tego pisania był zawsze człowiek i jego życie w przeróżnych wymiarach i pisał zawsze, spoglądając z tej zasadniczej perspektywy, jaką jest sumienie; sumienie człowieka wolnego, ukształtowane w świetle Bożego zamysłu. Dlatego Dobraczyńskiego wciąż warto czytać, bo na pewno miał on ludziom, także nam, żyjącym tu i teraz, dużo więcej do powiedzenia, aniżeli niejeden ze współczesnych pisarzy. Jego odrodzenie po owej „propronowskiej autodestrukcji”, jakiej uległ już niemal pod koniec swego twórczego życia, jest wciąż możliwe, gdy nie zrażając się tamtym wspomnieniem, sięgniemy znów po jego książki.

 

Włodzimierz J. Chrzanowski

pgw