Home / Opinie | Felietony / Po co nam organy w niebie ?

Po co nam organy w niebie ?

Nie znają nawet imion swoich dawców. Nie wiedzą kim są ludzie, którzy ofiarowali im swoje narządy. Ale o nich myślą, za nich się modlą. Bo to dzięki nim otrzymali niezwykły podarunek: nowe życie. Na nowo się narodzili.

Fot. Artur Stelmasiak

Robert Grochowski ma 27 lat. Jest po przeszczepie wątroby. Ale w trakcie choroby przeszedł załamanie. Próbował nawet popełnić samobójstwo. Zanim doszło do przeszczepu miał wiele operacji. Przed jedną z nich poprosił o spowiedź szpitalnego kapelana.

– Wówczas umocniłem się w wierze. To mi bardzo pomogło – wyznaje Robert. Samą operację przeszczepu przeszedł dosyć łagodnie. W pierwszej dobie po transplantacji stał już o własnych siłach przy szpitalnym łóżku. Obecnie od półtora roku jest szczęśliwym mężem. Teraz mówi, że ma dla kogo żyć.

– Często myślę o moim dawcy i modlę się za niego – wyznaje. – Zawsze marzyłem o tym, aby pojechać na Wszystkich Świętych na jego grób, pomodlić się i zapalić świeczkę. Jednak chyba nigdy nie będzie mi to dane. Nie wiem, kto jest moim dawcą – mówi Robert. Dodaje, że przynajmniej dwa razy w roku zamawia Mszę świętą w jego intencji. – Przecież on przedłużył mi życie – podkreśla. – Wydaje mi się, że dzięki mnie również jakaś jego część żyje we mnie – dodaje Robert.

Magdalena Sroczyńska-Kożuchowska z zawodu jest astronomem. Bardzo kochała swoją pracę. Jako doktor astronomii pracowała naukowo w Polskiej Akademii Nauk. Jest oddaną matką dwóch dorosłych już synów. Jej życie układało się pomyślnie. Do pewnego momentu. W połowie lat 80. zaczęła mieć problemy ze zdrowiem.

– Coś mnie zaczynało boleć. Jednak nie należałam do ludzi, którzy często chodzą do lekarza. Brałam środki przeciwbólowe i żyłam dalej – mówi Kożuchowska.

Jej choroba z biegiem lat posuwała się naprzód. Początkowo lekarze mieli wielkie trudności ze zdiagnozowaniem dolegliwości. Jej stan bezustannie się pogarszał. O swojej chorobie dowiedziała się dopiero w 1994 roku po specjalistycznych badaniach w klinice gastrologicznej. To był dla niej szok.

– Dowiedziałam się, że mam pierwotną żółciową marskość wątroby i że moja wątroba po prostu „parcieje” – mówi Magdalena, której synowie mieli wówczas 12 i 14 lat. – Oni wiedzieli, że coś złego się ze mną dzieje, ale nigdy nie chciałam ich straszyć – dodaje drżącym głosem.

Łączy ich internet
– Często zadaje nam się pytanie: dlaczego nieśmiertelni? – mówi Remigiusz Modzelewski, koordynator stowarzyszenia „www.Niesmiertelni.pl”. – Nieśmiertelność w tym wypadku jest swoistą symboliką określającą naszą osobistą wdzięczność dla tych, którzy ofiarowali nam narządy. Dzięki nim żyjemy, a ich część żyje w nas – mówi Modzelewski, który żyje już kilka lat z przeszczepioną nerką. Jest informatykiem. Swoje umiejętności postanowił wykorzystać dla szerzenia idei transplantacji. Utworzył serwis internetowy www.niesmiertelni.pl. W serwisie tym można znaleźć wiele informacji o przeszczepach oraz odnośników do innych stron o podobnej tematyce np.: www.przeszczep. pl, www.transplatacje.org. Takie witryny internetowe oprócz informacji mają również swój wymiar wspólnototwórczy. Tutaj na forum „spotykają się” i wymieniają doświadczeniami ludzie o podobnych problemach.

Prawdziwy dramat zaczął się w 1996 roku. Stwardniała wątroba zaczęła blokować przepływ krwi w organizmie. – Ta krew musiała sobie znaleźć jakieś ujście. Dostała się do żołądka, a ja zaczęłam nią wymiotować – mówi Kożuchowska. Znalazła się w szpitalu. Lekarze przeznaczyli ją wówczas już chyba na straty. Zrezygnowała z pracy zawodowej. Nie miała sił. – Pomyślałam, że jak jeszcze trochę krwi we mnie zostało, to przeznaczę ją dla rodziny, a nie dla pracy – podkreśla. Choroba nieuchronnie postępowała. Jej wątroba prawie zupełnie nie funkcjonowała doprowadzając do coraz większego zatrucia organizmu. – Mój mózg również był zatruty. Ja tego nie pamiętam, ale moi synowie mówili mi, że bardzo powoli mówiłam. Mój umysł nie pracował – mówi.

Astronom z cudzą wątrobą

Słowo przeszczep po raz pierwszy padło w 1998 roku.

– Od razu się zgodziłam. Bezgranicznie ufałam swojemu lekarzowi. Przeszczep oznaczał dla mnie być albo nie być – mówi Kożuchowska, która obecnie jest wiceprezesem zarządu „Życie po przeszczepie”.

O swoich badaniach przed przeszczepem mówi prawie płacząc.

– Wówczas strajkowali anestezjolodzy. Dlatego bardzo bolesne badania miałam robione bez znieczulenia. Jakoś to przeżyłam, ale takich rzeczy lekarzom robić nie można! – mówi.

W 1999 roku zadzwonił telefon, że mam zgłosić się na przeszczep. Rano byłam na Mszy świętej. Przystąpiłam do Komunii. I przyjęła sakrament chorych. – Było to dla mnie bardzo ważne – mówi przez łzy Kożuchowska.

Przeszczep się udał. Okazało się, że była osiemnastą osobą w Polsce, która ma przeszczepioną wątrobę. Po operacji przez miesiąc leżała w szpitalu, wtedy bowiem jeszcze, a było to siedem lat temu, lekarze dopiero się tego uczyli. Obecnie takich operacji przeprowadza się setki w całej Polsce. A pacjenci po tygodniu chodzą już o własnych siłach.

Mama wróciła po przeszczepie do życia Rodzina państwa Kożuchowskich tworzy typowy polski dom. Jej synowie i mąż niechętnie mówią o chorobie mamy.

– Człowiek jest tak skonstruowany, że złe wspomnienia wymazuje z pamięci. Ona była coraz słabsza. Dopiero po operacji dowiedziałem się, że zostały jej wówczas dwa tygodnie życia – opowiada pan Kożuchowski. – Odzyskałem swoją żonę. Gdyby nie przeszczep, jej by nie było. Teraz nasza rodzina może funkcjonować normalnie – dodaje.

Została uruchomiona pierwszej w Polsce infolinia dla osób zainteresowanych tematyką przeszczepów. Można dzwonić, w każdy wtorek pod warszawski numer telefonu (022) 345 93 93. Będzie można tam zasięgnąć porad fachowców – lekarzy, psychologów i księży.

Łukasz miał 19 lat, kiedy jego mama miała przeszczep. Mówi, że wcześniej widział jak mama powoli odchodzi. Dokładnie nie wiedziałam co jej dolega, ale widziałem, że jej stan z miesiąca na miesiąc pogarsza się. – Widziałem jak życie z niej wycieka – mówi Łukasz, który obecnie studiuje jednocześnie informatykę i filozofię. – Był to dla mnie bardzo ciężki czas. Wiele złych myśli było w mojej głowie, gdzieś w podświadomości – wyznaje. Chłopcy pomagali chorej mamie. – Pamiętam jak miała taki dzwonek przy łóżku, którym nas wołała – mówi Łukasz. – Nasza Mama – zdrowa – była bardzo energiczna i rozgadana. Choroba zmieniła ją zupełnie. Leżała cicho w swoim pokoju. Mówiła niewiele i bardzo powoli. Spodziewałem się najgorszego – wyznaje Łukasz.

Marcin, młodszy syn pani Beaty studiuje psychologię. Mówi, że z tych najgorszych chwil pamięta dziś tylko krótkie epizody. – Widzieliśmy jak mama jest coraz słabsza. Bałem się, że odejdzie – wyznaje Marcin. Później strach był podczas operacji. – Pamiętam jak odwiedziliśmy ją tuż po zabiegu. Miała do swojego ciała podłączonych mnóstwo rurek: dreny, kroplówki. Wydawało mi się, że jej życie jest podtrzymywane przez aparaturę. Bardzo się bałem o nią – dodaje Marcin. Wspomina, że czuł się wówczas bardzo bezradny. – Nic nie mogłem zrobić. Siedziałem w swoim pokoju i bardzo się modliłem. Miałem szklane oczy i prosiłem Boga o pomoc – wyznaje.

Mama Łukasza i Marcina co roku obchodzi urodziny w dzień przeszczepu. Uważa, że tego dnia urodziła się ponownie. – Myślę, że hasło „Nie zabieraj swych organów do nieba, tam wiedzą, że one potrzebne są tylko tutaj” doskonale wpisuje się w istotę miłości chrześcijańskiej. Ja nie zabiorę swych organów. Podpisałem oświadczenie woli. To jest największy dar, jaki człowiek może dać drugiemu – uważa Marcin.


Od pewnego czasu widać billboardy propagujące akcję na rzecz transplantacji
Fot. Artur Stelmasiak

Msza w intencji ofiarodawców

Robert Kęder w 2000 roku miał przeszczepioną wątrobę. Teraz jest szczęśliwym ojcem trzyletniego Maćka. – Takich osób jak ja jest w Polsce bardzo wiele. My normalnie żyjemy, pracujemy, płacimy podatki i utrzymujemy rodziny – mówił Kęder podczas obchodów Dnia Transplantacji.

Kęder bardzo zaangażował się w szerzenie i popieranie idei transplantacji. Jest członkiem stowarzyszenia „Życie po przeszczepie”. – Nie ma co ukrywać, że wokół przeszczepów jest wiele kontrowersji. Jednak jestem głęboko przekonany, że u ich podstaw leży niewiedza. Dlatego postanowiliśmy zorganizować kampanię społeczną, na rzecz propagowania i uświadamiania tego, czym jest transplantacja – mówi. – Po przeszczepie jest nas w Polsce około 10 tys. Jesteśmy żywym dowodem na to, że transplantacja ma sens i jest skuteczną oraz bezpieczną metodą leczenia – podkreśla Kęder. – Często jest także jedynym ratunkiem. Gdyby nie przeszczep, wielu z nas dzisiaj by tu nie było – dodaje. Jego zdaniem, zorganizowany Dzień Transplantacji jest czasem, który także zmusza do refleksji.

– Do rozmyślania nad tymi, którzy już dziś nie żyją, a dzięki którym my żyjemy. Zdajemy sobie sprawę, że dla rodzin naszych dawców może on wiązać się z uczuciem smutku i przygnębienia. Jednak pokazując na nasze szczęśliwe rodziny chcielibyśmy im powiedzieć, jak wiele dla nas uczynili – mówi Robert Kęder. Dlatego Dzień Transplantacji zawsze kończy się Mszą św. w intencji zmarłych ofiarodawców i ich rodzin.

Blankiety z oświadczeniem woli

Jedną z podstawowych akcji prowadzoną przez stowarzyszenia promujące idę transplantacji są blankiety z oświadczeniem woli. Jest to niewielka karteczka w formacie karty kredytowej, którą każdy z nas może wypełnić. Oprócz podstawowych danych osobowych znajduje się na niej tzw. „oświadczenie woli”, pod którym należy się podpisać. „Moją wolą jest, by w wypadku nagłej śmierci, moje tkanki i narządy zostały przekazane do transplantacji ratując życie innym. Informuję także, że o swojej decyzji powiadomiłem moją rodzinę i najbliższych, którzy w krytycznym momencie winni ją uszanować.” – czytamy na kartoniku. To oświadczenie woli należy nosić zawsze przy sobie w dokumentach.

Brajan ratował nawet po śmierci
Wszystkim w Polsce jest doskonale znana historia tragicznej śmierci Brajana Chlebowskiego. Zginął on przed rokiem w pożarze ratując wszystkich mieszkańców łódzkiej kamienicy. Sześcioletni chłopiec okazał się bardzo dojrzały – zadzwonił po Straż Pożarną. Specjalistyczna aparatura podtrzymywała jego podstawowe czynności życiowe. Rodzice nie mogli pogodzić się ze śmiercią dziecka. Tym bardziej trudno im było podjąć decyzję o przeszczepie narządów. Jednak wyrazili na nią zgodę. – Synkowi nic życia już nie przywróci, ale może jego śmierć pozwoli uratować innych – mówiła wówczas zrozpaczona Beata Chlebowska, mama chłopca. Dzięki pobraniu organów, chłopiec uratował kolejne ludzkie życia.Członkowie stowarzyszenia „Życie po Przeszczepie” utworzyli nagrodę im. Brajana Chlebowskiego. Będzie ona przyznawana osobom zasłużonym na rzecz popularyzacji idei transplantacji. Dostawać ją będą lekarze, dziennikarze, wolontariusze i osoby duchowne.

Do marcowego numeru „Naszego Głosu” dołączamy oświadczenie woli. Otrzymaliśmy je dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Pomocy Ludziom z Uszkodzoną Wątrobą „Życie po przeszczepie” www.przeszczep.pl

Artur Stelmasiak

Artykuł ukazał się w numerze 03/2006.

Dodaj komentarz